poniedziałek, 27 lipca 2015

Sto lat, Elso!

Witajcie,
Dziś spałam sobie spokojnie w moim kochanym łóżku nie mając żadnych zmartwień i marząc, aby następny dzień był choć trochę normalny gdy nagle...
- ELSA!!!!!!!!!
Uchyliłam jedno oko. Było jeszcze dość ciemno.
- Hm... - mruknęłam zakrywając się poduszką.
- Ej, to ja miałem ją obudzić! - usłyszałam głos Jack'a, co dziwne, nie obok mnie, w łóżku, tylko gdzieś z głębi pokoju.
- Cicho. - burknęła również stamtąd Anna.
Znowu coś wymyślają... - pomyślałam i przykryłam się dodatkowo kołdrą po czubek głowy. Poczułam, że ktoś siada obok na łóżku.
- Elsuniu... - odezwała się półszeptem Anka.
- Nie mów tak do mnie. - burknęłam spod pierzynowego bunkra.
- Wszystkiego Najlepszego... - dodał Jack pochylając się nade mną.
Co? - pomyślałam i otworzyłam oczy zdezorientowana. Powoli ściągnęłam z siebie kołdrę. O czym oni.... Aaa...No tak. Mam urodziny.
- Sto lat, Elso!! - Anna zrzuciła z łóżka pościel i wszystkie moje poduszki i rzuciła się na mnie.
- Dzię... - chciałam podziękować, ale przez Ankę leżącą na prawie całym moim ciele, zabrakło mi tchu.
Gdy w końcu wstała, znikąd nade mną pojawił się Jack i pocałował mnie czule. Nagle poczułam coś zimnego wokół szyi. Spostrzegłam, że Jack założył mi śliczną, śnieżynkową kolię.
- Jesteście kochani. - uśmiechnęłam się gdy w końcu udało mi się spokojnie usiąść. - Dziękuję.
- Przez naszą kochaną kuzyneczkę, rok temu prawie w ogóle nie obchodziliśmy Twoich urodzin. - powiedziała Anna.
No tak. - pomyślałam. - Wtedy dopiero co wróciłam z Corony.
- Więc teraz... - zaczął Jack przybierając chytry uśmiech. - Zrobimy wszystko co w naszej mocy.
- Tylko proszę Was, żadnych bali. - odrzekłam.
- No... - Ania posmutniała trochę. - ...dobrze. Ale teraz chodź z nami. - i pociągnęła mnie za rękę.
- Chwila...! - zawołałam. - Chyba muszę się ubrać!
- Po co? - zaśmiał się Jack. - Nie będziemy marnować czasu na takie bzdury!
Złapałam więc tylko mój satynowy szlafrok i nałożyłam go w biegu, gdy Jack i Anna ciągnęli mnie w stronę jadalni. Tam wpadliśmy na Kristoff'a dźwigającego ogromny, niebieski tort z białą polewą i marcepanową śnieżynką na szczycie.
- Sto lat, Elso! - zawołał.
- Eem... - nie mogłam powstrzymać uśmiechu na widok całego tego zamieszania, które dla mnie stworzyli. - Dziękuję.
Anka i Jack biegali dookoła Kristoff'a kiedy niósł tort na stół, żeby mu nie upadł. Po typowej urodzinowej ceremonii (na szczęście tylko we czwórkę), Kristoff wrócił do Leny, a Anna i Jack zawiązali mi oczy satynową przepaską z mojego szlafroka.
- Gdzieś Cię zabierzemy. - szepnął mi na ucho Jack.
Mam nadzieję, że nie na Lodowy Wierch. - pomyślałam czując twarde kafelki pod bosymi stopami. Szliśmy przez dłuższy czas, Anna pośpiewywała "Sto lat", a Jack trzymał mnie za rękę. W końcu się zatrzymaliśmy. Byliśmy na zewnątrz, na wilgotnej trawie.
- No dobrze... - szepnął Jack rozwiązując przepaskę.
Zobaczyłam, że jesteśmy w miejscu, gdzie Jack podarował mi huśtawkę po ślubie.
- Jesteście cudowni. - powiedziałam i przytuliłam ich mocno.
Przez następne dwie godziny huśtaliśmy się, leżeliśmy na trawie patrząc w chmury, śpiewaliśmy i po prostu spędzaliśmy razem czas.
- No dobra... - westchnęła Anna. - Muszę wracać do mojej Lenki.
- Dobrze. - odrzekł Jack.
Siostra uśmiechnęła się do mnie, rzuciła "Sto lat!" chyba pięćdziesiąty raz tego dnia, po czym skierowała się do zamku. Jack podszedł do mnie i objął mnie w talii.
- Mam jeszcze jeden prezent. - powiedział uśmiechając się.
- Naprawdę? - odwzajemniłam uśmiech.
Jack pocałował mnie.
Do pałacu wróciliśmy około dwunastej. A tam czekało mnie jeszcze wiele mniejszych i większych niespodzianek.



- Elsa. 


niedziela, 26 lipca 2015

Wizyta w Dolinie Żywej Skały.

Witajcie,
Wczoraj o godzinie siódmej pięćdziesiąt cztery wszyscy zebraliśmy się przed wrotami głównymi. Ze zbiórką miało być całkiem inaczej, ale po kłótniach takich jak...:
- Ja pójdę po Elsę, pójdziemy po Jack'a...
- Pójdziemy po Jack'a? Przecież my śpimy w jednym pokoju!
- No to... pójdziemy po Kristoff'a...
- Tak jakbyś nie mogła od razu go wziąć!
- Ale ktoś musi ubrać Lenę! Jak wy to sobie wyobrażacie?!
- Ma...ma!
...lub..:
- Kurde, Anka! Nie wymyślaj już. Ja i Elsa wstajemy, ubieramy się i czekamy na was.
- Ale...
- Potem Kristoff...
- Co ja, co ja? Nie mów mi co mam robić. A poza tym skąd...
- Ma..ma...mama!
- Jakbyś chciał wiedzieć to jestem twoim królem.
- Nie prawda.
... w końcu krzyknęłam zamrażając podłogę w całym pokoju:
- Wszyscy spotykamy się w holu o siódmej pięćdziesiąt!!
- To za wcześnie... - odezwał się Kristoff.
- Dobrze. - westchnęłam. - Siódma pięćdziesiąt cztery.
I takim właśnie sposobem ubrani, niektórzy nie do końca obudzeni staliśmy ze spacerowym wózkiem, w którym spała Lena.
- No to idziemy? - zapytała Anna.
- Kristoff, poprowadzisz. - kiwnęłam głową w jego stronę.
- Kristoff? - zbuntował się Jack.
Spojrzałam na niego groźnie i powiedziałam:
- Daj spokój, Jack.
Toteż więcej się nie odezwał. A raczej nie odezwał się przez następne dwie minuty. Potem szliśmy już w o wiele lepszej atmosferze przez łąki i lasy.
- Aaale przyjemnie. - Anna wykonała pirueta na środku ścieżki.
Mimo wczesnej pory już było strasznie ciepło. Kristoff szedł przodem, za nim obok siebie szłyśmy ja i Anna, a na końcu szedł Jack, który uparł się żeby pchać wózek Leny. Co chwilę więc słyszałyśmy z tyłu jego ciche kołysanki i "rozmowy" z dziewczynką.
- Jack chyba chciałby dzidziusia. - szepnęła do mnie Anka.
- Tak, wiem. - odrzekłam przewracając oczami.
- No to... - siostra przybrała zdziwioną minę. - ...w czym problem?
- Aniu, proszę. Nie mam teraz czasu na takie rzeczy. Dziecko to poważna sprawa.
Jack chyba usłyszał naszą rozmowę, bo przestał śpiewać.
- No tak... - jęknęła Anna. - Ale przecież to nie aż taka katastrofa jak myślisz. Dzieci są cudowne!
- Dobrze, Aniu, nie chcę o tym rozmawiać. - ucięłam.
Jack odchrząknął znacząco i wrócił do śpiewania. Po jakimś czasie doszliśmy do Doliny Żywej Skały - miejsca, w którym zasiedliły się trolle. Jack rozłożył na trawie koc, a Kristoff poszedł obudzić stworzenia. Usiedliśmy na kocu, a Ania wzięła Lenę na ręce.
- Lenuś, kochanie, przeżyłaś jakoś jęki wujka? - zażartowała.
- Hej, hej, proszę mi tu tak nie kłamać. Mój głos jest stworzony aby śpiewać dzieciom kołysanki. - uśmiechnął się Jack.
Lenka zaśmiała się i zamachała rączkami. Nagle usłyszeliśmy dziwny dźwięk, jakby ktoś toczył po ziemi kamienie. Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy tuż przed nami cztery wpatrzone w nas z zaciekawieniem trolle, a za nimi Kristoff'a.
- Oto Bulda, Cliff, Gothi i Roll. - przedstawił każdego z nich, po czym pokazał na nas mówiąc do trolli: - A to Elsa, Anna... je już chyba znacie... Jack i Lena, moja córka.
Trolle podskoczyły radośnie i podbiegły do Anny.
- Ale śliczna! - zawołała Bulda głaszcząc Lenkę po główce. - Po mamusi!
- I po tatusiu! - dodał Cliff.
Dziewczynka leżała w ramionach mamy przyglądając się trollom z zaciekawieniem i przekrzywiając słodko głowę.
- A ty... to kto? - Gothi podbiegł do Jack'a.
- Jestem Jack. - uśmiechnął się. - Jestem mężem Elsy.
Trolle wydały jednogłośne "Oooo..." po czym Roll sprawdził czy Jack spełnia wymagania na mojego męża (nie pytajcie o szczegóły), a gdy okazało się, że tak wszystkie trolle wróciły do zachwycania się Lenką. Spędziliśmy cały dzień w Dolinie Żywej Skały, a potem musieliśmy już prawie po ciemku wracać do pałacu. Lena była chyba bardzo zmęczona (nic dziwnego), bo zasnęła dosłownie w ciągu minuty. My poszliśmy spać... trochę później.



- Elsa. 

piątek, 24 lipca 2015

Rozmowy, spacery i plany.

Witajcie,
- To... w końcu co? - zapytał Kristoff, gdy dziś przy obiedzie tłumaczyłam mu coś już od dłuższego czasu.
- Ustaliliśmy, że nie będzie królem. - odrzekłam. - Zostanie królewiczem.
Kristoff zmarszczył brwi. Jack już dawno odszedł od stołu (nie wytrzymał siedzenia i wsłuchiwania się w dyskusję), ale Anna wytrwale z nami siedziała kołysząc Lenę na rękach.
- Czemu? - mężczyzna spojrzał na mnie.
Westchnęłam. Chyba jemu nie da się nic wytłumaczyć.
- Nie jest na to gotowy. Lepiej żeby się...
- Kochanie. - Anna przerwała mi patrząc z czułością na Kristoff'a. - Może dajmy Elsie spokój, bo jeszcze nam zamrozi jadalnię. - spojrzała na moje rękawiczki powoli pokrywające się szronem.
- Dokładnie. - westchnęłam, posłałam Annie pełne wdzięczności spojrzenie i wróciłam na górę.
- Jack. - odezwałam się wchodząc do sypialni. - Chyba potrzebuję trochę...
Spostrzegłam, że nie ma go w komnacie.
- Jack? - zapytałam pukając do łazienki.
Brak odpowiedzi. Zdziwiłam się, byłam pewna, że tu będzie. Wychyliłam się na korytarz i zawołałam go. Znów odpowiedziała mi cisza. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię. Podskoczyłam ze strachu (przy okazji kawałek podłogi zamarzł) i trzepnęłam Jack'a w ramię.
- Chcesz żebym dostała zawału?! - krzyknęłam.
- Nie. - zaśmiał się. - Szukałaś mnie?
- Chciałam iść na spacer... - odrzekłam. - Ale teraz się na Ciebie obraziłam, więc siadam do papierów...
- O nienienienie... - zastąpił mi drogę kiedy wyszłam na korytarz i skierowałam się do gabinetu. - Chodź.
I bez mojej zgody chwycił mnie za rękę i pobiegliśmy prosto nad brzeg morza, tylnym wyjściem. Kiedy wróciliśmy poszłam do gabinetu, bo tak czy inaczej musiałam odpisać na kilka listów. Jack poszedł chyba do Kristoff'a, mieli poczytać Lence. Siedziałam przez jakiś czas sama w oświetleniu jedynie jednej świeczki i zastanawiałam się co odpisać wyjątkowo natrętnemu mężczyźnie z odległego królestwa.
- Co tam porabiasz? - usłyszałam głos siostry.
- Nic ciekawego. - odrzekłam.
Dostawiła krzesło obok mnie i usiadła kładąc na biurku swoją świeczkę.
- Chłopaki śpiewają Lenie. Przynajmniej śpiewali przed chwilą. - uśmiechnęła się.
- Tak, słyszałam. - odrzekłam odwzajemniając uśmiech.
- Byliście gdzieś z Jack'iem?
Kiwnęłam głową nie odrywając pióra od pergaminu.
- Elsa, weź na chwilę przestań.
Uniosłam brwi i spojrzałam na Ankę.
- Potrzebuję trochę siostrzanej miłości! - wyszczerzyła do mnie zęby.
Odłożyłam więc pióro i odwróciłam się do niej.
- No dobrze... o czym chcesz rozmawiać?
- O wszystkim. - wzruszyła ramionami. - Myślałam żeby zorganizować Lenie trochę rozrywki.
- Myślę, że ma... - zaczęłam, ale siostra przerwała mi:
- Miałam taki pomysł, żeby pojechać z nią do trolli. Na pewno będzie się cieszyć jak zobaczy takie... stworzenia. Musi się zaprzyjaźnić, nie?
Zastanowiłam się chwilę i kiwnęłam głową.
- Dobry pomysł. - uśmiechnęłam się i przytuliłam siostrę. - Możemy jechać jutro.
Anka podskoczyła z radości. Została ze mną dopóki nie skończyłam pracy.



- Elsa. 

środa, 22 lipca 2015

Poranne niespodzianki i rozpakowywanie.

Witajcie,
Wczoraj obudziła mnie Anka wpadając do naszej sypialni nad ranem.
- Elsa!! Wstawaj! Szybko!! Chodźcie!!
- O tak, jesteśmy z powrotem w domu... - mruknął Jack nie wynurzając się spod kołdry.
Usiadłam powoli i spojrzałam na siostrę nieprzytomnym wzrokiem.
- Coś się stało? - spytałam.
- Tak!! - Anna zaczęła skakać w miejscu. - Chodź!! Nie chcemy tego przegapić!!
I pociągnęła mnie na korytarz i do komnaty Leny. Następnie wzięła córkę od Kristoff'a (który widocznie pragnął tylko i wyłącznie wrócić do łóżka) i podeszła z nią do mnie.
- Powiedz Lenuś, powiedz jeszcze raz. - powiedziała do dziecka.
- Aniu, ona ma siedem miesię... - zaczęłam, ale Anka przerwała mi:
- Przed chwilą powiedziała! Pierwsze słowo! Powiedz maleńka, pochwal się cioci.
Spojrzałam pytającym wzrokiem na Kristoff'a. On kiwnął powoli głową i uśmiechnął się. Lena śmiała się patrząc na mnie, a potem spojrzała na Annę i zaczęła gaworzyć niezrozumiale.
- Piękne pierwsze słowa... - stwierdziłam i odwróciłam się w stronę drzwi, ale Ania zawołała mnie z powrotem.
Westchnęłam i usiadła na bujanym fotelu. W pewnej chwili Lena zaśmiała się i z jej ust wydobyły się dość niewyraźne dwie sylaby: "Ma..ma.." Anna zapiszczała z radości i przytuliła córeczkę. Wstałam i nie wierząc własnym uszom podeszłam do nich.
- Jest za mała... - zaczęłam, ale Lena znowu zaczęła:
- Mama..? Ma..ma...mamamama...
Anna wyglądała jakby miała wybuchnąć z radości.
- Tak, mama! Ślicznie, Lenuś! A to tata...
Odwróciła się z Leną w stronę Kristoff'a, a potem w moją.
- A to ciocia Elsa...
Lecz przez następną godzinę dziewczynka widocznie chciała utwierdzić wszystkich w sprawie, że nauczyła się słowa "mama", bo nie przestawała tego mówić. W końcu udało mi się wrócić do sypialni. Jack spał jak zabity przytulony mocno do mojej poduszki. Z trudem powstrzymując śmiech usiadłam przy nim i pogładziłam go po rozczochranych włosach.
- Jack... wstajesz? - zapytałam.
- Mhm... - mruknął.
Spojrzałam na zegar. Była dopiero ósma, chyba nic się nie stanie jeśli położę się jeszcze na chwilę - pomyślałam. Posunęłam więc trochę Jack'a (gdy ma całe łóżko dla siebie od razu kładzie się prawie w poprzek) i przytuliłam się do niego. Obudził mnie dopiero koło dziesiątej.
- O  co chodziło Annie? - zapytał.
- Ominęło Cię pierwsze słowo Leny. - powiedziałam.
- Och. - westchnął.
- Rozpakujmy się. - zaproponowałam.
I robiliśmy to aż do południa.



- Elsa.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Wreszcie w ukochanym domu.

Witajcie,
Dziś, w ostatni dzień pobytu na Biegunie Północnym wyszliśmy z sypialni dopiero w południe... aby... cóż, nacieszyć się takim...czerwonym łóżkiem...
- Kochana Śnieżynko... - Jack ujął moje dłonie gdy wyszliśmy na balkon. - Chcę, żebyś wiedziała...
Nie mogąc powstrzymać lekkiego uśmiechu spojrzałam mu głęboko w oczy. W te łagodne, kryształowo niebieskie oczy, w które mogłam się wpatrywać bez przerwy.
- Chcę żebyś wiedziała... - Jack wyczarował na mojej dłoni maleńką śnieżynkę. - ... że kocham Cię najbardziej na świecie. Cokolwiek by się nie działo... czy dobrego czy złego, zawsze będę Cię kochać.
- Ja Ciebie też. - odrzekłam, a Jack zdmuchnął delikatnie śnieżynkę, aby poniósł ją wiatr i kładąc chłodne dłonie na moich policzkach pocałował mnie.
Jakiś czas później spakowaliśmy nasze rzeczy i zanieśliśmy je do sań.
- Gotowa? - uśmiechnął się Jack wystawiając do mnie rękę, aby pomóc mi wejść.
Uśmiechnęłam się i skinęłam głową. Rozpoczęliśmy lot powrotny do Arendelle.
- Już brakuje mi wolności. - powiedział Jack po jakimś czasie.
- Nawet jeszcze nie dotarliśmy. - zaśmiałam się.
- No tak, ale wyobraziłem sobie Ankę włażącą nam do sypialni za każdym razem... - westchnął.
- A ja już za tym tęsknię. - uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek.
Około siedemnastej naszym oczom ukazał się nasz piękny kraj na horyzoncie.
- Arendelle... - westchnęłam.
- Poddani na pewno czekają na ukochaną królową. - uśmiechnął się Jack.
Miał rację. Gdy wylądowaliśmy w porcie powitał nas tłum klaszczących i wiwatujących ludzi. W końcu udało nam się przedostać do miasta i do bram zamku. Gdy siłowaliśmy się z bramą usłyszeliśmy nagle krzyk z okna gdzieś nad nami:
- ELSA!!!!!
I po chwili bramy rozwarły się i wybiegła na nas Anka z wrzaskiem. Wpadła na mnie, z takim impetem, że przewróciłyśmy się na ziemię.
- Elsa!!!!!!!!!!!! - zaczęła wrzeszczeć niemiłosiernie nie wypuszczając mnie z uścisku.
- Cześć, Aniu. - zaśmiałam się i odwzajemniłam uścisk.
Gdy w końcu pozwoliła mi wstać, zobaczyłam, że z zamku wyszedł także Kristoff i przywitał się z Jack'iem (o wiele mniej entuzjastycznie).
- Nie wiesz jak się stęskniłam! - zawołała Anna. - I ja i wszyscy i poddani i Lenka i służący i w ogóle wszyscy!
Uśmiechnęłam się po czym weszłyśmy do środka, a Jack i Kristoff zanieśli nasze bagaże do sypialni.
- I jak było? - zagadnęła do mnie Anka z figlarnym uśmieszkiem.
- Genialnie. - odrzekłam. - Najpierw byliśmy na Berk, potem u Meridy i wyobraź sobie, że Flynn tam był! I są z Meridą razem!
- Naprawdę?! - Anka aż podskoczyła.
Kiwnęłam głową.
- To genialnie!
- A potem byliśmy jeszcze na Biegunie Północnym...
I tak gadałyśmy do nocy, a potem zasnęłam w ukochanym łóżku z radością wdychając znajome zapachy i czując się zupełnie cudownie.


- Elsa.

sobota, 18 lipca 2015

Miły list prosto z Arendelle.

Witajcie,
Wczoraj wieczorem do naszego pokoju wpadł wielki yeti.
- Eee...Jack? - jęknęłam nie wiedząc do końca jak się zachować.
Stworzenie wydawało dziwne pomruki i wymachiwało rękami.
- Cześć Phil. - Jack podszedł do niego.
Zdziwiłam się swobodą z jaką to zrobił, traktował yeti'ego jak starego znajomego.
- Coś się stało? - zapytał.
Phil ryknął i wybiegł na korytarz.
- Prosi żebyśmy za nim poszli. - Jack uśmiechnął się do mnie.
- No... dobrze... - westchnęłam i zeszłam z łóżka.
Podążyliśmy korytarzem kierując się za rykami yeti'ego. Poprowadził nas do salonu i stanął przed nami wymachując rękami.
- Dobrze, dzięki Phil. - Jack uspokoił go ruchem ręki. - Możesz już iść.
Stworzenie kiwnęło głową i posłuchało polecenia.
- Rozmawiasz z nadnaturalnymi stworzeniami? - uniosłam brwi.
- To proste. - zaśmiał się Jack i podszedł do stołu. - Przekazał nam, że dostaliśmy list.
I uniósł z blatu kopertę, którą od razu rozpoznałam. W rogu widniał herb Arendelle - złoty krokus na fioletowo zielonym tle.
- To pewnie od Anny. - powiedział Jack podając mi list.
Otworzyłam kopertę i zaczęłam czytać.


Kochana Elso i Jack'u! 
Mamy nadzieję, ja i Kristoff, ( i Lenka ) że się świetnie bawicie. Tak naprawdę to nie mamy co do tego żadnych wątpliwości, wiemy, że potraficie zapewnić sobie świetną rozrywkę... Poddani już bardzo tęsknią za swoją królową... i ja też za Tobą bardzo, bardzo tęsknię, więc... mamy nadzieję, że za niedługo do nas wrócicie. Tutaj wszystko w porządku. 
Buziaki i uściski! 
 Ania, Kristoff i Lena
 

- Rozrywkę...? - zaśmiał się Jack. 
- Mam nadzieję, że jakoś sobie radzą. - powiedziałam. 
- Spokojnie, słyszałaś, wszystko gra.  
Kiwnęłam głową. 
- To co, Śnieżynko... - Jack objął mnie i skierował się z powrotem na korytarz. -... nie brakuje Ci przypadkiem rozrywki? 
Uśmiechnęłam się i pocałowałam go. 


- Elsa.

czwartek, 16 lipca 2015

Cudne chwile na Biegunie Północnym.

Witajcie,
Obudziłam się dziś w wyjątkowo dobrym humorze, przytulona do Jack'a w ogromnym łóżku, pod czerwoną, grubą pościelą. Wstałam, ubrałam mój satynowy szlafrok i wyszłam na korytarz. Nie byłam pewna czy w tym wielkim domu znajdę drogę do kuchni, ale w końcu mi się udało i postanowiłam zrobić dla nas śniadanie. Nie jestem jakąś wielką mistrzynią w gotowaniu, kiedyś, gdy byłam bardzo mała piekłam babeczki i ciasta z kucharkami. Udało mi się jednak przygotować coś podobnego do omletów.
- Mmm... co tak pachnie? - usłyszałam.
Jack podszedł do mnie z uśmiechem i przytulił mnie od tyłu.
- Od kiedy królowa umie tak gotować?
- Przestań, wcale nie umiem. - zaśmiałam się.
Usiedliśmy razem przy stole.
- Przepyszne. - powiedział Jack z pełnymi ustami.
- Dziękuję. - uśmiechnęłam się.
Gdy zjedliśmy Jack zaprowadził mnie w wyjątkowe miejsce - do bazy Strażników.
- Co to...? - zapytałam wpatrując się w ogromny model Ziemi z mnóstwem światełek na każdym kontynencie.
- To... - Jack podszedł do mnie. - ... jest bardzo ważne. Widzisz te światełka? To dzieci, które w nas wierzą.
- Niesamowite... - westchnęłam. - Czyli... tutaj spotykacie się gdy coś się dzieje?
Jack kiwnął głową.
- Wysyłamy wtedy specjalny znak, wygląda jak zorza polarna. Także tutaj Księżyc oznajmił innym, że wybrał mnie na Strażnika.
Następnie wyszliśmy na dach. Padał śnieg, ale nam to nie przeszkadzało. Był stamtąd piękny widok na pola i wzgórza pokryte białym puchem.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy? - odezwał się Jack łapiąc mnie za rękę.
- Jak mogłabym zapomnieć. Myślałam, że dostanę zawału. - uśmiechnęłam się.
- To było na twoim balkonie, w twoim Lodowym Pałacu. - Jack odwzajemnił uśmiech. - Musiałem zapewnić Ci towarzystwo.
Westchnęłam i wtuliłam się w niego. Chwilę jeszcze staliśmy na dachu, a potem wyszliśmy na spacer. Było naprawdę cudownie.


- Elsa.