Witajcie,
- To... w końcu co? - zapytał Kristoff, gdy dziś przy obiedzie tłumaczyłam mu coś już od dłuższego czasu.
- Ustaliliśmy, że nie będzie królem. - odrzekłam. - Zostanie królewiczem.
Kristoff zmarszczył brwi. Jack już dawno odszedł od stołu (nie wytrzymał siedzenia i wsłuchiwania się w dyskusję), ale Anna wytrwale z nami siedziała kołysząc Lenę na rękach.
- Czemu? - mężczyzna spojrzał na mnie.
Westchnęłam. Chyba jemu nie da się nic wytłumaczyć.
- Nie jest na to gotowy. Lepiej żeby się...
- Kochanie. - Anna przerwała mi patrząc z czułością na Kristoff'a. - Może dajmy Elsie spokój, bo jeszcze nam zamrozi jadalnię. - spojrzała na moje rękawiczki powoli pokrywające się szronem.
- Dokładnie. - westchnęłam, posłałam Annie pełne wdzięczności spojrzenie i wróciłam na górę.
- Jack. - odezwałam się wchodząc do sypialni. - Chyba potrzebuję trochę...
Spostrzegłam, że nie ma go w komnacie.
- Jack? - zapytałam pukając do łazienki.
Brak odpowiedzi. Zdziwiłam się, byłam pewna, że tu będzie. Wychyliłam się na korytarz i zawołałam go. Znów odpowiedziała mi cisza. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię. Podskoczyłam ze strachu (przy okazji kawałek podłogi zamarzł) i trzepnęłam Jack'a w ramię.
- Chcesz żebym dostała zawału?! - krzyknęłam.
- Nie. - zaśmiał się. - Szukałaś mnie?
- Chciałam iść na spacer... - odrzekłam. - Ale teraz się na Ciebie obraziłam, więc siadam do papierów...
- O nienienienie... - zastąpił mi drogę kiedy wyszłam na korytarz i skierowałam się do gabinetu. - Chodź.
I bez mojej zgody chwycił mnie za rękę i pobiegliśmy prosto nad brzeg morza, tylnym wyjściem. Kiedy wróciliśmy poszłam do gabinetu, bo tak czy inaczej musiałam odpisać na kilka listów. Jack poszedł chyba do Kristoff'a, mieli poczytać Lence. Siedziałam przez jakiś czas sama w oświetleniu jedynie jednej świeczki i zastanawiałam się co odpisać wyjątkowo natrętnemu mężczyźnie z odległego królestwa.
- Co tam porabiasz? - usłyszałam głos siostry.
- Nic ciekawego. - odrzekłam.
Dostawiła krzesło obok mnie i usiadła kładąc na biurku swoją świeczkę.
- Chłopaki śpiewają Lenie. Przynajmniej śpiewali przed chwilą. - uśmiechnęła się.
- Tak, słyszałam. - odrzekłam odwzajemniając uśmiech.
- Byliście gdzieś z Jack'iem?
Kiwnęłam głową nie odrywając pióra od pergaminu.
- Elsa, weź na chwilę przestań.
Uniosłam brwi i spojrzałam na Ankę.
- Potrzebuję trochę siostrzanej miłości! - wyszczerzyła do mnie zęby.
Odłożyłam więc pióro i odwróciłam się do niej.
- No dobrze... o czym chcesz rozmawiać?
- O wszystkim. - wzruszyła ramionami. - Myślałam żeby zorganizować Lenie trochę rozrywki.
- Myślę, że ma... - zaczęłam, ale siostra przerwała mi:
- Miałam taki pomysł, żeby pojechać z nią do trolli. Na pewno będzie się cieszyć jak zobaczy takie... stworzenia. Musi się zaprzyjaźnić, nie?
Zastanowiłam się chwilę i kiwnęłam głową.
- Dobry pomysł. - uśmiechnęłam się i przytuliłam siostrę. - Możemy jechać jutro.
Anka podskoczyła z radości. Została ze mną dopóki nie skończyłam pracy.
- Elsa.
piątek, 24 lipca 2015
środa, 22 lipca 2015
Poranne niespodzianki i rozpakowywanie.
Witajcie,
Wczoraj obudziła mnie Anka wpadając do naszej sypialni nad ranem.
- Elsa!! Wstawaj! Szybko!! Chodźcie!!
- O tak, jesteśmy z powrotem w domu... - mruknął Jack nie wynurzając się spod kołdry.
Usiadłam powoli i spojrzałam na siostrę nieprzytomnym wzrokiem.
- Coś się stało? - spytałam.
- Tak!! - Anna zaczęła skakać w miejscu. - Chodź!! Nie chcemy tego przegapić!!
I pociągnęła mnie na korytarz i do komnaty Leny. Następnie wzięła córkę od Kristoff'a (który widocznie pragnął tylko i wyłącznie wrócić do łóżka) i podeszła z nią do mnie.
- Powiedz Lenuś, powiedz jeszcze raz. - powiedziała do dziecka.
- Aniu, ona ma siedem miesię... - zaczęłam, ale Anka przerwała mi:
- Przed chwilą powiedziała! Pierwsze słowo! Powiedz maleńka, pochwal się cioci.
Spojrzałam pytającym wzrokiem na Kristoff'a. On kiwnął powoli głową i uśmiechnął się. Lena śmiała się patrząc na mnie, a potem spojrzała na Annę i zaczęła gaworzyć niezrozumiale.
- Piękne pierwsze słowa... - stwierdziłam i odwróciłam się w stronę drzwi, ale Ania zawołała mnie z powrotem.
Westchnęłam i usiadła na bujanym fotelu. W pewnej chwili Lena zaśmiała się i z jej ust wydobyły się dość niewyraźne dwie sylaby: "Ma..ma.." Anna zapiszczała z radości i przytuliła córeczkę. Wstałam i nie wierząc własnym uszom podeszłam do nich.
- Jest za mała... - zaczęłam, ale Lena znowu zaczęła:
- Mama..? Ma..ma...mamamama...
Anna wyglądała jakby miała wybuchnąć z radości.
- Tak, mama! Ślicznie, Lenuś! A to tata...
Odwróciła się z Leną w stronę Kristoff'a, a potem w moją.
- A to ciocia Elsa...
Lecz przez następną godzinę dziewczynka widocznie chciała utwierdzić wszystkich w sprawie, że nauczyła się słowa "mama", bo nie przestawała tego mówić. W końcu udało mi się wrócić do sypialni. Jack spał jak zabity przytulony mocno do mojej poduszki. Z trudem powstrzymując śmiech usiadłam przy nim i pogładziłam go po rozczochranych włosach.
- Jack... wstajesz? - zapytałam.
- Mhm... - mruknął.
Spojrzałam na zegar. Była dopiero ósma, chyba nic się nie stanie jeśli położę się jeszcze na chwilę - pomyślałam. Posunęłam więc trochę Jack'a (gdy ma całe łóżko dla siebie od razu kładzie się prawie w poprzek) i przytuliłam się do niego. Obudził mnie dopiero koło dziesiątej.
- O co chodziło Annie? - zapytał.
- Ominęło Cię pierwsze słowo Leny. - powiedziałam.
- Och. - westchnął.
- Rozpakujmy się. - zaproponowałam.
I robiliśmy to aż do południa.
- Elsa.
Wczoraj obudziła mnie Anka wpadając do naszej sypialni nad ranem.
- Elsa!! Wstawaj! Szybko!! Chodźcie!!
- O tak, jesteśmy z powrotem w domu... - mruknął Jack nie wynurzając się spod kołdry.
Usiadłam powoli i spojrzałam na siostrę nieprzytomnym wzrokiem.
- Coś się stało? - spytałam.
- Tak!! - Anna zaczęła skakać w miejscu. - Chodź!! Nie chcemy tego przegapić!!
I pociągnęła mnie na korytarz i do komnaty Leny. Następnie wzięła córkę od Kristoff'a (który widocznie pragnął tylko i wyłącznie wrócić do łóżka) i podeszła z nią do mnie.
- Powiedz Lenuś, powiedz jeszcze raz. - powiedziała do dziecka.
- Aniu, ona ma siedem miesię... - zaczęłam, ale Anka przerwała mi:
- Przed chwilą powiedziała! Pierwsze słowo! Powiedz maleńka, pochwal się cioci.
Spojrzałam pytającym wzrokiem na Kristoff'a. On kiwnął powoli głową i uśmiechnął się. Lena śmiała się patrząc na mnie, a potem spojrzała na Annę i zaczęła gaworzyć niezrozumiale.
- Piękne pierwsze słowa... - stwierdziłam i odwróciłam się w stronę drzwi, ale Ania zawołała mnie z powrotem.
Westchnęłam i usiadła na bujanym fotelu. W pewnej chwili Lena zaśmiała się i z jej ust wydobyły się dość niewyraźne dwie sylaby: "Ma..ma.." Anna zapiszczała z radości i przytuliła córeczkę. Wstałam i nie wierząc własnym uszom podeszłam do nich.
- Jest za mała... - zaczęłam, ale Lena znowu zaczęła:
- Mama..? Ma..ma...mamamama...
Anna wyglądała jakby miała wybuchnąć z radości.
- Tak, mama! Ślicznie, Lenuś! A to tata...
Odwróciła się z Leną w stronę Kristoff'a, a potem w moją.
- A to ciocia Elsa...
Lecz przez następną godzinę dziewczynka widocznie chciała utwierdzić wszystkich w sprawie, że nauczyła się słowa "mama", bo nie przestawała tego mówić. W końcu udało mi się wrócić do sypialni. Jack spał jak zabity przytulony mocno do mojej poduszki. Z trudem powstrzymując śmiech usiadłam przy nim i pogładziłam go po rozczochranych włosach.
- Jack... wstajesz? - zapytałam.
- Mhm... - mruknął.
Spojrzałam na zegar. Była dopiero ósma, chyba nic się nie stanie jeśli położę się jeszcze na chwilę - pomyślałam. Posunęłam więc trochę Jack'a (gdy ma całe łóżko dla siebie od razu kładzie się prawie w poprzek) i przytuliłam się do niego. Obudził mnie dopiero koło dziesiątej.
- O co chodziło Annie? - zapytał.
- Ominęło Cię pierwsze słowo Leny. - powiedziałam.
- Och. - westchnął.
- Rozpakujmy się. - zaproponowałam.
I robiliśmy to aż do południa.
- Elsa.
poniedziałek, 20 lipca 2015
Wreszcie w ukochanym domu.
Witajcie,
Dziś, w ostatni dzień pobytu na Biegunie Północnym wyszliśmy z sypialni dopiero w południe... aby... cóż, nacieszyć się takim...czerwonym łóżkiem...
- Kochana Śnieżynko... - Jack ujął moje dłonie gdy wyszliśmy na balkon. - Chcę, żebyś wiedziała...
Nie mogąc powstrzymać lekkiego uśmiechu spojrzałam mu głęboko w oczy. W te łagodne, kryształowo niebieskie oczy, w które mogłam się wpatrywać bez przerwy.
- Chcę żebyś wiedziała... - Jack wyczarował na mojej dłoni maleńką śnieżynkę. - ... że kocham Cię najbardziej na świecie. Cokolwiek by się nie działo... czy dobrego czy złego, zawsze będę Cię kochać.
- Ja Ciebie też. - odrzekłam, a Jack zdmuchnął delikatnie śnieżynkę, aby poniósł ją wiatr i kładąc chłodne dłonie na moich policzkach pocałował mnie.
Jakiś czas później spakowaliśmy nasze rzeczy i zanieśliśmy je do sań.
- Gotowa? - uśmiechnął się Jack wystawiając do mnie rękę, aby pomóc mi wejść.
Uśmiechnęłam się i skinęłam głową. Rozpoczęliśmy lot powrotny do Arendelle.
- Już brakuje mi wolności. - powiedział Jack po jakimś czasie.
- Nawet jeszcze nie dotarliśmy. - zaśmiałam się.
- No tak, ale wyobraziłem sobie Ankę włażącą nam do sypialni za każdym razem... - westchnął.
- A ja już za tym tęsknię. - uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek.
Około siedemnastej naszym oczom ukazał się nasz piękny kraj na horyzoncie.
- Arendelle... - westchnęłam.
- Poddani na pewno czekają na ukochaną królową. - uśmiechnął się Jack.
Miał rację. Gdy wylądowaliśmy w porcie powitał nas tłum klaszczących i wiwatujących ludzi. W końcu udało nam się przedostać do miasta i do bram zamku. Gdy siłowaliśmy się z bramą usłyszeliśmy nagle krzyk z okna gdzieś nad nami:
- ELSA!!!!!
I po chwili bramy rozwarły się i wybiegła na nas Anka z wrzaskiem. Wpadła na mnie, z takim impetem, że przewróciłyśmy się na ziemię.
- Elsa!!!!!!!!!!!! - zaczęła wrzeszczeć niemiłosiernie nie wypuszczając mnie z uścisku.
- Cześć, Aniu. - zaśmiałam się i odwzajemniłam uścisk.
Gdy w końcu pozwoliła mi wstać, zobaczyłam, że z zamku wyszedł także Kristoff i przywitał się z Jack'iem (o wiele mniej entuzjastycznie).
- Nie wiesz jak się stęskniłam! - zawołała Anna. - I ja i wszyscy i poddani i Lenka i służący i w ogóle wszyscy!
Uśmiechnęłam się po czym weszłyśmy do środka, a Jack i Kristoff zanieśli nasze bagaże do sypialni.
- I jak było? - zagadnęła do mnie Anka z figlarnym uśmieszkiem.
- Genialnie. - odrzekłam. - Najpierw byliśmy na Berk, potem u Meridy i wyobraź sobie, że Flynn tam był! I są z Meridą razem!
- Naprawdę?! - Anka aż podskoczyła.
Kiwnęłam głową.
- To genialnie!
- A potem byliśmy jeszcze na Biegunie Północnym...
I tak gadałyśmy do nocy, a potem zasnęłam w ukochanym łóżku z radością wdychając znajome zapachy i czując się zupełnie cudownie.
- Elsa.
Dziś, w ostatni dzień pobytu na Biegunie Północnym wyszliśmy z sypialni dopiero w południe... aby... cóż, nacieszyć się takim...czerwonym łóżkiem...
- Kochana Śnieżynko... - Jack ujął moje dłonie gdy wyszliśmy na balkon. - Chcę, żebyś wiedziała...
Nie mogąc powstrzymać lekkiego uśmiechu spojrzałam mu głęboko w oczy. W te łagodne, kryształowo niebieskie oczy, w które mogłam się wpatrywać bez przerwy.
- Chcę żebyś wiedziała... - Jack wyczarował na mojej dłoni maleńką śnieżynkę. - ... że kocham Cię najbardziej na świecie. Cokolwiek by się nie działo... czy dobrego czy złego, zawsze będę Cię kochać.
- Ja Ciebie też. - odrzekłam, a Jack zdmuchnął delikatnie śnieżynkę, aby poniósł ją wiatr i kładąc chłodne dłonie na moich policzkach pocałował mnie.
Jakiś czas później spakowaliśmy nasze rzeczy i zanieśliśmy je do sań.
- Gotowa? - uśmiechnął się Jack wystawiając do mnie rękę, aby pomóc mi wejść.
Uśmiechnęłam się i skinęłam głową. Rozpoczęliśmy lot powrotny do Arendelle.
- Już brakuje mi wolności. - powiedział Jack po jakimś czasie.
- Nawet jeszcze nie dotarliśmy. - zaśmiałam się.
- No tak, ale wyobraziłem sobie Ankę włażącą nam do sypialni za każdym razem... - westchnął.
- A ja już za tym tęsknię. - uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek.
Około siedemnastej naszym oczom ukazał się nasz piękny kraj na horyzoncie.
- Arendelle... - westchnęłam.
- Poddani na pewno czekają na ukochaną królową. - uśmiechnął się Jack.
Miał rację. Gdy wylądowaliśmy w porcie powitał nas tłum klaszczących i wiwatujących ludzi. W końcu udało nam się przedostać do miasta i do bram zamku. Gdy siłowaliśmy się z bramą usłyszeliśmy nagle krzyk z okna gdzieś nad nami:
- ELSA!!!!!
I po chwili bramy rozwarły się i wybiegła na nas Anka z wrzaskiem. Wpadła na mnie, z takim impetem, że przewróciłyśmy się na ziemię.
- Elsa!!!!!!!!!!!! - zaczęła wrzeszczeć niemiłosiernie nie wypuszczając mnie z uścisku.
- Cześć, Aniu. - zaśmiałam się i odwzajemniłam uścisk.
Gdy w końcu pozwoliła mi wstać, zobaczyłam, że z zamku wyszedł także Kristoff i przywitał się z Jack'iem (o wiele mniej entuzjastycznie).
- Nie wiesz jak się stęskniłam! - zawołała Anna. - I ja i wszyscy i poddani i Lenka i służący i w ogóle wszyscy!
Uśmiechnęłam się po czym weszłyśmy do środka, a Jack i Kristoff zanieśli nasze bagaże do sypialni.
- I jak było? - zagadnęła do mnie Anka z figlarnym uśmieszkiem.
- Genialnie. - odrzekłam. - Najpierw byliśmy na Berk, potem u Meridy i wyobraź sobie, że Flynn tam był! I są z Meridą razem!
- Naprawdę?! - Anka aż podskoczyła.
Kiwnęłam głową.
- To genialnie!
- A potem byliśmy jeszcze na Biegunie Północnym...
I tak gadałyśmy do nocy, a potem zasnęłam w ukochanym łóżku z radością wdychając znajome zapachy i czując się zupełnie cudownie.
- Elsa.
sobota, 18 lipca 2015
Miły list prosto z Arendelle.
Witajcie,
Wczoraj wieczorem do naszego pokoju wpadł wielki yeti.
- Eee...Jack? - jęknęłam nie wiedząc do końca jak się zachować.
Stworzenie wydawało dziwne pomruki i wymachiwało rękami.
- Cześć Phil. - Jack podszedł do niego.
Zdziwiłam się swobodą z jaką to zrobił, traktował yeti'ego jak starego znajomego.
- Coś się stało? - zapytał.
Phil ryknął i wybiegł na korytarz.
- Prosi żebyśmy za nim poszli. - Jack uśmiechnął się do mnie.
- No... dobrze... - westchnęłam i zeszłam z łóżka.
Podążyliśmy korytarzem kierując się za rykami yeti'ego. Poprowadził nas do salonu i stanął przed nami wymachując rękami.
- Dobrze, dzięki Phil. - Jack uspokoił go ruchem ręki. - Możesz już iść.
Stworzenie kiwnęło głową i posłuchało polecenia.
- Rozmawiasz z nadnaturalnymi stworzeniami? - uniosłam brwi.
- To proste. - zaśmiał się Jack i podszedł do stołu. - Przekazał nam, że dostaliśmy list.
I uniósł z blatu kopertę, którą od razu rozpoznałam. W rogu widniał herb Arendelle - złoty krokus na fioletowo zielonym tle.
- To pewnie od Anny. - powiedział Jack podając mi list.
Otworzyłam kopertę i zaczęłam czytać.
Kochana Elso i Jack'u!
Mamy nadzieję, ja i Kristoff, ( i Lenka ) że się świetnie bawicie. Tak naprawdę to nie mamy co do tego żadnych wątpliwości, wiemy, że potraficie zapewnić sobie świetną rozrywkę... Poddani już bardzo tęsknią za swoją królową... i ja też za Tobą bardzo, bardzo tęsknię, więc... mamy nadzieję, że za niedługo do nas wrócicie. Tutaj wszystko w porządku.
Buziaki i uściski!
Wczoraj wieczorem do naszego pokoju wpadł wielki yeti.
- Eee...Jack? - jęknęłam nie wiedząc do końca jak się zachować.
Stworzenie wydawało dziwne pomruki i wymachiwało rękami.
- Cześć Phil. - Jack podszedł do niego.
Zdziwiłam się swobodą z jaką to zrobił, traktował yeti'ego jak starego znajomego.
- Coś się stało? - zapytał.
Phil ryknął i wybiegł na korytarz.
- Prosi żebyśmy za nim poszli. - Jack uśmiechnął się do mnie.
- No... dobrze... - westchnęłam i zeszłam z łóżka.
Podążyliśmy korytarzem kierując się za rykami yeti'ego. Poprowadził nas do salonu i stanął przed nami wymachując rękami.
- Dobrze, dzięki Phil. - Jack uspokoił go ruchem ręki. - Możesz już iść.
Stworzenie kiwnęło głową i posłuchało polecenia.
- Rozmawiasz z nadnaturalnymi stworzeniami? - uniosłam brwi.
- To proste. - zaśmiał się Jack i podszedł do stołu. - Przekazał nam, że dostaliśmy list.
I uniósł z blatu kopertę, którą od razu rozpoznałam. W rogu widniał herb Arendelle - złoty krokus na fioletowo zielonym tle.
- To pewnie od Anny. - powiedział Jack podając mi list.
Otworzyłam kopertę i zaczęłam czytać.
Kochana Elso i Jack'u!
Mamy nadzieję, ja i Kristoff, ( i Lenka ) że się świetnie bawicie. Tak naprawdę to nie mamy co do tego żadnych wątpliwości, wiemy, że potraficie zapewnić sobie świetną rozrywkę... Poddani już bardzo tęsknią za swoją królową... i ja też za Tobą bardzo, bardzo tęsknię, więc... mamy nadzieję, że za niedługo do nas wrócicie. Tutaj wszystko w porządku.
Buziaki i uściski!
Ania, Kristoff i Lena
- Rozrywkę...? - zaśmiał się Jack.
- Mam nadzieję, że jakoś sobie radzą. - powiedziałam.
- Spokojnie, słyszałaś, wszystko gra.
Kiwnęłam głową.
- To co, Śnieżynko... - Jack objął mnie i skierował się z powrotem na korytarz. -... nie brakuje Ci przypadkiem rozrywki?
Uśmiechnęłam się i pocałowałam go.
- Elsa.
czwartek, 16 lipca 2015
Cudne chwile na Biegunie Północnym.
Witajcie,
Obudziłam się dziś w wyjątkowo dobrym humorze, przytulona do Jack'a w ogromnym łóżku, pod czerwoną, grubą pościelą. Wstałam, ubrałam mój satynowy szlafrok i wyszłam na korytarz. Nie byłam pewna czy w tym wielkim domu znajdę drogę do kuchni, ale w końcu mi się udało i postanowiłam zrobić dla nas śniadanie. Nie jestem jakąś wielką mistrzynią w gotowaniu, kiedyś, gdy byłam bardzo mała piekłam babeczki i ciasta z kucharkami. Udało mi się jednak przygotować coś podobnego do omletów.
- Mmm... co tak pachnie? - usłyszałam.
Jack podszedł do mnie z uśmiechem i przytulił mnie od tyłu.
- Od kiedy królowa umie tak gotować?
- Przestań, wcale nie umiem. - zaśmiałam się.
Usiedliśmy razem przy stole.
- Przepyszne. - powiedział Jack z pełnymi ustami.
- Dziękuję. - uśmiechnęłam się.
Gdy zjedliśmy Jack zaprowadził mnie w wyjątkowe miejsce - do bazy Strażników.
- Co to...? - zapytałam wpatrując się w ogromny model Ziemi z mnóstwem światełek na każdym kontynencie.
- To... - Jack podszedł do mnie. - ... jest bardzo ważne. Widzisz te światełka? To dzieci, które w nas wierzą.
- Niesamowite... - westchnęłam. - Czyli... tutaj spotykacie się gdy coś się dzieje?
Jack kiwnął głową.
- Wysyłamy wtedy specjalny znak, wygląda jak zorza polarna. Także tutaj Księżyc oznajmił innym, że wybrał mnie na Strażnika.
Następnie wyszliśmy na dach. Padał śnieg, ale nam to nie przeszkadzało. Był stamtąd piękny widok na pola i wzgórza pokryte białym puchem.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy? - odezwał się Jack łapiąc mnie za rękę.
- Jak mogłabym zapomnieć. Myślałam, że dostanę zawału. - uśmiechnęłam się.
- To było na twoim balkonie, w twoim Lodowym Pałacu. - Jack odwzajemnił uśmiech. - Musiałem zapewnić Ci towarzystwo.
Westchnęłam i wtuliłam się w niego. Chwilę jeszcze staliśmy na dachu, a potem wyszliśmy na spacer. Było naprawdę cudownie.
- Elsa.
Obudziłam się dziś w wyjątkowo dobrym humorze, przytulona do Jack'a w ogromnym łóżku, pod czerwoną, grubą pościelą. Wstałam, ubrałam mój satynowy szlafrok i wyszłam na korytarz. Nie byłam pewna czy w tym wielkim domu znajdę drogę do kuchni, ale w końcu mi się udało i postanowiłam zrobić dla nas śniadanie. Nie jestem jakąś wielką mistrzynią w gotowaniu, kiedyś, gdy byłam bardzo mała piekłam babeczki i ciasta z kucharkami. Udało mi się jednak przygotować coś podobnego do omletów.
- Mmm... co tak pachnie? - usłyszałam.
Jack podszedł do mnie z uśmiechem i przytulił mnie od tyłu.
- Od kiedy królowa umie tak gotować?
- Przestań, wcale nie umiem. - zaśmiałam się.
Usiedliśmy razem przy stole.
- Przepyszne. - powiedział Jack z pełnymi ustami.
- Dziękuję. - uśmiechnęłam się.
Gdy zjedliśmy Jack zaprowadził mnie w wyjątkowe miejsce - do bazy Strażników.
- Co to...? - zapytałam wpatrując się w ogromny model Ziemi z mnóstwem światełek na każdym kontynencie.
- To... - Jack podszedł do mnie. - ... jest bardzo ważne. Widzisz te światełka? To dzieci, które w nas wierzą.
- Niesamowite... - westchnęłam. - Czyli... tutaj spotykacie się gdy coś się dzieje?
Jack kiwnął głową.
- Wysyłamy wtedy specjalny znak, wygląda jak zorza polarna. Także tutaj Księżyc oznajmił innym, że wybrał mnie na Strażnika.
Następnie wyszliśmy na dach. Padał śnieg, ale nam to nie przeszkadzało. Był stamtąd piękny widok na pola i wzgórza pokryte białym puchem.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy? - odezwał się Jack łapiąc mnie za rękę.
- Jak mogłabym zapomnieć. Myślałam, że dostanę zawału. - uśmiechnęłam się.
- To było na twoim balkonie, w twoim Lodowym Pałacu. - Jack odwzajemnił uśmiech. - Musiałem zapewnić Ci towarzystwo.
Westchnęłam i wtuliłam się w niego. Chwilę jeszcze staliśmy na dachu, a potem wyszliśmy na spacer. Było naprawdę cudownie.
- Elsa.
wtorek, 14 lipca 2015
Ostatni tydzień sam na sam.
Witajcie,
Dziś dotarliśmy do ostatniego miejsca naszego miesiąca miodowego. Jack uznał, że od razu je poznam więc abym miała niespodziankę zawiązał mi oczy jeszcze przed wylądowaniem.
- Ostrożnie... - powiedział pomagając mi wysiąść z sań.
- Zaraz się potknę. - zaśmiałam się.
- No dobra. - Jack podniósł mnie i unieśliśmy się w powietrze. - Będzie szybciej.
Powietrze było chłodne i czułam na twarzy drobniutkie śnieżynki unoszące się z wiatrem.
- Jack... - zaczęłam, ale on przerwał mi:
- Cii, już jesteśmy.
I wylądował. Powierzchnia, na której stanęliśmy była twarda i wyczuwałam od niej chłód, taki sam jak w powietrzu.
- Pada śnieg, w środku lata. - stwierdziłam. - Gdzie my jeste...
- Cierpliwości, Śnieżynko. - usłyszałam w głosie Jack'a rozbawienie i troskę.
Usłyszałam skrzypienie drzwi i poczułam powiew ciepła i jakby zapach wypieków. Jack chwycił mnie za ręce i poprowadził na przód. Weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia, było tu ciepło i szliśmy po czymś miękkim.
- Możesz mi już ściągnąć...? - zaczęłam zniecierpliwiona.
- Dobrze. - Jack delikatnie ściągnął mi materiał z oczu.
Zobaczyłam, że jesteśmy w przytulnym miejscu z bardzo wysokimi ścianami, czerwonym dywanem i czerwonymi tapetami w świąteczne wzorki.
- Dom Mikołaja? - uśmiechnęłam się rozglądając się dalej.
- Zgadłaś. - Jack odwzajemnił uśmiech. - Ale jest lepiej niż myślisz.
Spojrzałam na niego wyczekująco.
- Cały dom mamy dla siebie.
Zamrugałam nie dowierzając.
- Jak to?
- Powiedzmy, że go wynająłem. - Jack podszedł do mnie z uśmiechem. - Na... tydzień.
- Tydzień?! - prawie podskoczyłam z radości. - Jesteś kochany Jack!
Przytuliłam go mocno. Odwzajemnił uścisk po czym poprowadził mnie do wielkiego salonu z kominkiem, w którym płonął wesoło ogień.
- Zrobię Ci herbaty. - Jack wskazał na sofę, żebym usiadła. - A potem... może jakoś uczcimy to, że mamy cały tydzień tylko dla siebie w ogromnym domu tylko dla nas? - wyszczerzył zęby.
Uśmiechnęłam się tylko i usiadłam. Jack jest naprawdę kochany. Ten tydzień będzie najcudowniejszy w naszym życiu.
- Elsa.
Dziś dotarliśmy do ostatniego miejsca naszego miesiąca miodowego. Jack uznał, że od razu je poznam więc abym miała niespodziankę zawiązał mi oczy jeszcze przed wylądowaniem.
- Ostrożnie... - powiedział pomagając mi wysiąść z sań.
- Zaraz się potknę. - zaśmiałam się.
- No dobra. - Jack podniósł mnie i unieśliśmy się w powietrze. - Będzie szybciej.
Powietrze było chłodne i czułam na twarzy drobniutkie śnieżynki unoszące się z wiatrem.
- Jack... - zaczęłam, ale on przerwał mi:
- Cii, już jesteśmy.
I wylądował. Powierzchnia, na której stanęliśmy była twarda i wyczuwałam od niej chłód, taki sam jak w powietrzu.
- Pada śnieg, w środku lata. - stwierdziłam. - Gdzie my jeste...
- Cierpliwości, Śnieżynko. - usłyszałam w głosie Jack'a rozbawienie i troskę.
Usłyszałam skrzypienie drzwi i poczułam powiew ciepła i jakby zapach wypieków. Jack chwycił mnie za ręce i poprowadził na przód. Weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia, było tu ciepło i szliśmy po czymś miękkim.
- Możesz mi już ściągnąć...? - zaczęłam zniecierpliwiona.
- Dobrze. - Jack delikatnie ściągnął mi materiał z oczu.
Zobaczyłam, że jesteśmy w przytulnym miejscu z bardzo wysokimi ścianami, czerwonym dywanem i czerwonymi tapetami w świąteczne wzorki.
- Dom Mikołaja? - uśmiechnęłam się rozglądając się dalej.
- Zgadłaś. - Jack odwzajemnił uśmiech. - Ale jest lepiej niż myślisz.
Spojrzałam na niego wyczekująco.
- Cały dom mamy dla siebie.
Zamrugałam nie dowierzając.
- Jak to?
- Powiedzmy, że go wynająłem. - Jack podszedł do mnie z uśmiechem. - Na... tydzień.
- Tydzień?! - prawie podskoczyłam z radości. - Jesteś kochany Jack!
Przytuliłam go mocno. Odwzajemnił uścisk po czym poprowadził mnie do wielkiego salonu z kominkiem, w którym płonął wesoło ogień.
- Zrobię Ci herbaty. - Jack wskazał na sofę, żebym usiadła. - A potem... może jakoś uczcimy to, że mamy cały tydzień tylko dla siebie w ogromnym domu tylko dla nas? - wyszczerzył zęby.
Uśmiechnęłam się tylko i usiadłam. Jack jest naprawdę kochany. Ten tydzień będzie najcudowniejszy w naszym życiu.
- Elsa.
sobota, 11 lipca 2015
Szalony, nocny pomysł.
Witajcie,
Wczoraj późnym wieczorem, Jack powiedział do mnie gdy byliśmy razem w pokoju:
- Mam pomysł, Elsuś.
- Już się boję. - uśmiechnęłam się.
On podszedł do szafy i wyjął z niej dziwne zawiniątko.
- Co tam masz? - zapytałam.
- Namiot. - wyszczerzył do mnie zęby. - Chodź, wymkniemy się i nikt nas nie zobaczy.
Po czym pociągnął mnie do tylnego wyjścia z zamku. Było ciepło chociaż Księżyc świecił w pełni na niebie od dłuższego czasu. Wokół nas było strasznie ciemno, a Jack prowadził mnie do lasu. Potykałam się na kamykach, z których wyłożona była ścieżka, której nawet nie mogłam dostrzec.
- Jack, zgubimy się. - nie wiem czemu nie mogłam powstrzymać śmiechu.
Coś w jego zachowaniu było zabawnego i uroczego. Biegł ciągnąc mnie za rękę wśród drzew w prawie totalnej ciemności i posyłał mi ciepłe uśmiechy.
- Spokojnie. - powiedział.
Wreszcie wyszliśmy na niedużą polankę.
- Odpocznij, a ja rozłożę namiot. - powiedział.
Usiadłam na trawie całkowicie wykończona i zrzuciłam buty. Położyłam się na plecach i zaczęłam wpatrywać się w gwiazdy. Po chwili Jack położył się przy mnie i westchnął kładąc dłoń na mojej.
- Cudnie widać tu niebo. - powiedział.
- Dawno nie widziałam aż tylu gwiazd. - westchnęłam.
Oglądaliśmy nocne niebo jeszcze długo, a potem Jack pomógł mi wejść do namiotu. Był bardzo mały, ale przytulny.
- Jesteś naprawdę kochany. - powiedziałam uśmiechając się do męża.
- Wiem. - uniósł dumnie głowę. - A teraz... - przysunął się z niebezpieczną miną. - ... chyba nie sądzisz, że od tak dam Ci iść spać?
- Oczywiście, że nie. - rozpięłam zamek sukienki z uśmiechem.
Zasnęliśmy dopiero gdy niebo zaczęło robić się różowe. A jutro wyruszymy naszymi cudownymi saniami do ostatniego miejsca naszej podróży. Już nie mogę się doczekać...
- Elsa.
Wczoraj późnym wieczorem, Jack powiedział do mnie gdy byliśmy razem w pokoju:
- Mam pomysł, Elsuś.
- Już się boję. - uśmiechnęłam się.
On podszedł do szafy i wyjął z niej dziwne zawiniątko.
- Co tam masz? - zapytałam.
- Namiot. - wyszczerzył do mnie zęby. - Chodź, wymkniemy się i nikt nas nie zobaczy.
Po czym pociągnął mnie do tylnego wyjścia z zamku. Było ciepło chociaż Księżyc świecił w pełni na niebie od dłuższego czasu. Wokół nas było strasznie ciemno, a Jack prowadził mnie do lasu. Potykałam się na kamykach, z których wyłożona była ścieżka, której nawet nie mogłam dostrzec.
- Jack, zgubimy się. - nie wiem czemu nie mogłam powstrzymać śmiechu.
Coś w jego zachowaniu było zabawnego i uroczego. Biegł ciągnąc mnie za rękę wśród drzew w prawie totalnej ciemności i posyłał mi ciepłe uśmiechy.
- Spokojnie. - powiedział.
Wreszcie wyszliśmy na niedużą polankę.
- Odpocznij, a ja rozłożę namiot. - powiedział.
Usiadłam na trawie całkowicie wykończona i zrzuciłam buty. Położyłam się na plecach i zaczęłam wpatrywać się w gwiazdy. Po chwili Jack położył się przy mnie i westchnął kładąc dłoń na mojej.
- Cudnie widać tu niebo. - powiedział.
- Dawno nie widziałam aż tylu gwiazd. - westchnęłam.
Oglądaliśmy nocne niebo jeszcze długo, a potem Jack pomógł mi wejść do namiotu. Był bardzo mały, ale przytulny.
- Jesteś naprawdę kochany. - powiedziałam uśmiechając się do męża.
- Wiem. - uniósł dumnie głowę. - A teraz... - przysunął się z niebezpieczną miną. - ... chyba nie sądzisz, że od tak dam Ci iść spać?
- Oczywiście, że nie. - rozpięłam zamek sukienki z uśmiechem.
Zasnęliśmy dopiero gdy niebo zaczęło robić się różowe. A jutro wyruszymy naszymi cudownymi saniami do ostatniego miejsca naszej podróży. Już nie mogę się doczekać...
- Elsa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)