Witajcie,
Dziś rano dotarliśmy na Berk.
- Co z Astrid? - zapytałam gdy Czkawka prowadził mnie, Annę, Kristoff'a, Jack'a i Hosiwo do swojego domu.
- Ach, zapomniałem Wam powiedzieć. - odrzekł. - Nie urodziła, to tylko wyjątkowo mocny skurcz.
Podeszłam do Ani.
- A ty jak się czujesz? - zagadnęłam.
- Nie za dobrze. - odrzekła ściszonym głosem.
- Coś Cię boli? - zapytałam z troską w głosie.
Kiwnęła głową.
- Brzuch. I ogólnie czuję się raczej słabo.
- Nie martw się. - uśmiechnęłam się do siostry i chwyciłam ją za rękę. - Zaraz Ci przejdzie.
Odwzajemniła uśmiech. Usłyszałam jak z tyłu rozmawiają Jack i Hosiwo:
Jack: Masz jakąś?
Hosiwo: Haha, nie. Jakoś nie mam do nich szczęścia. A ty?
Jack: O tak. Mam moją przepiękną, przekochaną Śnieżynkę.
Hosiwo: Elsa? Jesteście razem?
Jack: O ile się nie mylę, to moja żona.
Hosiwo: O bracie. Haha, nieźle.
Jack: Taa... żebyś ją widział. Ma naprawdę cudowne...
- Jack. - przerwałam im.
- Tak, Śnieżynko? - wyszczerzył do mnie zęby.
- Może lepiej porozmawiajcie z Kristoff'em. - pokazałam na niego głową.
Szedł z przodu, obok Czkawki, z naburmuszoną miną i nic nie mówił.
- Co mu jest? - zapytał Hosiwo.
- Nie wiem... - odrzekłam, choć chyba znałam odpowiedź.
Myślę, że Kristoff może być zazdrosny. Anna spędziła dużo czasu z Hosiwem, a na dodatek jest w ciąży i to nie z nim. Ma powody do zazdrości.
- Co tylko rozkażesz. - Jack pocałował mnie w policzek i razem z Hosiwem pobiegli do Kristoff'a.
W końcu doszliśmy do domu. Powitała nas Astrid - szczęśliwa, zdrowa i dalej w ciąży.
- Następny taki fałszywy alarm i chyba zwariuję. - zaśmiała się wprowadzając nas do środka. - Na ile zostajecie?
- Właściwie myślałam, że wieczorem ruszymy do Arendelle. - odrzekłam.
- Tak szybko? No, jak chcecie.
Do końca dnia siedzieliśmy w domu Czkawki obgadując Hansa, albo bawiliśmy się ze smokami. Wieczorem pożegnaliśmy się i weszliśmy na nasz statek. Hosiwo zdecydował, że popłynie z nami (Kristoff warczał na niego przez długi czas). Około dwudziestej rozpoczęliśmy rejs do Arendelle.
- Elsa.
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
niedziela, 30 sierpnia 2015
Ślub i NA CO SIĘ TAK GAPICIE!!!
Hejo,
Dziś wydarzyło się coś cudownego, no może dzień nie zaczął się cudownie.
Rano obudziła mnie moja pokojówka ze śniadaniem,kiedy już nie zjadłam śniadania,bo bałam się że jest zatrute ;) zaczęły mnie ubierać i zdałam sobie sprawę z tego że nigdy nie widziałam mojej sukni ślubnej,
była ona rozwieszona na ogromnym szkielecie opinającym mi się na biodrach, później założyły mi gorset ( nie wiem czy to bezpieczne w mim stanie) i kiedy miałam już szkielet i gorset zaczęły przeciągać mi przez głowę ciasną w pasie spódnicę. Kiedy byłam już ubrana zaczęły mnie czesać i malować, musiałam STAĆ!!!
Kiedy wreszcie skończyły założyły mi buty na niewyobrażalnie wielkich obcasach.
Podeszłam do lustra wyglądałam okropnie za bardzo mnie wystroili, miałam ogromnego koka z perłami we włosach, oczy miałam wymalowane na złoty kolor z ciemną kreską i mocno wytuszowane rzęsy ust miałam pomalowane krwisto czerwoną szminką, a na sobie miałam białą suknię, na gorsecie była piękna czerwona róża, chciałam zbaczyć buty, ale suknia mi je zasłaniała.
- Nich Jaśnie Pani teraz zaczeka, aż ktoś po Panią przyjdzie.
- Dobrze.- gdy wyszły chciałam usiąść, ale ta głupia kiecka mi przeszkadzała, stałam tak długo że nie czuła nóg i było mi coraz ciaśniej w gorsecie, gdy nagle do pokoju wszedł Hosiwo.
- Ale wyglądasz paskudnie.
- Też tak uważam, kto wybrała suknie i te buty?
- Hans.
- A on nie wie że kobiety w ciąży nie powinny nosić gorsetu czy butów na obcasie?
- Pewnie jest tak tępy że nie.- Hosiwo uśmiechną się i trochę przypominał mi Jack' a.- To co idziemy?
- Tak miejmy to już za sobą... oby wszystko poszło zgodnie z planem. - gdy wyszliśmy na korytarz, oniemiała, był przystrojony w złoto i srebro, a na podłodze leżał czerwony dywan.
- Hosiwo poczekaj chwilkę.- musiałam stanąć, bo gorset za bardzo mnie cisną- Mógłbyś mi go trochę rozluźnić.
- Ja?! Ale jak?
- Po prostu pociągnij delikatnie za jedną nitkę. gdy Hosiwo, już rozluźnił mi gorset było już idealnie. Doszliśmy do sali tronowej w której miał odbyć się ślub, bo w Grassville nie było kaplicy. Na podeście stał Hans i kapłan. Gdy kapłan zaczął odmawiać ceremonię robiło mi się coraz cieplej, nie mogłam się doczekać kiedy oni przyjdą.
- Czy ty królu Hansie bierzesz sobie tę kobietę za żonę?
- Tak.
- Czy ty księżniczko Anno, bierzesz sobie tego mężczyznę za męża?
- Ja....yyy..
- NIE ZGADZAM SIĘ!!!- w drzwiach stał Kristoff, a za nim do sali wpadli Elsa, Jack i Czkawka.
Chciałam biec do nich, ale potknęłam się o szkielet i zaczęłam go ściągać,ale nie umiałam go rozpiąć i wtedy podbiegł do mnie Hosiwo i zaczął rozpinać mi szkielet, a ja widziała w oczach Kristoff' a wściekłość, gdy już ściągnęłam szkielet wzięłam Hosiwo za rękę i poszliśmy w stronę smoków.
- Anna co ty robisz?- zapytał zdziwiony Hosiwo.
- Polecisz z nami do Arendelle.- Hosiwo już nie stawiał się.
- WY JESTEŚCIE... nienormalni... NIENORMALNI, ja...ja...ja nie chce was więcej widzieć, nie lubię was już. - powiedział Hans i zaczął płakać i wybiegł z sali.
- Dobra uciekajmy. - powiedział Jack, zaczęliśmy wyprowadzać smoki z zamku.
- Nie macie za mało smoków?- zapytał Hosiwo.
- Przy brzegu jest ich więcej.- zaczęliśmy biec, gdy nagle zaczęłam się dusić przez ten ch.......... gorset.
- Zdejmijcie.. mi...ten gorset.- Elsa pociągnęła za nitkę i gorset spadł na ziemię.
- NA CO SIĘ TAK GAPICIE!!!- zaczęłam się wydzierać na Hosiwo, Kristoff'a i Czkawkę, zasłoniłam się spódnicą.
- Poczekaj.-powiedział Hosiwo podchodząc do straganu z materiałami i zabrał zielony jedwabny materiał i zarzucił mi go na ramiona.
- To co lecimy na Berk?- zapytał Czkawka.
- Tak- potwierdziła Elsa.
- Anna
Dziś wydarzyło się coś cudownego, no może dzień nie zaczął się cudownie.
Rano obudziła mnie moja pokojówka ze śniadaniem,kiedy już nie zjadłam śniadania,bo bałam się że jest zatrute ;) zaczęły mnie ubierać i zdałam sobie sprawę z tego że nigdy nie widziałam mojej sukni ślubnej,
była ona rozwieszona na ogromnym szkielecie opinającym mi się na biodrach, później założyły mi gorset ( nie wiem czy to bezpieczne w mim stanie) i kiedy miałam już szkielet i gorset zaczęły przeciągać mi przez głowę ciasną w pasie spódnicę. Kiedy byłam już ubrana zaczęły mnie czesać i malować, musiałam STAĆ!!!
Kiedy wreszcie skończyły założyły mi buty na niewyobrażalnie wielkich obcasach.
Podeszłam do lustra wyglądałam okropnie za bardzo mnie wystroili, miałam ogromnego koka z perłami we włosach, oczy miałam wymalowane na złoty kolor z ciemną kreską i mocno wytuszowane rzęsy ust miałam pomalowane krwisto czerwoną szminką, a na sobie miałam białą suknię, na gorsecie była piękna czerwona róża, chciałam zbaczyć buty, ale suknia mi je zasłaniała.
- Nich Jaśnie Pani teraz zaczeka, aż ktoś po Panią przyjdzie.
- Dobrze.- gdy wyszły chciałam usiąść, ale ta głupia kiecka mi przeszkadzała, stałam tak długo że nie czuła nóg i było mi coraz ciaśniej w gorsecie, gdy nagle do pokoju wszedł Hosiwo.
- Ale wyglądasz paskudnie.
- Też tak uważam, kto wybrała suknie i te buty?
- Hans.
- A on nie wie że kobiety w ciąży nie powinny nosić gorsetu czy butów na obcasie?
- Pewnie jest tak tępy że nie.- Hosiwo uśmiechną się i trochę przypominał mi Jack' a.- To co idziemy?
- Tak miejmy to już za sobą... oby wszystko poszło zgodnie z planem. - gdy wyszliśmy na korytarz, oniemiała, był przystrojony w złoto i srebro, a na podłodze leżał czerwony dywan.
- Hosiwo poczekaj chwilkę.- musiałam stanąć, bo gorset za bardzo mnie cisną- Mógłbyś mi go trochę rozluźnić.
- Ja?! Ale jak?
- Po prostu pociągnij delikatnie za jedną nitkę. gdy Hosiwo, już rozluźnił mi gorset było już idealnie. Doszliśmy do sali tronowej w której miał odbyć się ślub, bo w Grassville nie było kaplicy. Na podeście stał Hans i kapłan. Gdy kapłan zaczął odmawiać ceremonię robiło mi się coraz cieplej, nie mogłam się doczekać kiedy oni przyjdą.
- Czy ty królu Hansie bierzesz sobie tę kobietę za żonę?
- Tak.
- Czy ty księżniczko Anno, bierzesz sobie tego mężczyznę za męża?
- Ja....yyy..
- NIE ZGADZAM SIĘ!!!- w drzwiach stał Kristoff, a za nim do sali wpadli Elsa, Jack i Czkawka.
Chciałam biec do nich, ale potknęłam się o szkielet i zaczęłam go ściągać,ale nie umiałam go rozpiąć i wtedy podbiegł do mnie Hosiwo i zaczął rozpinać mi szkielet, a ja widziała w oczach Kristoff' a wściekłość, gdy już ściągnęłam szkielet wzięłam Hosiwo za rękę i poszliśmy w stronę smoków.
- Anna co ty robisz?- zapytał zdziwiony Hosiwo.
- Polecisz z nami do Arendelle.- Hosiwo już nie stawiał się.
- WY JESTEŚCIE... nienormalni... NIENORMALNI, ja...ja...ja nie chce was więcej widzieć, nie lubię was już. - powiedział Hans i zaczął płakać i wybiegł z sali.
- Dobra uciekajmy. - powiedział Jack, zaczęliśmy wyprowadzać smoki z zamku.
- Nie macie za mało smoków?- zapytał Hosiwo.
- Przy brzegu jest ich więcej.- zaczęliśmy biec, gdy nagle zaczęłam się dusić przez ten ch.......... gorset.
- Zdejmijcie.. mi...ten gorset.- Elsa pociągnęła za nitkę i gorset spadł na ziemię.
- NA CO SIĘ TAK GAPICIE!!!- zaczęłam się wydzierać na Hosiwo, Kristoff'a i Czkawkę, zasłoniłam się spódnicą.
- Poczekaj.-powiedział Hosiwo podchodząc do straganu z materiałami i zabrał zielony jedwabny materiał i zarzucił mi go na ramiona.
- To co lecimy na Berk?- zapytał Czkawka.
- Tak- potwierdziła Elsa.
- Anna
sobota, 29 sierpnia 2015
Spotkanie, nagły alarm i ryzykowna decyzja.
Witajcie,
Dziś dolecieliśmy do Hansowia, lądując dość daleko od zamku, aby strażnicy Hansa nas nie zobaczyli. Od razu wyruszyliśmy na poszukiwanie Anny. Byliśmy prawie na sto procent pewni, że Hans trzyma ją w zamku, więc poszliśmy lasem licząc, że nie zostaniemy pojmani lub zamordowani na miejscu. Było około jedenastej gdy doszliśmy do niedużej wioski u stóp wzgórza, na którym stał zamek. Tamtejsi ludzie patrzyli na nas zdziwieni (patrzyliby jeszcze bardziej zdziwieni gdybyśmy nie zostawili smoków za lasem) i widocznie nas omijali.
- Biedni ludzie. - szepnął Jack. - Muszą żyć pod wodzą tego kretyna.
Kiwnęłam głową. Nagle usłyszeliśmy nawoływania. Znałam ten głos. Znałam go dobrze. Ten radosny, słodki głos, w którym tak często wybrzmiewało moje imię. Tęskniłam za nim okropnie.
- Anna! - rzuciłam się biegiem w stronę siostry, która biegła w naszą stronę od zamku.
Przytuliłam ją do siebie mocno i nie wypuszczałam przez długi czas gładząc ją lekko po włosach. Odwzajemniła uścisk ze śmiechem od razu, równie mocno. Gdy w końcu wypuściłam ją z objęć ujęłam jej twarz w dłonie i powiedziałam:
- Aniu, jesteś cała! Nie wiesz jak się martwiłam!
- Tęskniłam za Tobą. - uśmiechnęła się.
Po chwili Kristoff odepchnął mnie lekko i przytulił Annę jeszcze mocniej niż ja, chyba prawie ją dusząc. Ja w tym czasie spostrzegłam, że za Anną przyszedł jakiś młodzieniec. Był... wyglądał dość interesująco, ale kim on był? I co robił z Anią? Podszedł do mnie i uścisnął mi dłoń.
- Anna opowiadała o Tobie, Elsa. - powiedział. - Jestem Hosiwo, kuzyn Hansa. Trochę się zaprzyjaźniliśmy z Anią.
Skinęłam lekko głową. Po chwili Jack, Astrid i Czkawka również przywitali się z Anną.
- To Hosiwo. - przedstawiła młodzieńca nam wszystkim. - Pomógł mi jakoś przetrwać te okropne dni. Ach, i dziękuję za prezenty.
Uśmiechnęłam się. Dobrze mieć Anię przy sobie i wiedzieć, że jest bezpieczna.
- Czyli... - zaczął Kristoff. - ...jesteś w ciąży z tym...
Anna spuściła głowę.
- Tak.
- To nic. - zaczęłam obejmując siostrę. - Jakoś sobie poradzimy.
Nagle Astrid skuliła się i złapała się za brzuch.
- O boże... - wydusiła. - ...oh... o matko!
- Astrid! - Czkawka podniósł ją.
- Rodzi? - Kristoff wybałuszył oczy.
- Chyba...boże! - jęknęła. - Czkawka!
- Muszę ją zabrać. - powiedział Czkawka.
- Ale dokąd? - zapytałam.
- Na Berk.
- Co? Zwariowałeś?
- Szczerbatek jest szybki. - i popędził lasem z Astrid na rękach.
Hosiwo stał z uniesionymi brwiami, odrobinę z tyłu, a Anna, Kristoff i Jack z uchylonymi ustami wpatrywali się w las.
- Chyba zgłupiał. - stwierdziłam.
- Miejmy nadzieję, że jego smok naprawdę jest szybki. - powiedział po chwili Jack.
Hosiwo podszedł do nas i objął Annę w pasie. Kristoff warknął cicho na ten widok, a ja zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Ankę. Wzruszyła ramionami i powiedziała:
- Wiecie co, jutro mam mieć ślub z Hansem. Myślę, że to będzie dobry moment żeby mnie "odbić".
- Co ty mówisz? - zapytałam. - Wracamy do Arendelle natychmiast.
- Zabieranie jej teraz nie będzie miało żadnego sensu. - odezwał się Hosiwo.
Kristoff znowu warknął, a ja zmierzyłam młodzieńca chłodnym wzrokiem.
- Gdy Hans się zorientuje, po prostu za wami wyruszy. - kontynuował chłopak.
Anna i po chwili Jack kiwnęli głowami, a Kristoff prychnął z pogardą.
- Jutro będzie tam mnóstwo ludzi i straży. - powiedział.
- Ale my będziemy mieć smoki. A Hansa trzeba porządnie nastraszyć, żeby się odczepił. - zauważył Jack.
Przewróciłam oczami. Może i mieli rację. Po jakimś czasie ja i Kristoff się zgodziliśmy, więc Hosiwo i Anna zaprowadzili nas do jakiegoś pustego domu, abyśmy mogli spędzić w nim noc.
- Zobaczymy się już jutro. - powiedziała Anna, gdy żegnałam się z nią wieczorem, gdy razem z Hosiwem musieli wrócić do zamku.
- Tak. - westchnęłam i przytuliłam ją.
- Kocham Cię, Elsuś. - uśmiechnęła się Anna odwzajemniając uścisk. - Cieszę się, że mnie znaleźliście.
- Ja Ciebie też. - powiedziałam.
Oby jutro wszystko poszło zgodnie z planem.
- Elsa.
Dziś dolecieliśmy do Hansowia, lądując dość daleko od zamku, aby strażnicy Hansa nas nie zobaczyli. Od razu wyruszyliśmy na poszukiwanie Anny. Byliśmy prawie na sto procent pewni, że Hans trzyma ją w zamku, więc poszliśmy lasem licząc, że nie zostaniemy pojmani lub zamordowani na miejscu. Było około jedenastej gdy doszliśmy do niedużej wioski u stóp wzgórza, na którym stał zamek. Tamtejsi ludzie patrzyli na nas zdziwieni (patrzyliby jeszcze bardziej zdziwieni gdybyśmy nie zostawili smoków za lasem) i widocznie nas omijali.
- Biedni ludzie. - szepnął Jack. - Muszą żyć pod wodzą tego kretyna.
Kiwnęłam głową. Nagle usłyszeliśmy nawoływania. Znałam ten głos. Znałam go dobrze. Ten radosny, słodki głos, w którym tak często wybrzmiewało moje imię. Tęskniłam za nim okropnie.
- Anna! - rzuciłam się biegiem w stronę siostry, która biegła w naszą stronę od zamku.
Przytuliłam ją do siebie mocno i nie wypuszczałam przez długi czas gładząc ją lekko po włosach. Odwzajemniła uścisk ze śmiechem od razu, równie mocno. Gdy w końcu wypuściłam ją z objęć ujęłam jej twarz w dłonie i powiedziałam:
- Aniu, jesteś cała! Nie wiesz jak się martwiłam!
- Tęskniłam za Tobą. - uśmiechnęła się.
Po chwili Kristoff odepchnął mnie lekko i przytulił Annę jeszcze mocniej niż ja, chyba prawie ją dusząc. Ja w tym czasie spostrzegłam, że za Anną przyszedł jakiś młodzieniec. Był... wyglądał dość interesująco, ale kim on był? I co robił z Anią? Podszedł do mnie i uścisnął mi dłoń.
- Anna opowiadała o Tobie, Elsa. - powiedział. - Jestem Hosiwo, kuzyn Hansa. Trochę się zaprzyjaźniliśmy z Anią.
Skinęłam lekko głową. Po chwili Jack, Astrid i Czkawka również przywitali się z Anną.
- To Hosiwo. - przedstawiła młodzieńca nam wszystkim. - Pomógł mi jakoś przetrwać te okropne dni. Ach, i dziękuję za prezenty.
Uśmiechnęłam się. Dobrze mieć Anię przy sobie i wiedzieć, że jest bezpieczna.
- Czyli... - zaczął Kristoff. - ...jesteś w ciąży z tym...
Anna spuściła głowę.
- Tak.
- To nic. - zaczęłam obejmując siostrę. - Jakoś sobie poradzimy.
Nagle Astrid skuliła się i złapała się za brzuch.
- O boże... - wydusiła. - ...oh... o matko!
- Astrid! - Czkawka podniósł ją.
- Rodzi? - Kristoff wybałuszył oczy.
- Chyba...boże! - jęknęła. - Czkawka!
- Muszę ją zabrać. - powiedział Czkawka.
- Ale dokąd? - zapytałam.
- Na Berk.
- Co? Zwariowałeś?
- Szczerbatek jest szybki. - i popędził lasem z Astrid na rękach.
Hosiwo stał z uniesionymi brwiami, odrobinę z tyłu, a Anna, Kristoff i Jack z uchylonymi ustami wpatrywali się w las.
- Chyba zgłupiał. - stwierdziłam.
- Miejmy nadzieję, że jego smok naprawdę jest szybki. - powiedział po chwili Jack.
Hosiwo podszedł do nas i objął Annę w pasie. Kristoff warknął cicho na ten widok, a ja zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Ankę. Wzruszyła ramionami i powiedziała:
- Wiecie co, jutro mam mieć ślub z Hansem. Myślę, że to będzie dobry moment żeby mnie "odbić".
- Co ty mówisz? - zapytałam. - Wracamy do Arendelle natychmiast.
- Zabieranie jej teraz nie będzie miało żadnego sensu. - odezwał się Hosiwo.
Kristoff znowu warknął, a ja zmierzyłam młodzieńca chłodnym wzrokiem.
- Gdy Hans się zorientuje, po prostu za wami wyruszy. - kontynuował chłopak.
Anna i po chwili Jack kiwnęli głowami, a Kristoff prychnął z pogardą.
- Jutro będzie tam mnóstwo ludzi i straży. - powiedział.
- Ale my będziemy mieć smoki. A Hansa trzeba porządnie nastraszyć, żeby się odczepił. - zauważył Jack.
Przewróciłam oczami. Może i mieli rację. Po jakimś czasie ja i Kristoff się zgodziliśmy, więc Hosiwo i Anna zaprowadzili nas do jakiegoś pustego domu, abyśmy mogli spędzić w nim noc.
- Zobaczymy się już jutro. - powiedziała Anna, gdy żegnałam się z nią wieczorem, gdy razem z Hosiwem musieli wrócić do zamku.
- Tak. - westchnęłam i przytuliłam ją.
- Kocham Cię, Elsuś. - uśmiechnęła się Anna odwzajemniając uścisk. - Cieszę się, że mnie znaleźliście.
- Ja Ciebie też. - powiedziałam.
Oby jutro wszystko poszło zgodnie z planem.
- Elsa.
piątek, 28 sierpnia 2015
Moje urodziny w niewoli
Hejo,
Dziś rano wstałam i od razu zobaczyłam pięć prezentów i oczywiście od razu zaczęłam odpakowywać pierwszy był od Kristoffa, była w nim piękna zielona sukienka z listem
" Droga Aniu, wszystkiego najlepszego w Arendelle jest drugi prezent"
w drugim od Jack' a były czekoladki w trzecim od Hansa ( nie ważne co w nim było, bo od razu to wyrzuciłam) w czwartym od Hosiwa był wisiorek w kształcie serca, a w środku moje zdjęcie i napis "A.A+K.C", a w ostatnim od Elsy też był wisiorek w kształcie serca, był napis " SISTER", a w środku " A.A+E.A", nagle do mojego pokoju wszedł Hosiwo.
- Witaj, wszystkiego najlepszego, jak ci się podoba prezent?
- Jest wspaniały, dziękuję.
- A o prezentach od rodziny nie mów Hansowi, on nic nie wie.
- Dobrze.- poszliśmy na dół do jadalni i zjedliśmy uroczyste śniadanie, a później zjedliśmy tort i świętowaliśmy moje urodziny, oczywiście bez Hansa. Wieczorem gdy Hosiwo już poszedł, zaczęłam płakać w poduszkę i zrozumiałam że to mogły być pierwsze urodziny spędzone z Elsą od dzieciństw ( bo rok temu, byliśmy chorzy i wszyscy zapomnieli), a z Jack' iem i Kristoff' em też obchodziła bym pierwsze urodziny.
Przez pół nocy płakałam.
- Anna
Dziś rano wstałam i od razu zobaczyłam pięć prezentów i oczywiście od razu zaczęłam odpakowywać pierwszy był od Kristoffa, była w nim piękna zielona sukienka z listem
" Droga Aniu, wszystkiego najlepszego w Arendelle jest drugi prezent"
w drugim od Jack' a były czekoladki w trzecim od Hansa ( nie ważne co w nim było, bo od razu to wyrzuciłam) w czwartym od Hosiwa był wisiorek w kształcie serca, a w środku moje zdjęcie i napis "A.A+K.C", a w ostatnim od Elsy też był wisiorek w kształcie serca, był napis " SISTER", a w środku " A.A+E.A", nagle do mojego pokoju wszedł Hosiwo.
- Witaj, wszystkiego najlepszego, jak ci się podoba prezent?
- Jest wspaniały, dziękuję.
- A o prezentach od rodziny nie mów Hansowi, on nic nie wie.
- Dobrze.- poszliśmy na dół do jadalni i zjedliśmy uroczyste śniadanie, a później zjedliśmy tort i świętowaliśmy moje urodziny, oczywiście bez Hansa. Wieczorem gdy Hosiwo już poszedł, zaczęłam płakać w poduszkę i zrozumiałam że to mogły być pierwsze urodziny spędzone z Elsą od dzieciństw ( bo rok temu, byliśmy chorzy i wszyscy zapomnieli), a z Jack' iem i Kristoff' em też obchodziła bym pierwsze urodziny.
Przez pół nocy płakałam.
- Anna
czwartek, 27 sierpnia 2015
Prezenty i pomoc przyjaciół.
Witajcie,
Dziś w nocy dotarliśmy do Berk. Przez całą drogę myślałam o jednym: "Biedna Ania. Biedna Ania. Biedna Ania." Tym razem myślałam o tym jeszcze bardziej, bo Anna jutro ma urodziny. Jeśli nie zdążymy jej odnaleźć będzie musiała spędzić je samotnie, albo jeszcze gorzej - z Hansem.
Po zejściu na ląd od razu skierowaliśmy się do wioski. Nie chciałam budzić Czkawki, ani tym bardziej Astrid, ale w końcu Kristoff uparł się, że nie możemy tracić ani minuty, więc po prostu wleźliśmy mu do domu i obudziliśmy go.
- Elsa? Jack? - mruknął siadając na łóżku. - To sen, nie?
Pokręciłam głową. Udało mu się wstać, ubrać się i nam uwierzyć w ciągu pół godziny, po czym delikatnie obudził Astrid.
- Coś się dzieje? - zapytała wyraźnie zmartwiona.
- Ee... - nie chciałam jej denerwować, ze względu na jej ciążę, ale nie miałam wyjścia. - ... potrzebujemy waszej pomocy. Tak jakoś wyszło... w sumie to nic takiego, ale...
- Hans porwał Annę i jest z nim w ciąży. - uciął Kristoff.
Skarciłam go wzrokiem, ale on tylko wzruszył ramionami i dobrze widziałam, że ledwo powstrzymuje się od pokazania mi języka. Na szczęście Astrid bez słowa ubrała się i powiedziała:
- Możemy wyruszać natychmiast. Pożyczymy wam jakieś smoki..
- Posłuchaj, kochanie. Ty lepiej zostań. - Czkawka objął Astrid i pogładził ją po brzuchu.
Zmarszczyła brwi.
- Muszę wam pomóc. Ania to moja przyjaciółka.
Niemal usłyszałam jak Kristoff przewraca oczami.
- No dobrze... - westchnął Czkawka po chwili.
- Najpierw chciałam coś zrobić. - przerwałam. - Ania ma jutro urodziny.
Kristoff i Jack kiwnęli głowami, a Astrid i Czkawka unieśli brwi.
- Mam dla niej prezent i chciałabym go wysłać stąd. - powiedziałam.
- Ekhem, ja też mam prezent. - dodał Kristoff.
- I ja. - zgłosił się Jack.
- Nie ma sprawy. - kiwnął głową Czkawka. - Ale nie wiem jak je dostarczyć.
Na chwilę zapadła cisza.
- Mam pomysł. - odezwał się Jack. - Wyczaruję lodowe gołębie, mogą szybko dostarczyć paczki i wystarczy powiedzieć do kogo.
- Świetny pomysł. - uśmiechnął się Kristoff, po czym Jack za pomocą swojej laski wyczarował trzy piękne, lodowe ptaki.
Przywiązaliśmy do nóżek każdego nieduże paczuszki, po czym Jack polecił ptakom dostarczyć je do Anny.
- No to co? - uśmiechnęła się Astrid. - Wyruszamy?
Kiwnęliśmy głowami, po czym razem z Czkawką zaprowadzili nas za swój dom. Tam przywołali swoje smoki i dwa dodatkowe.
- Ja polecę. - powiedział Jack.
- Na pewno? - zapytał Czkawka. - To kawał drogi.
- Dam radę. - uśmiechnął się Strażnik. - Nie takie rzeczy się robiło. - mrugnął do mnie.
Przewróciłam oczami z uśmiechem po czym wszyscy prócz Jack'a wsiedliśmy na smoki (mi musiał pomóc odrobinę mój kochany mąż). Czkawka na swojego Szczerbatka, Astrid na Wichurę, Kristoff na brązowego smoka z małymi skrzydłami, a ja na czerwonego z dwoma rogami na głowie. Wzbiliśmy się w powietrze i rozpoczęliśmy lot na ratunek Ani.
- Elsa.
Dziś w nocy dotarliśmy do Berk. Przez całą drogę myślałam o jednym: "Biedna Ania. Biedna Ania. Biedna Ania." Tym razem myślałam o tym jeszcze bardziej, bo Anna jutro ma urodziny. Jeśli nie zdążymy jej odnaleźć będzie musiała spędzić je samotnie, albo jeszcze gorzej - z Hansem.
Po zejściu na ląd od razu skierowaliśmy się do wioski. Nie chciałam budzić Czkawki, ani tym bardziej Astrid, ale w końcu Kristoff uparł się, że nie możemy tracić ani minuty, więc po prostu wleźliśmy mu do domu i obudziliśmy go.
- Elsa? Jack? - mruknął siadając na łóżku. - To sen, nie?
Pokręciłam głową. Udało mu się wstać, ubrać się i nam uwierzyć w ciągu pół godziny, po czym delikatnie obudził Astrid.
- Coś się dzieje? - zapytała wyraźnie zmartwiona.
- Ee... - nie chciałam jej denerwować, ze względu na jej ciążę, ale nie miałam wyjścia. - ... potrzebujemy waszej pomocy. Tak jakoś wyszło... w sumie to nic takiego, ale...
- Hans porwał Annę i jest z nim w ciąży. - uciął Kristoff.
Skarciłam go wzrokiem, ale on tylko wzruszył ramionami i dobrze widziałam, że ledwo powstrzymuje się od pokazania mi języka. Na szczęście Astrid bez słowa ubrała się i powiedziała:
- Możemy wyruszać natychmiast. Pożyczymy wam jakieś smoki..
- Posłuchaj, kochanie. Ty lepiej zostań. - Czkawka objął Astrid i pogładził ją po brzuchu.
Zmarszczyła brwi.
- Muszę wam pomóc. Ania to moja przyjaciółka.
Niemal usłyszałam jak Kristoff przewraca oczami.
- No dobrze... - westchnął Czkawka po chwili.
- Najpierw chciałam coś zrobić. - przerwałam. - Ania ma jutro urodziny.
Kristoff i Jack kiwnęli głowami, a Astrid i Czkawka unieśli brwi.
- Mam dla niej prezent i chciałabym go wysłać stąd. - powiedziałam.
- Ekhem, ja też mam prezent. - dodał Kristoff.
- I ja. - zgłosił się Jack.
- Nie ma sprawy. - kiwnął głową Czkawka. - Ale nie wiem jak je dostarczyć.
Na chwilę zapadła cisza.
- Mam pomysł. - odezwał się Jack. - Wyczaruję lodowe gołębie, mogą szybko dostarczyć paczki i wystarczy powiedzieć do kogo.
- Świetny pomysł. - uśmiechnął się Kristoff, po czym Jack za pomocą swojej laski wyczarował trzy piękne, lodowe ptaki.
Przywiązaliśmy do nóżek każdego nieduże paczuszki, po czym Jack polecił ptakom dostarczyć je do Anny.
- No to co? - uśmiechnęła się Astrid. - Wyruszamy?
Kiwnęliśmy głowami, po czym razem z Czkawką zaprowadzili nas za swój dom. Tam przywołali swoje smoki i dwa dodatkowe.
- Ja polecę. - powiedział Jack.
- Na pewno? - zapytał Czkawka. - To kawał drogi.
- Dam radę. - uśmiechnął się Strażnik. - Nie takie rzeczy się robiło. - mrugnął do mnie.
Przewróciłam oczami z uśmiechem po czym wszyscy prócz Jack'a wsiedliśmy na smoki (mi musiał pomóc odrobinę mój kochany mąż). Czkawka na swojego Szczerbatka, Astrid na Wichurę, Kristoff na brązowego smoka z małymi skrzydłami, a ja na czerwonego z dwoma rogami na głowie. Wzbiliśmy się w powietrze i rozpoczęliśmy lot na ratunek Ani.
- Elsa.
środa, 26 sierpnia 2015
I nie wracajcie pod groźbą śmierci...
Witajcie,
Dziś przybiliśmy do portu w Hansowie (czy też Grassville). Kristoff (wkurzony na maksa) niemalże zeskoczył z pokładu i pognał po zboczu gdzie (jak mu się wydawało) Hans mógł mieć swój zamek. Pobiegliśmy za nim pełni nadziei, że zaraz zobaczymy naszą kochaną Anię. Jednak nagle usłyszeliśmy za plecami głos. Nawet Kristoff się zatrzymał.
- Szukają Państwo czegoś?
Odwróciliśmy się i naszym oczom ukazał się Hans w długiej, czerwonej pelerynie i wielkiej koronie na głowie. Uśmiechał się chytrze. Jak możecie się domyślić Kristoff nie zważając na nic zaczął biec na niego z krzykiem gotowy zamordować go na miejscu, ale Jack powstrzymał go.
- Gdzie jest Anna? - zapytałam chłodnym tonem zwracając się do Hansa.
- Jak sądzę, śpi sobie spokojnie w naszym łóżku. - odpadł niewzruszony.
Kristoff warknął.
- Oddaj mi moją Anię! - krzyknął.
Hans uniósł brwi.
- Oddać? Ale po cóż to. Tu ma się o wiele lepiej. W końcu odnalazła miłość swojego życia. I może nie wiecie... ale spodziewamy się słodkiego dzisiusia.
Kristoff z krzykiem wyrwał się Jack'owi i powalił Hansa na ziemię. Na szczęście udało nam się go odsunąć, bo jeszcze chwila, a z Hansa dużo by nie zostało.
- Łapy precz od króla ty tłusty głupku! - krzyknął Hans, wstając i poprawiając koronę na głowie. - No cóż... - kontynuował po chwili. - ... chciałem porozmawiać spokojnie, ale widzę, że nie przybyliście tu w sprawach pokojowych, a więc nie mam wyboru...
Zza wzgórza nadbiegło kilku żołnierzy.
- Odtransportować ich na ich łódkę. - Hans wskazał na nas. - Ach, i jeszcze... jeśli kiedykolwiek ich zobaczycie w Hansowiu... hmm... zezwalam na natychmiastowe... usunięcie.
- Co?! - zaczął Jack.
Kristoff znów mu się wyrwał i chciał zaszarżować na Hansa, ale jego dwaj żołnierze chwycili go i skuli. Po chwili związali ręce także mnie i Jack'owi.
- Porwałeś Annę! - krzyknęłam. - Odnajdziemy ją!
Sznur na moich dłoniach oszronił się.
- Spokojnie, mała. - burknął jeden z żołnierzy i chwycił mnie mocno od tyłu.
- Radzę wam wrócić na waszą skandynawską wysepkę i na niej zostać do... końca swoich dni. - odezwał się Hans. - Anna zostanie moją żoną i królową mojej krainy już niebawem. I zapewniam, zrobi to z wielką chęcią.
Nie mogliśmy już nic zrobić, bo żołnierze siłą zaciągnęli nas na nasz statek i dopiero tam rozkuli.
- Lepiej tu nie wracajcie. - powiedział jeden.
- Pod groźbą śmierci. - zarechotali pozostali i wszyscy oddalili się.
Nie mając wyjścia wróciliśmy na Morze.
- Co teraz? - zapytał Jack.
- Musimy ją odzyskać. - dodał Kristoff.
- Odzyskamy. - uśmiechnęłam się do nich. - Kochani, kurs na Berk. Przyda nam się pomoc naszego bliskiego przyjaciela... i jego pupili.
- Elsa.
Dziś przybiliśmy do portu w Hansowie (czy też Grassville). Kristoff (wkurzony na maksa) niemalże zeskoczył z pokładu i pognał po zboczu gdzie (jak mu się wydawało) Hans mógł mieć swój zamek. Pobiegliśmy za nim pełni nadziei, że zaraz zobaczymy naszą kochaną Anię. Jednak nagle usłyszeliśmy za plecami głos. Nawet Kristoff się zatrzymał.
- Szukają Państwo czegoś?
Odwróciliśmy się i naszym oczom ukazał się Hans w długiej, czerwonej pelerynie i wielkiej koronie na głowie. Uśmiechał się chytrze. Jak możecie się domyślić Kristoff nie zważając na nic zaczął biec na niego z krzykiem gotowy zamordować go na miejscu, ale Jack powstrzymał go.
- Gdzie jest Anna? - zapytałam chłodnym tonem zwracając się do Hansa.
- Jak sądzę, śpi sobie spokojnie w naszym łóżku. - odpadł niewzruszony.
Kristoff warknął.
- Oddaj mi moją Anię! - krzyknął.
Hans uniósł brwi.
- Oddać? Ale po cóż to. Tu ma się o wiele lepiej. W końcu odnalazła miłość swojego życia. I może nie wiecie... ale spodziewamy się słodkiego dzisiusia.
Kristoff z krzykiem wyrwał się Jack'owi i powalił Hansa na ziemię. Na szczęście udało nam się go odsunąć, bo jeszcze chwila, a z Hansa dużo by nie zostało.
- Łapy precz od króla ty tłusty głupku! - krzyknął Hans, wstając i poprawiając koronę na głowie. - No cóż... - kontynuował po chwili. - ... chciałem porozmawiać spokojnie, ale widzę, że nie przybyliście tu w sprawach pokojowych, a więc nie mam wyboru...
Zza wzgórza nadbiegło kilku żołnierzy.
- Odtransportować ich na ich łódkę. - Hans wskazał na nas. - Ach, i jeszcze... jeśli kiedykolwiek ich zobaczycie w Hansowiu... hmm... zezwalam na natychmiastowe... usunięcie.
- Co?! - zaczął Jack.
Kristoff znów mu się wyrwał i chciał zaszarżować na Hansa, ale jego dwaj żołnierze chwycili go i skuli. Po chwili związali ręce także mnie i Jack'owi.
- Porwałeś Annę! - krzyknęłam. - Odnajdziemy ją!
Sznur na moich dłoniach oszronił się.
- Spokojnie, mała. - burknął jeden z żołnierzy i chwycił mnie mocno od tyłu.
- Radzę wam wrócić na waszą skandynawską wysepkę i na niej zostać do... końca swoich dni. - odezwał się Hans. - Anna zostanie moją żoną i królową mojej krainy już niebawem. I zapewniam, zrobi to z wielką chęcią.
Nie mogliśmy już nic zrobić, bo żołnierze siłą zaciągnęli nas na nasz statek i dopiero tam rozkuli.
- Lepiej tu nie wracajcie. - powiedział jeden.
- Pod groźbą śmierci. - zarechotali pozostali i wszyscy oddalili się.
Nie mając wyjścia wróciliśmy na Morze.
- Co teraz? - zapytał Jack.
- Musimy ją odzyskać. - dodał Kristoff.
- Odzyskamy. - uśmiechnęłam się do nich. - Kochani, kurs na Berk. Przyda nam się pomoc naszego bliskiego przyjaciela... i jego pupili.
- Elsa.
wtorek, 25 sierpnia 2015
Nowa znajomość i przykra wiadomość
Hejo,
Dziś rano wybrałam się na spacer po drodze spotkałam chłopaka.
- Witam Jaśnie Pani.
- Czy w tym kraju jest ktoś, kto nie mówi do mnie Wasza Wysokość albo Jaśnie Pani?
- Jeżeli Ci to przeszkadza, moge mówić Ksieżniczko Anno?
- Tak o wiele lepiej, dawno nikt tak do mnie nie mówił.- o mało się nie rozpłakałam.- A ty jak się nazywasz?
-Hosiwo, jestem kuzynem Hansa. Porwał mnie, bo on nie umie przemawiać do ludzi, gdyby nie ja już dawno był by jakiś bunt.
- Super, kolejny z Nasturii.- chciałam odejś ale złapał mnie za rękę i nagle złapał mnie okropny ból, skuliłam.
- Coś ci jest?
- Boli... mnie.- miałam łzy w oczach z bólu, nagle poczułam jak Hosiwo mnie podnosi i przypomniał mi się Kristoff, Hosiwo zaniósł mnie do lekarza.
- Panie doktorze czy można wiedzieć kto jest ojcem?
- No cóż król Hans kazał mi dowiedzieć się tego i już wiem...
- Kto jest ojcem?
- Król Hans.- w tym momencie zawalił mi się cały świat.
- Anna
Subskrybuj:
Posty (Atom)