czwartek, 7 sierpnia 2014
Wśród ukochanych osób praca idzie lepiej...miejmy nadzieję.
Dziś obudziłam się o świcie, bo wiedziałam, że przez wczorajsze wyjście z siostrą dzisiaj będę miała mnóstwo pracy. Nie ubierałam się, nałożyłam tylko szlafrok i usiadłam przy biurku. Miałam przed sobą sterty listów od poddanych, na które musiałam odpowiedzieć bez żadnego wyjątku. Westchnęłam i zabrałam się do pracy. Pierwszy list przysłał jakiś mężczyzna z prośbą o mianowanie go księciem. Przewróciłam oczami. Czego Ci ludzie nie wymyślą? Nie mogę od tak mianować kogoś księciem, myślałam, że to jasne. Musiałby naprawdę pochodzić z rodziny królewskiej. Odpisałam mu krótko, że niestety nie ma takiej możliwości. Kilkanaście następnych listów było z zapytaniem o kolejny bal. Na wszystkie odpowiedziałam jednakowo: "W najbliższym czasie nie przewidujemy balów. Podpisano: Królowa Elsa." Już miałam sięgnąć po następny list kiedy ktoś zaczął pukać, a raczej walić w drzwi mojej komnaty.
- Po-suń się! - usłyszałam zza drzwi.
- To ty się posuń! Chcę obudzić Elsę, a ty...
- To ja chcę ją obudzić! Zjeżdżaj!
Otworzyłam drzwi. Pod moimi nogami wylądowali Jack i Anna. Położyłam ręce na biodrach.
- Czemu drzecie się pod moją sypialnią?
Anna szybko wstała i otrzepała sukienkę.
- Nie śpisz już, siostrzyczko złota?
Uniosłam brwi ze zdziwienia. Jack szybko podniósł się z ziemi i wypalił:
- Chciałem Cię obudzić, Śnieżynko, a Anna mi przeszkadza.
- Nie prawda! - krzyknęła Ania. - To on nie chciał mnie dopuścić do drzwi!
- Nie kłam! Byłem tu pierwszy!
- Akurat!
- Możecie się oboje uciszyć?! - krzyknęłam i wciągnęłam ich do środka.
Stanęli pod ścianą wpatrując się w podłogę.
- Mam naprawdę dużo pracy. - powiedziałam. - I proszę Was, żebyście mi nie przeszkadza...
- Pomogę Ci! - zawołała Anna i pokazała język Jack'owi.
- Nie, to ja Ci pomogę!
Wzięłam głęboki oddech, aby nie zamrozić podłogi.
- Nikt nie musi mi pomagać. Potrzebuję spokoju i ciszy.
I usiadłam z powrotem przy biurku. Miałam nadzieję, że zrozumieją i zostawią mnie samą. Oni jednak pochylili się nade mną z obu stron.
- Co to? - zapytała Anka.
- Listy.
- Pomogę... - powiedział Jack i zaczął przeglądać listy. Anna od razu zrobiła to samo. "Tak łatwo się ich nie pozbędę..." - pomyślałam.
- Na listy musi odpowiadać królowa. - powiedziałam zabierając od nich koperty. - Nie macie jak mi pomóc.
Anna podrapała się po głowie.
- W takim razie, ja przynajmniej przypilnuję żebyś nie musiała tu siedzieć tu sama. - powiedziała po chwili i usiadła na łóżku. Jack uniósł się przy biurku w powietrze, jakby siedział na niewidzialnym krześle.
- Ja też. - powiedział.
- No dobrze, tylko bądźcie cicho. - powiedziałam. Oboje położyli palce na ustach jak przedszkolaki. Uśmiechnęłam się i wróciłam do pracy.
- Elsa.
środa, 6 sierpnia 2014
Nieco nieudany siostrzany wypad.
Dziś obudziła mnie Anka śpiewając mi nad głową.
- Anuś, coś się stało? - wymamrotałam siadając na łóżku i przecierając oczy.
Anna stanęła na przeciwko mnie, położyła ręce na biodrach i powiedziała oskarżycielskim tonem:
- Nic! Nic się nie stało. Nic a nic!
Uniosłam brwi ze zdziwienia. Czyżbym nieświadomie zrobiła coś co mogło ją urazić?
- Nie rozumiem. Czemu jesteś na mnie zła?
Usiadła obok z obrażoną miną.
- Chodzi o to, że z Jack'iem spędzasz praktycznie całe dnie. No i czywiście noce. - powiedziała.
Wstałam i zaczęłam się ubierać.
- No, wiesz jesteśmy parą. Chyba możemy trochę... - zaczęłam zapinając białą sukienkę.
- Ale nie bez przerwy! - Anna wybuchła płaczem.
Szybko przytuliłam ją do siebie i powiedziałam głaszcząc ją po włosach:
- Przecież ostatnio wszyscy świetnie się bawiliśmy.
- No, ale... - siostra pociągnęła nosem. - Ja chcę t-tak sa-same.
Podałam jej chusteczkę. Rozumiem, że młodsza siostra mnie potrzebuje i nie mogę jej odmówić, ale tak naprawdę musiałam wysłać kilka listów i zająć się obowiązkami królowej.
- Aniu, nie mam dzisiaj niestety cza...
- Pro-oooo-szę! - Anna wtuliła się we mnie mocno.
Przewróciłam oczami.
- No dobrze, tylko już nie płacz. - powiedziałam. Ania natychmiast podskoczyła ze szczęścia i zaczęła tańczyć po całym pokoju gadając jak najęta:
- Możemy iść do lasu, bo tam widziałam ostatnio baardzo ładne kwiatki i można by je pozbierać i zrobić mnóstwo bukietów i ustawić w jadalni w wazonach na stole. Chociaż masz białą sukienkę, więc się ubrudzisz...to nic! Możemy iść do miasta, na targ! Może znajdziemy jakieś fajne rzeczy, a może kogoś poznamy! A potem...wiem! Potem koniecznie musimy iść do portu, tam jest tak ładnie! No i oczywiście musimy zajrzeć do naszego domku na drzewie! O ile tam też się nie ubrudzisz, ale co tam...-
Zdążyłam w trakcie jej przemowy ubrać się do końca, uczesać i przygotować do wyjścia. Szturchnęłam lekko siostrę w ramię, żeby dać jej do zrozumienia, że jestem gotowa. Przestała gadać i uśmiechnęła się od ucha do ucha.
- Ale ja mam śliczną siostrę. - przytuliła mnie znowu.
- Dobrze, może już chodźmy. Tylko muszę powiedzieć Jack'owi, że idę... - zaczęłam, ale Anna przerwała mi:
- Daj spokój! Co ten Jack twoja mama? Nie musisz mu wszystkiego mówić. Postaraj się zapomnieć o nim choćby na jeden dzień, okej?
Westchnęłam i pokiwałam głową. Nie chciałam po prostu, żeby Jack się o nas martwił, ale skoro moja młodsza siostra wie lepiej...
Wyszłyśmy na dziedziniec. Słońce świeciło bardzo mocno więc bardzo chętnie zdjęłabym rękawiczki.
- Zdejmij. - powiedziała Anka jakby czytając mi w myślach.
- Nie chcę ryzykować. - odrzekłam.
Siostra przewróciła oczami, ale nic nie powiedziała. W końcu doszłyśmy pod wielkie drzewo, na którym Anna zbudowała jakiś czas temu domek na drzewie. Szczerze nie chciałam tam wchodzić, bo z okna widać Lodowy Wierch, który przywołuje we mnie dawne, mroczne wspomnienia. Jednak nie chciałam ranić Ani. Jakimś cudem udało mi się wdrapać na górę, choć niestety nie obyło się bez rozdarcia sukienki w kilku miejscach. "Świetnie." - pomyślałam. - "Jeszcze trochę rozdartych sukienek i będę chodzić goła."
- Przyjemnie tu, nie? - zapytała Anna pokazując, abym usiadła obok niej na drewnianej podłodze.
- Tak... - odrzekłam wykonując jej prośbę. - Bardzo spokojnie...
- Hmm...myślę, że aż za spokojnie. - powiedziała Anka, wstała i zaśpiewała głośno:
- Pierwszy raz jak sięga paaaamięęęęć!!!
- Anuś! - jęknęłam zakrywając jej usta. - Już i tak boli mnie głowa.
Anna usiadła z powrotem.
- Naprawdę? Czemu nic nie mówiłaś?
- Oj, nie ważne. Po prostu kiedy jej bardzo wysoka temperatura trochę źle się czuję. - odrzekłam wstając. - Może jednak wejdziemy do zamku?
Ania posmutniała.
- Nie, proszę nie wracamy jeszcze. - powiedziała łapiąc mnie za rękę. - Chodźmy do lasu, tam jest dużo cienia.
Zeszłyśmy z drzewa i pokierowałyśmy się w stronę lasu. Kiedy weszłyśmy trochę w głąb, siostra zawołała:
- Hej, popatrz Elsuś! Jakie śliczne niebieskie kwiatki!
Zerwała spod drzewa dużego, niebieskiego kwiatka i wplotła mi go we włosy z uśmiechem. Odwzajemniłam uśmiech wplatając jej w jednego z rudych warkoczyków innego, różowego kwiatka.
- Choć, nazbieramy trochę do pałacu! - powiedziała Anna. Zaczęłyśmy zbierać bukiety najróżniejszych kwiatów jakie znalazłyśmy pod wielkimi paprociami i drzewami.
- A-psik!
- Na zdrowie. - zaśmiałam się. - Masz alergię?
- Chyba nie. - odrzekła Anka zrywając dwa żółte kwiatki.
Nagle poczułam od tyłu zimny powiew.
- Jack!
Odwróciłam się szybko. Za mną nikogo nie było. Spojrzałam na Annę. Stała z naburmuszoną miną.
- Siedzi na drzewie. - powiedziała oschłym tonem.
Uniosłam głowę do góry górę. Dokładnie nade mną siedział sobie jakby nigdy nic na gałęzi Jack z laską w ręku.
- Co ty tu robisz? - zapytała Ania. - Śledzisz nas?
- Nie. Martwiłem się, bo nie było Was w zamku i postanowiłem Was poszukać. - powiedział Jack zlatując na ziemię. - I znalazłem - w krzakach. - dodał ze śmiechem. - Co tu robicie?
- Nie Twoja sprawa. - powiedziała Anna buntowniczym tonem.
- Hej, co jej jest? - zapytał mnie Jack ze zdziwieniem.
- Miałyśmy gdzieś pójść same. - odrzekłam. Jack zarumienił się.
- Ach. Przeszkadzam Wam. - wymamrotał smutnym głosem.
Już miał odlecieć, ale łapałam go za rękę.
- Poczekaj. Ja i tak już chciałam iść. Pójdziemy razem.
- Hej! - Annie oczy lśniły od łez.
Podbiegłam do niej i przytuliłam ją mocno.
- Choć, Aniu. I tak robi się już ciemno. - powiedziałam. I tak w trójkę wróciliśmy do pałacu. Anna zabrała ode mnie kwiaty i powiedziała:
- Idę je wstawić do wazonów. Pa.
Rzuciła Jack'owi wściekłe spojrzenie i odeszła.
- Elsa.
wtorek, 5 sierpnia 2014
Bitwa na poduchy!
Dziś otrzymaliśmy kolejny list od Roszpunki. Tym razem jego treść brzmiała następująco:
Kuzynko,
Służący poinformowali mnie o tragicznej śmierci Jack'a. Oczywiście Wam nie wierzę. Mój miś z pewnością od razu wybrałby mnie. Ale widzę, że jeśli już wymyśliliście coś tak idiotycznego naprawdę macie jakieś swoje dziwne powody, aby zabraniać Jack'owi do mnie przyjechać. Tak więc na razie dam Wam spokój. Może trochę zmądrzejecie. Odwiedzę jednak swojego Kwiatuszka przy najbliższej okazji. Nie myśl, że pozwolę Ci się do niego zbliżyć. Trzymaj swoje przeklęte łapska z daleka od niego. A teraz Kochanie, jeśli to czytasz wiedz, że tęsknię tak samo jak ty. Gdyby tylko ta wiedźma się do Ciebie dobierała - pisz mi od razu. Całuski <3 <3 <3
A dla ciebie królowo jak najgorsze życzenia,
Roszpunka <3
- No ja nie mogę, jak ona może Cię tak obrażać?! - oburzyła się Anna, która przybiegła przeczytać list razem z nami.
- Najważniejsze, że się odczepi. - powiedziałam zwijając list.
- Ale nie uwierzyła...musimy mieć następnym razem lepsze pomysły. - zaśmiał się Jack i przytulił nas.
Anna wstała, wykręciła pirueta i krzyknęła na cały zamek:
- Hurraaaaa! Wreszcie mamy spokój z Roszpuuuuuuunką!!
Szybko położyłam jej palec na ustach.
- Anuś, cicho proszę. Ludzie się będą martwić co się dzieje z ich księżniczką.
Jack parsknął śmiechem.
- Dobra, Anka teraz spadaj, chcemy jakoś uczcić zwycięstwo. - powiedział wyszczerzając do mnie zęby.
Anna położyła ręce na biodrach.
- Chyba ja też powinnam je uczcić!
- Ale... - zaczął Jack, ale przerwałam mu.
- Masz rację. Wszystkim należy się...nagroda. - powiedziałam chwytając siostrę za rękę.
Jack spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Ania złapała leżącą w rogu poduszkę i rzuciła nią w Jack'a.
- Bitwa na poduchy!!! - wrzasnęła.
I zaczęliśmy bawić się jak dzieci. Biegaliśmy po całej komnacie obrzucając się poduszkami i wrzeszcząc na cały pałac. Po pięciu minutach cały pokój był w puchu. Nagle drzwi otworzył Kristoff.
- Co wy tu...? - zaczął, ale nie zdążył skończyć, bo oberwał wielką, niebieską poduszką. - Dostaniesz za to! - dodał ze śmiechem obrzucając Jack'a puchem. Po godzinie zabawy wszyscy leżeliśmy wykończeni na łóżku. Na szczęście było tak ogromne, że się zmieściliśmy.
- Ale było fajnie... - westchnęła Ania przytulając się do Kristoff'a.
- Taaak... - ziewnął Jack. Po chwili dodał z uśmiechem: - Może zagramy w butel...
- NIE! - krzyknęłam zgodnie z siostrą.
Wszyscy wybuchliśmy śmiechem. I tak śmialiśmy się przy różnych miłych zajęciach do późnej nocy.
- Elsa.
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
Zabił się dziś w nocy.
Po przeczytaniu listów od Roszpunki wpadłam w lekką depresję. Oczywiście Jack i Anna (której wszystko opowiedziałam) zapewniają mnie, że z pewnością coś wymyślimy. Ale co? Mamy czas do piętnastej. Inaczej na zawsze stracę Jack'a. Co robić, co robić? To pytanie dręczy mnie od wczoraj.
- Może... - zaczęła Anna po raz piąty. Siedzieliśmy w jadalni przy stole. - ...kurcze, no nie wiem! Po prostu powiedzieć, że nie pozwalasz! No i, że Jack wcale nie chce tam jechać!!
- Nie możemy tak powiedzieć. Będę miała problemy z matką Roszpunki i nią samą. Nie mogę narażać poddanych. - odrzekłam.
Jack przetarł oczy ze zmęczenia. Następnie oparł głowę na rękach i powiedział:
- Nie ma innego wyjścia. Muszę się zabić.
- Jack! - trzepnęłam go po głowie. - Opanuj się, mówimy o możliwych rzeczach.
- Mogę się zabić. Skoczę z dywanu, albo potnę się mydłem.
- Hej... ale to nie jest zły pomysł! - zakrzyknęła Anna.
- Co?! - krzyknęłam odsuwając dłonie od stołu, żeby go nie zamrozić.
Anna uśmiechnęła się chytrze.
- Nie musisz się na prawdę zabijać. - szepnęła pochylając się nad stołem. - Ważne, żeby Roszpunka tak myślała.
Jack podrapał się po głowie. Spojrzałam na niego wzrokiem mówiącym: "To jest bardzo zły pomysł", ale on tylko uśmiechnął się i powiedział:
- Wchodzę w to.
Stół pokrył się szronem.
- Zwariowaliście?!
Pokręcili zgodnie głowami.
- I co, potem nagle Jack zmartwychwstanie?
- Jak to? - zdziwiła się siostra.
- No pomyśl. - powiedziałam. - Jakby naprawdę coś mu się stało zrobiłabym zapewne żałobę narodową, rozkazałabym wszystkim ubierać się na czarno, zakazałabym się uśmiechać, sama pewnie bym się zabiła...
- Naprawdę? - wyszeptał Jack, ale ja ciągnęłam dalej:
- ...a przede wszystkim taka informacja dotarłaby do WSZYSTKICH. Każdego pobliskiego królestwa, Strażników, jakichkolwiek osad i nie wiem jeszcze czego...
- Ojtam, ojtam. - ucięła Anna. - powiemy to tylko tym, którzy przyjadą po Jack'a.
Ukryłam twarz w dłoniach. "Oni są szurnięci" - pomyślałam.
- Okej! Czyli ustalone! - zawołał Jack.
- Dobra, trzeba wymyślić czemu Jack się zabił. - powiedziała Anna z wyczuwalnym entuzjazmem w głosie.
- Po prostu pomyślałem, że ma mieszkać z taką... - zaczął Jack, ale spojrzałam na niego groźnie. - Może... nie wiedziałem czy wybrać Elsę czy Roszpunkę i się zabiłem. Koniec.
- Super! - Anna wstała. - Ukryjemy cię u mnie w pokoju, tam jakby co nie będą szukać. Możesz się zamknąć w szafie czy coś takiego. A ty Elsa, znajdź sobie jakąś czarną sukienkę i poćwicz co masz powiedzieć tym facetom jak przyjadą. O 14:40 widzimy się u mnie w pokoju.
I pobiegła na górę. Jack pocałował mnie w policzek, szepnął:
- Będzie dobrze.
...i także odszedł. Powoli wstałam i nie wierząc w to co za dwie godziny mam zrobić poszłam do sypialni. Drżącymi rękoma otworzyłam szafę i po chwili znalazłam jedyną czarną sukienkę. Była bardzo długa - taka, że po ubraniu ciągnęła się z tyłu. Przeszukałam całą komnatę w poszukiwaniu jakichkolwiek czarnych rękawiczek, ale na próżno. Nie mogę iść bez rękawiczek, na pewno źle się to skończy tym bardziej jeśli mam udawać, że Jack umarł. W tej chwili do komaty wpadła Anna.
- Myślisz, że ja też mam się ubrać na czarno? - zapytała podchodząc do mnie.
- To zależy, czy ci faceci mają Cię widzieć. - odrzekłam siłując się z zapięciem bocznego zamka sukienki. - Lepiej się przebierz, na wszelki wypadek.
Siostra podeszła do mnie i pomogła mi zapiąć sukienkę. Następnie przejechała dłonią po koronkowym, czarnym dekolcie.
- Ale ładne... - wyszeptała z zachwytem jakby nigdy nie widziała koronki.
- Zabieraj łapy. - zaśmiałam się. Anna szybko odsunęła ręce oblewając się różowym rumieńcem.- Musisz mi pomóc znaleźć rękawiczki. Bez nich nigdzie nie pójdę. - dodałam czochrając jej włosy na znak, że się nie gniewam.
Ania złapała mnie za rękę i pociągnęła do swojej sypialni.
- Ja raczej nie mam rękawiczek. - powiedziała przegrzebując szafki. - Ale poszukajmy.
Po pięciu minutach Anka wyczołgała się spod łóżka i zawołała z czarnymi, długimi rękawiczkami w ręce:
- Mam!
Ubrałam rękawiczki. Siostra obejrzała mnie od każdej strony i stwierdziła:
- Wyglądasz ślicznie. Tylko musisz jeszcze zrobić coś żeby wyglądać jakbyś płakała przez ostatnie kilkanaście godzin.
Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo pociągnęła mnie na różowe krzesło przy toaletce.
- Ee...Aniu, myślę, że mogę sama zrobić sobie makijaż... - powiedziałam, ale Anna nic nie odpowiadając sięgnęła po kredkę do oczu.
Po kilkunastu minutach powiedziała, że jestem gotowa. Oczywiście uparła się także żeby zrobić mi fryzurę. Spojrzałam w lustro z lekką obawą tego co zobaczę na swojej twarzy. Ku mojemu zdziwieniu miałam ładnie podkreślone oczy, a nad policzkami lekko rozmazany tusz do rzęs. Wyglądałam faktycznie jakbym płakała. Włosy siostra upięła mi w identyczną fryzurę jaką miałam na koronacji, tylko zamiast niebieskiej wstążki wplotła mi we włosy czarną. Ogólnie wcale nie wyglądałam tak źle.
- Jej... - westchnęłam. - Gdzie się nauczyłaś tak ładnie...
Anna machnęła skromnie ręką.
- Teraz ty mi musisz pomóc. - powiedziała.
Po upływie pół godziny obie wyglądałyśmy jak świeżo po pogrzebie. Anna miała podobną sukienkę tylko nieco krótszą i bez koronki na dekolcie. Oczy pomalowałam jej podobnie, a włosy ułożyłam w warkocz. Było piętnaście po czternastej. Postanowiłyśmy, że obie będziemy w holu czekać na służących z Corony. Może razem łatwiej nam to pójdzie.
- Według mnie wyglądamy po prostu czadowo. - powiedziała Anna przyglądając się naszym odbiciom w lustrze.
- Masz rację. - odpowiedziałam poprawiając rękawiczki. - Ale musimy tak samo czadowo udawać, że Jack umarł.
Anna wybuchła śmiechem.
- Nie, no nie mogę. - powiedziała siadając na łóżku. - Skończy się na tym, że to my umrzemy. Ale ze śmiechu!
- Aniu. - usiadłam obok niej. - Musimy być poważne, a właściwie smutne i to bardzo. Musimy się opanować. - sama ledwo powstrzymałam uśmiech widząc w wyobraźni jak mówimy jakimś facetom, że Jack umarł.
- Wiesz, że nie umiem kłamać. - Anna położyła dłoń na mojej dłoni ubranej w czarną rękawiczkę. - To się źle skończy.
- Mam nadzieję, że nie. - uśmiechnęłam się do siostry. Anka wtuliła się we mnie zamykając oczy z uśmiechem.
Nagle do pokoju wpadł Jack. Zatrzymał się w drzwiach i omiótł nas wzrokiem.
- Łał.... - westchnął. - Wyglądacie jakbyście wróciły z pogrzebu.
- Chyba o to chodzi, nie? - powiedziała Anna wypuszczając mnie z uścisku. - Miałeś przyjść później.
- A co, przeszkodziłem Wam w czymś? - uśmiechnął się Jack.
Ania chciała coś powiedzieć, ale wyprzedziłam ją:
- Dobra, koniec żartów. Za chwilę po Ciebie przyjadą Jack. Musimy być gotowe. Nawet nie wiemy co im powiedzieć.
- Jak to nie? - zdziwił się Jack. - "Jack umarł." Proste.
Anna zaśmiała się sztucznie.
- Haha, bardzo śmieszne, mądralo.
Jack wzruszył ramionami i usiadł obok mnie.
- Najlepiej będzie improwizować. - powiedziała Anka. - Jack może idź już do tej szafy, co?
- Kobieto, wyluzuj! Mamy jeszcze jakieś dwadzieścia minut jak nie więcej! - odrzekł Jack.
- Anna ma rację. - powiedziałam wstając. - Nie wiemy kiedy dokładnie przyjadą. Mogą się zjawić wcześniej.
Jack pokiwał głową ze smutną miną.
- Tak więc żegnajcie. - powiedział i wszedł do szafy.
Siostra chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do drzwi.
- Lepiej już chodźmy. - powiedziała.
Wyszłyśmy na korytarz.
- To będzie...szalone. - powiedziałam.
- Uwielbiam szaleć. - zaśmiała się Anna.
Zeszłyśmy po schodach i po kilku minutach stanęłyśmy w holu.
- A jak to się nie uda? - szepnęłam denerwując się coraz bardziej.
- Uda się, zobaczysz. - odrzekła siostra.
Stałyśmy tak przez jakiś czas, aż w końcu ktoś zapukał w ogromne, drewniane wrota. Wzięłam głęboki oddech i otworzyłam je. Anna stanęła troszkę dalej i spuściła głowę przybierając smutną minę.
Do środka weszło dwóch służących z Corony. Mieli fioletowe stroje z oficjalnym logiem swojej ojczyzny.
- Wasza Wysokość. - ukłonili się. - Przybyliśmy po Jacksona Overlanda Frosta.
Westchnęłam. Mężczyźni zmierzyli zdziwionym wzrokiem mój strój, a także Annę stojącą za mną.
- Panowie... cóż. To dość skomplikowane. Jack...on...
Jeden z służących zbliżył się nieco.
- Wasza Wysokość? Czy coś się stało?
Ukryłam twarz w dłoniach udając, że wybuchłam płaczem. Tak naprawdę z trudem powstrzymywałam się od śmiechu. Z tyłu usłyszałam jak Anna zaczęła kaszleć, żeby ukryć śmiech.
Mężczyźni spojrzeli na siebie ze zdziwieniem. Jeden z nich położył mi dłoń na ramieniu.
- Spokojnie Wasza Wysokość. Chcieliśmy tylko zabrać...
- Przykro mi. Ale nigdzie nie zabierzecie Jack'a. - powiedziałam jak najsmutniejszym tonem.
- Jak to? - odezwał się groźnie drugi służący.
- Jack'a nie ma już z nami. - powiedziałam i znów ukryłam twarz w dłoniach. Bogu dzięki, że znalazłyśmy rękawiczki.
Poczułam jak Anna staje obok mnie.
- Jackson Frost zabił się dziś w nocy. - powiedziała.
- Co?! - mężczyźni jednocześnie odsunęli się od nas z zaskoczenia. - Dlaczego?!
- Wie to tylko królowa. - powiedziała Anna kładąc mi rękę na ramieniu. - Ale nie wiem czy może panom powiedzieć.
Pokręciłam głową.
- Musimy to wiedzieć! - krzyknął jeden służący. - Jej Wysokość Roszpunka na pewno będzie chciała...
- Jack spotykał się i ze mną i z Roszpunką. - powiedziałam. - Kiedy otrzymał od niej list nie wiedział co zrobić. Nie chciał zostawić, ani wybrać żadnej z nas. Nie wybrał więc ani jednej. Skocz... - "Przecież on umie latać!". - Powiesił się.
Mężczyźni wymienili przerażone spojrzenia. "Kupili to!" - dała mi do zrozumienia Anna ściskając moją dłoń.
- W takim razie... - zaczął jeden z nich. - Przekażemy to księżniczce.
- Dziękuję. - odrzekłam.
Mężczyźni odeszli zamykając za sobą drzwi. Pobiegłyśmy do pokoju Anny śpiewając z radości. Wypuściłyśmy Jack'a z szafy.
- Kupili to! Kupili to! - wyśpiewała Anna tańcząc dookoła nas.
Rzuciłam się Jack'owi w objęcia.
- Mamy to z głowy!
Odwzajemnił uścisk, ale po chwili powiedział niepewnym tonem:
- Zobaczymy co na to Roszpunka.
- Elsa.
niedziela, 3 sierpnia 2014
Powrót w wielkim stylu...
Laska!
Jak wiecie Roszpunka wyjechała wczoraj. Jednak to nie był koniec problemów z nią związanych...
Dzisiaj rano do sypialni Elsy (w której razem spaliśmy) wparowała trójka służących z wielką paczką i dwoma listami.
- Ta oto poczta przybywa z królestwa Corony od księżniczki Roszpunki; jedynej córki pary królewskiej i prawowitej następczyni tronu. - powiedział jeden z nich, niezbyt szczupły brunet o idealnie okrągłej twarzy. Z tego co wiem n imię mu Philip. - Jeden list jest dla Waszej Wysokości, a drógi razem z paczką dla pana Jacksona Overlanda Frosta. Mamy mu ją dać, czy Wasza Miłość woli ją dostarczyć osobiście?
- Dostarczę osobiście, dziękuję bardzo. - wymamrotała ledwo przytomna Elsa - A teraz proszę o chwilę prywatności.
Dwóch chuderlawych służących położyło paczkę w kącie. Już mieli wychodzić, gdy nagle chudzielce chwyciły mnie pod ramię i próbowały wypchnąć mnie z sypialni. Próbowałem się wyrwać i w tej samej chwili Philip odrzekł:
- Nie słyszałeś? Królowa chce zostać sama.
Do akcji szybko wkroczyła Elsa.
- Puście go. - powiedziała szybko. - Niech zostanie.
Po tych słowach zostałem uwolniony. Philip wymamrotał "proszę wybaczyć",służący ukłonili się i szybkim krokiem popędzili do wyjścia. Elsa uśmiechnęła się do mnie.
- Służący. - zaczęła. - są bardzo pomocni, ale czasem denerwują. To już druga pobudka od nich.
Przytuliłem ją.
- Wybacz im, chcieli dobrze. - pocałowałem ją w czoło. - No cóż, czas przeczytać listy i otworzyć paczkę. - przysunąłem wielkie pudło do łóżka, na którym siedzieliśmy - Ty czytaj pierwsza.
Sięgnęła po list.
"(Nie)Droga królowo! Nadal cię nie lubię i nie piszę tego listu jako przyjaciółką. Jest to raczej dostarczenie informacji. Otóż od dziś mój kochaniutki misiaczek Jack'uś nie będzie już stanowić problemów w twoim królestwie. Lepiej się z nim szybko pożegnaj i nie próbuj odzywać. To już wszystko. - Roszpunka"
Popatrzyliśmy na siebie. O co chodzi? Zacząłem czytać swój list.
"Mój słodziutki misiaczku! Wiem, że wyjechałam, ale po godzinie uświadomiłam sobie jak bardzo mi cię brakuje kwatuszku. Wydałam więc pewien rozkaz. Jutro o 15.00 dwóch służących z mojego królestwa przyjedzie po ciebie. TAK WŁAŚNIE!!!!!!! Zamieszkasz ze mną w Coronie!!!!!! Cieszysz się pysiaczku?!?!?!?!?!?! Jestem pewna, że tak!!!!!!!!! Przysłałam ci trochę rzeczy. Do zobaczenia kaczuszko!!! - Twoja Puncia <3<3<3 :*:*:*"
Otworzyłem paczkę. Była tam głównie fioletowa bielizna z logiem Corony i kilka fioletowych T-shirtów (oczywiście z logiem Corony).
- Co my teraz zrobimy? - spytała Elsa wtulając się w moją gołą klatę.
-Coś wymyślimy. Na pewno. - powiedziałem i pocałowałem ją w usta.
-Jack
PS Przepraszam za problemy z czcionką. Mam nadzieję, że to nie stanowi wielkiego problemu :-) /Jack
sobota, 2 sierpnia 2014
Będziemy bardzo tęsknić.
Dziś w nocy obudził mnie Jack.
- Co się...stało? - wymamrotałam nie podnosząc się z łóżka.
- Roszpunka. - odrzekł Jack jak małe dziecko, któremu przyśnił się zły sen.
Usiadłam i przetarłam oczy. Jack był w samych spodenkach. Przykro mi, ale kiedy jesteś blisko w takim stanie nie potrafię racjonalnie myśleć - pomyślałam. Mimo swoich myśli odrzekłam wstając powoli:
- Spokojnie, na pewno coś wymyślimy. Muszę się najpierw ubrać, nie będę...
- Wcale nie musisz... - powiedział Jack przyglądając się mojej krótkiej, satynowej koszuli nocnej.
Uśmiechnęłam się do niego i nałożyłam wyłącznie szlafrok i mięciutkie, puchate kapcie. Następnie Jack zapalił dwie świece i wyszliśmy na korytarz.
- Gdzie ona jest? - zapytałam szeptem.
- Dobijała się do mojej sypialni więc uciekłem oknem. Teraz może się czaić wszędzie.
Przeszliśmy kawałek korytarzem w stronę pokoju Jack'a.
- Musimy wymyślić coś, żeby w końcu się ode mnie odczepiła. - powiedział Jack. - Na balu niby już miała się odczepić, a jak sama widzisz...
- Tak wiem. - ucięłam. Nie miałam żadnego pomysłu jak wybić Roszpunce z głowy Jack'a. Dotarliśmy pod drzwi jego sypialni. Roszpunki nigdzie nie było.
- Spójrz! - zawołał Jack sięgając po karteczkę zostawioną pod drzwiami.
Jack - mój ty słodziutki aniołeczku, mój koteczku i misiu,
Bardzo Cię kocham, nawet nie wiesz jak. Ty mnie oczywiście też więc nasza miłość jest największa na świecie. Stęskniłam się jednak na mamą i postanowiłam wyjechać. Myślę jednak, że przy najbliższej okazji znów Cię odwiedzę. A na razie musimy niestety pozwolić miłości przepływać przez papier - to znaczy (bo pewnie słodziaku nie rozumiesz) będę Ci wysyłała mnóóóóstwo listów. Będę bardzo, bardzo tęsknić. Trzymaj się z dala od tej wiedźmy!
Buziaczki i całuski
Twój Kwiatuszek.
Jack przeczytał list na głos. Słuchałam go w ciszy, ale w głębi serca czułam się okropnie. To było takie...
- Hurra! - ucieszył się Jack i pocałował mnie. - Wyjechała! Mamy ją z głowy!
- Będzie przysyłać miliony listów, a w końcu i tak przyjedzie. - odrzekłam.
- Oj, nie przejmuj się Śnieżynko. - Jack chwycił mnie za rękę i wróciliśmy do mojej sypialni. I tam zostaliśmy do rana.
- Elsa.
piątek, 1 sierpnia 2014
Jeszcze jedna szansa.
Wczoraj całą resztę dnia i pół nocy przepłakałam wtulona w Annę.
- On na pewno nie mógł nic zrobić. - powiedziała po raz piąty około jedenastej w nocy. Siedziałyśmy na łóżku w mojej sypialni. - Wiesz dobrze, że zrobiła to z zaskoczenia.
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć. Rozejrzałam się po zaśnieżonym pokoju.
- Ale... - pociągnęłam nosem. - On... wyglądał tak...
- Elsa, najlepiej jak z nim pogadasz. Inaczej możesz sobie myśleć różne rzeczy. - powiedziała siostra podając mi kolejną chusteczkę.
- Nie mam zamiaru z nim rozmawiać. A już na pewno sama do niego nie pójdę.
Ania podrapała się po głowie.
- Hmm....w sumie masz rację. To on powinien od razu przylecieć tu i przepraszać Cię na kolanach.
W tym momencie do komnaty bez pukania wszedł Kristoff. Kiedy zobaczył pokój cały w śniegu i mnie całą w chusteczkach zatrzymał się i wybałuszył oczy.
- Co wy robicie? - zapytał.
- Odczep się. - powiedziała Anna przytulając mnie mocniej.
Kristoff usiadł obok nas na łóżku i powiedział:
- Nie przejmuj się, Elsa. To pewnie tylko takie chwilowe...
Nagle z dworu dobiegł nas głos Roszpunki. Wszyscy szybko wyszliśmy na balkon. Dokładnie pod moim balkonem, na trawie jakby nigdy nic leżeli sobie Jack i Roszpunka.
- O popatrz! - zawołała kuzynka wskazując na niebo. - Tamta tak ładnie świeci!
Poczułam, że zamrażam balustradę.
- Taak... - odrzekł Jack. - A tamte ułożyły się w śnieżynkę.
Roszpunka spojrzała na niego ze złością.
- Śnieżynkę?!
- Tak, moją jedyną, ukochaną śnieżynkę. - powiedział Jack. Po chwili wstał i dodał:
- Wybacz mi, ale muszę iść.
I odleciał od Roszpunki w stronę wejścia do zamku.
- Słyszałaś to? - uśmiechnęła się do mnie Anna.
Wzruszyłam ramionami i wróciłam na łóżko. Kristoff chwycił Ankę za rękę. W tamtej chwili pomyślałam, że wyglądają razem cudownie. Że mają się cudownie - są nierozłączni. I nikt im nie przeszkadza.
- My już będziemy szli. - powiedział Kristoff. - Patrz, jest po północy. - wskazał na zegar nad kominkiem.
- Prześpij się. - powiedziała Anna gładząc mnie po włosach. - I nie przejmuj się tą zamrażarką.
Zamknęli za sobą drzwi. Zostałam sama. Znowu zrobiło mi się bardzo smutno. Wtuliłam się w poduszkę. Nagle poczułam od tyłu zimny powiew i ktoś pocałował mnie w policzek. Odwróciłam się, nie wstając. Obok mnie siedział jakby nigdy nic Jack, a o kominek oparta była jego laska. W pokoju było dość ciemno.
- Jack? - szepnęłam.
- To ja, śnieżynko. Nie płacz.
Odwróciłam się z powrotem tyłem do niego. Po tym co mi zrobił nie będę z nim rozmawiać.
- Hej... - Jack przeleciał na drugą stronę łóżka i położył się twarzą do mnie. Położył mi chłodną dłoń na policzku. Czułam się cudownie. Jednak musiałam wziąć się w garść.
- Nie dotykaj mnie. - powiedziała lodowatym tonem i wstałam. Podeszłam do drzwi, ale nie wyszłam.
- Elso! - Jack podleciał do mnie i odwrócił mnie delikatnie. - Nie chciałem zrobić nic złego! Wzięła mnie z zaskoczenia, uwierz mi!
Pozwoliłam mu chwycić się za ręce, ale odrzekłam:
- Ale... odwzajemniłeś pocałunek. Jeśli kochasz Roszpunkę wróć do niej. Nie marnuj czasu na kogoś takiego jak ja. Kogoś zimnego, bez uczuć...
- Nie mów tak! - Jack przysunął się. - Uwierz mi Elso, nie zrobiłbym Ci czegoś takiego.
- To dlaczego jej nie odepchnąłeś?
W odpowiedzi Jack pocałował mnie mocno. Nie wiem czemu, ale właśnie wtedy postanowiłam mu wybaczyć. Kiedy jest blisko...czuję się wspaniale i nie mogę tego stracić. Odwzajemniłam pocałunek dając mu do zrozumienia, że daje mu jeszcze jedną szansę. Jack uśmiechnął się i przejechał mi delikatnie dłońmi po talii. Oplotłam rękami jego szyję i pozwoliłam mu robić co tylko zechce. Choć raz chciałam przestać przejmować się czymkolwiek.
- Elsa.