Witajcie,
Dziś w nocy obudziłam się gwałtownie. Rozejrzałam się i uznałam, że wszystko jest w porządku. Nagle usłyszałam głos na korytarzu:
- Nie wiem czy im mówić...
To był głos Flynn'a.
- Jack... - szepnęłam szturchając męża.
- Czemu nie? To nasi najbliżsi przyjaciele.
Tym razem odezwała się Merida.
- Jack! - wyczarowałam trochę śniegu i spuściłam mu na głowę.
- Co jest? - usiadł natychmiast.
Położyłam palec na ustach i wskazałam głową na ścianę dzielącą pokój od korytarza.
- No tak, ale... - Flynn znowu przemówił. - ... nie wiem jak zareagują.
Jack uniósł brwi.
- Oj, nie wymyślaj. - Merida zabrzmiała jakby była wkurzona. - Jutro im powiemy i kropka. A teraz chodź, nie stójmy na korytarzu jak idioci.
I usłyszeliśmy oddalające się kroki.
- Co...to było? - odezwał się Jack patrząc na mnie ze zdziwieniem.
- Mówiłam Ci, że są razem! - odrzekłam. - Nie rozumiem czemu Flynn...
Jack przerwał mi:
- Flynn i Merida? Merida Rider? Flynn Książę DunBroch? No nie wiem...
- Przestań. Pasują do siebie. I dobrze, że zaczęli ze sobą chodzić, bo oboje byli samotni. - powiedziałam. - Dobranoc.
I odwróciłam się na drugi bok przykrywając kołdrą. Jack od razu przytulił mnie i mruknął:
- Gniewasz się...?
Odwróciłam się do niego. W świetle Księżyca zaglądającego do pokoju przez okna jego białe włosy lśniły, a niebieskie oczy wyglądały naprawdę uroczo.
- Nie. - pocałowałam go i przytuliłam się do jego klaty.
Rano jedliśmy śniadanie razem z Meridą i Flynn'em. On cały czas nerwowo na nią zerkał. W końcu odezwała się:
- Mamy Wam coś do powiedzenia.
- Tak? - uśmiechnęłam się.
- Ja i Flynn... - Merida odwzajemniła uśmiech, a Flynn zrobił się czerwony. - ...jesteśmy razem!
- Naprawdę? - przytuliłam ją. - To cudownie!
- No. - Jack udał uśmiech.
Kopnęłam go pod stołem. Spojrzał na mnie wzrokiem "No co?".
- Jak długo? - zapytałam Meridy.
- Kilka dni. - odrzekła uśmiechając się.
Widać było, że Flynn jest skrępowany i Merida chyba też to zauważyła, bo powiedziała:
- No... to może ja i Elsa pójdziemy gdzieś, a wy zostańcie tu sami. Chyba potrzebujecie jakichś męskich pogaduszek.
I wyszłyśmy na łąkę.
- Elsa.
piątek, 10 lipca 2015
środa, 8 lipca 2015
Spacer i szkolenie na łuczników.
Witajcie,
Dzisiaj wraz z Meridą i Flynn'em wybraliśmy się na spacer do lasu.
- Jest naprawdę magiczny. - opowiadała Merida gdy szliśmy leśną ścieżką. - Ten klimat, ta roślinność... a w dodatku bardzo łatwo spotkać tu Leśne Płomyki.
- Leśne Płomyki? - zaśmiał się Jack.
- To wcale nie jest śmieszne, Jack. - z udawaną złością trzepnęłam go w ramię. - To magiczne stworzenia z wierzeń ludu tego królestwa.
- Dokładnie! - Merida aż podskoczyła z podniecenia. - Pojawiają się najczęściej gdy czegoś potrzebujemy, albo nie wiemy co zrobić. Mogą wskazać nam drogę, która odmieni nasze życie.
- Albo drogę do najlepszych krzaków. - mruknął mi Jack na ucho.
Uśmiechnęłam się.
- Słyszałam. - powiedziała Merida. - Jack, musisz naprawdę opanować swoje popędy seksualne.
Jack zaśmiał się i chwycił mnie za rękę.
- Nie widzę w nich nic złego. - powiedział.
- Właśnie, Mer. Wyluzuj. - dodał Flynn.
Ja i Merida pokręciłyśmy głowami, ale oni wybuchli śmiechem. Po jakimś czasie wyszliśmy na polanę, spowitą mgłą. Były na niej ustawione wielkie głazy w kręgu, dookoła nas.
- Co to za miejsce? - zapytałam.
- Tak naprawdę sami tego nie wiemy. - odrzekła Merida. - Ale przypuszczam, że w przeszłości odbywały się tu jakieś święte obrzędy, albo ważne wydarzenia dla prastarych ludów.
Jack uniósł brwi i zaczął latać dookoła głazów. Gdy mu się znudziło po jakichś trzech minutach, zawróciliśmy. Ja i Jack szliśmy nieco z tyłu, bo Jack bardzo pragnął wytłumaczyć mi jakie są rodzaje krzaków i czym się różnią. Udając, że go słucham przyglądałam się Meridzie i Flynn'owi. Szli obok siebie, muskając się lekko dłońmi. Uśmiechnęłam się. Może będą kiedyś razem? To byłoby bardzo miłe. Merida nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn, a teraz gdy Flynn wyjechał z Corony i zamieszkał tutaj... wydawałoby się, że to idealna okazja.
- Elso, czy ty mnie słuchasz? - zapytał Jack przerywając swój monolog.
- Hm? - spojrzałam na niego. - Ach... tak, tak.
- No dobrze, wytłumaczę Ci kiedy indziej. - uśmiechnął się. - Na co tak patrzyłaś?
- Spójrz na nich... - ściszyłam głos. - Myślisz, że są razem?
Jack przechylił głowę wpatrując się w Meridę i Flynn'a.
- Ee, chyba nie. - powiedział. - Ale byłoby fajnie.
Kiwnęłam głową. Gdy wyszliśmy z lasu, Merida zaprowadziła nas na dużą łąkę z rozstawionymi tarczami do strzałów z łuku.
- Tutaj ćwiczę. - uśmiechnęła się dumnie. - Chciałabym pokazać Wam kilka sztuczek... a potem, no wiecie. Żebyście sami spróbowali!
- O matko, nie, nie... - zaczęłam, ale Merida mi przerwała:
- Nie ma nie, Elsa. Acha, tylko ściągnij rękawiczki, bo będzie Ci trudno.
Westchnęłam. Jack automatycznie jakby był robotem reagującym na moje westchnięcia, odwrócił się do mnie i chwycił za ręce.
- Śnieżynko. Moja. Najdroższa. - powiedział powoli, spokojnym głosem, delikatnie zsuwając mi rękawiczki. - Kocham. Cię. I. Pragnę. Twojej. Radości.
Zrumieniłam się lekko, a on pocałował mnie czule.
- Dobra, koniec czułości! - zawołała Merida. - Posuńcie się!
Flynn przesunął nas trochę do tyłu, a Merida wyciągnęła strzałę, napięła cięciwę i strzeliła równiutko w środek tarczy. To samo przy drugiej, trzeciej i czwartej.
- Brawoo! - zawołał Flynn klaszcząc.
Merida ukłoniła się z szerokim uśmiechem i przywołała nas do siebie gestem. Rozdała wszystkim łuk i strzały i ustawiła nas jednego przy jednej tarczy.
- No dobra. - powiedziała. - Spróbujcie sami, a ja będę przechodzić między Wami i Wam pomagać.
- Wojsko... - usłyszałam ze strony Jack'a jego burknięcie.
Przyjrzałam się łukowi. Był drewniany, z wyrzeźbionymi wzorkami. Oczywiście w miejscu, gdzie trzymałam pokrył się lekko szronem. Wyjęłam strzałę i spróbowałam powtórzyć kroki Meridy. Uznałam, że jest całkiem nieźle, więc napięłam cięciwę i strzeliłam. Jednak strzała poleciała odrobinę do przodu i spadła.
- Ślicznie, Śnieżynko. - mrugnął do mnie Jack. - Ja nawet nie umiem wyjąć strzały z tego piekielnego czegoś.
Zobaczyłam, że Merida podeszła do Flynn'a. Wydawało mi się, że idzie mu całkiem nieźle, ale ona stanęła tuż za nim, chwyciła jego ręce i ustawiła poprawnie. Spostrzegłam, że zrobił się czerwony jak burak. Następnie Merida podeszła do mnie.
- Było nawet nieźle. - uśmiechnęła się klepiąc mnie po ramieniu. - Ale musisz wyluzować. Puścić strzałę delikatnym i zarazem szybkim ruchem, nie myśląc o tym, żeby trafiła w tarczę. Wyobraź sobie, że po prostu bardzo chcesz, by poleciała i przeszyła powietrze.
Kiwnęłam głową i ustawiłam się ponownie. Merida odrobinę uniosła mi ręce i pozwoliła strzelić. Tym razem strzała poleciała aż za tarczę.
- Bez przesady. - zaśmiała się Merida i przeszła do Jack'a. - Co ty robisz? - zapytała widząc jak siedzi na ziemi i przygląda się strzale.
- W końcu udało mi się ją wydostać. - uśmiechnął się niewinnie. - Muszę się nacieszyć.
- Wstawaj. - Merida przewróciła oczami i poczekała aż Jack się odpowiednio ustawi. - Dobrze. Nie patrz na tarczę, tylko na czubek strzały.
- I tak trochę widzę tarczę. - mruknął Jack.
- I oto chodzi. Wyluzuj się... i... strzał!
Swoim krzykiem chyba go zaskoczyła, bo podskoczył lekko i wypuścił strzałę gwałtownie. Ku zdziwieniu wszystkich trafiła prosto w środek tarczy.
- Jestem mistrzem! - zawołał i zaczął tańczyć dziki taniec na pół na trawie i w powietrzu.
Zostaliśmy na łące do wieczora, a potem wróciliśmy do pokoju.
- Elsa.
Dzisiaj wraz z Meridą i Flynn'em wybraliśmy się na spacer do lasu.
- Jest naprawdę magiczny. - opowiadała Merida gdy szliśmy leśną ścieżką. - Ten klimat, ta roślinność... a w dodatku bardzo łatwo spotkać tu Leśne Płomyki.
- Leśne Płomyki? - zaśmiał się Jack.
- To wcale nie jest śmieszne, Jack. - z udawaną złością trzepnęłam go w ramię. - To magiczne stworzenia z wierzeń ludu tego królestwa.
- Dokładnie! - Merida aż podskoczyła z podniecenia. - Pojawiają się najczęściej gdy czegoś potrzebujemy, albo nie wiemy co zrobić. Mogą wskazać nam drogę, która odmieni nasze życie.
- Albo drogę do najlepszych krzaków. - mruknął mi Jack na ucho.
Uśmiechnęłam się.
- Słyszałam. - powiedziała Merida. - Jack, musisz naprawdę opanować swoje popędy seksualne.
Jack zaśmiał się i chwycił mnie za rękę.
- Nie widzę w nich nic złego. - powiedział.
- Właśnie, Mer. Wyluzuj. - dodał Flynn.
Ja i Merida pokręciłyśmy głowami, ale oni wybuchli śmiechem. Po jakimś czasie wyszliśmy na polanę, spowitą mgłą. Były na niej ustawione wielkie głazy w kręgu, dookoła nas.
- Co to za miejsce? - zapytałam.
- Tak naprawdę sami tego nie wiemy. - odrzekła Merida. - Ale przypuszczam, że w przeszłości odbywały się tu jakieś święte obrzędy, albo ważne wydarzenia dla prastarych ludów.
Jack uniósł brwi i zaczął latać dookoła głazów. Gdy mu się znudziło po jakichś trzech minutach, zawróciliśmy. Ja i Jack szliśmy nieco z tyłu, bo Jack bardzo pragnął wytłumaczyć mi jakie są rodzaje krzaków i czym się różnią. Udając, że go słucham przyglądałam się Meridzie i Flynn'owi. Szli obok siebie, muskając się lekko dłońmi. Uśmiechnęłam się. Może będą kiedyś razem? To byłoby bardzo miłe. Merida nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn, a teraz gdy Flynn wyjechał z Corony i zamieszkał tutaj... wydawałoby się, że to idealna okazja.
- Elso, czy ty mnie słuchasz? - zapytał Jack przerywając swój monolog.
- Hm? - spojrzałam na niego. - Ach... tak, tak.
- No dobrze, wytłumaczę Ci kiedy indziej. - uśmiechnął się. - Na co tak patrzyłaś?
- Spójrz na nich... - ściszyłam głos. - Myślisz, że są razem?
Jack przechylił głowę wpatrując się w Meridę i Flynn'a.
- Ee, chyba nie. - powiedział. - Ale byłoby fajnie.
Kiwnęłam głową. Gdy wyszliśmy z lasu, Merida zaprowadziła nas na dużą łąkę z rozstawionymi tarczami do strzałów z łuku.
- Tutaj ćwiczę. - uśmiechnęła się dumnie. - Chciałabym pokazać Wam kilka sztuczek... a potem, no wiecie. Żebyście sami spróbowali!
- O matko, nie, nie... - zaczęłam, ale Merida mi przerwała:
- Nie ma nie, Elsa. Acha, tylko ściągnij rękawiczki, bo będzie Ci trudno.
Westchnęłam. Jack automatycznie jakby był robotem reagującym na moje westchnięcia, odwrócił się do mnie i chwycił za ręce.
- Śnieżynko. Moja. Najdroższa. - powiedział powoli, spokojnym głosem, delikatnie zsuwając mi rękawiczki. - Kocham. Cię. I. Pragnę. Twojej. Radości.
Zrumieniłam się lekko, a on pocałował mnie czule.
- Dobra, koniec czułości! - zawołała Merida. - Posuńcie się!
Flynn przesunął nas trochę do tyłu, a Merida wyciągnęła strzałę, napięła cięciwę i strzeliła równiutko w środek tarczy. To samo przy drugiej, trzeciej i czwartej.
- Brawoo! - zawołał Flynn klaszcząc.
Merida ukłoniła się z szerokim uśmiechem i przywołała nas do siebie gestem. Rozdała wszystkim łuk i strzały i ustawiła nas jednego przy jednej tarczy.
- No dobra. - powiedziała. - Spróbujcie sami, a ja będę przechodzić między Wami i Wam pomagać.
- Wojsko... - usłyszałam ze strony Jack'a jego burknięcie.
Przyjrzałam się łukowi. Był drewniany, z wyrzeźbionymi wzorkami. Oczywiście w miejscu, gdzie trzymałam pokrył się lekko szronem. Wyjęłam strzałę i spróbowałam powtórzyć kroki Meridy. Uznałam, że jest całkiem nieźle, więc napięłam cięciwę i strzeliłam. Jednak strzała poleciała odrobinę do przodu i spadła.
- Ślicznie, Śnieżynko. - mrugnął do mnie Jack. - Ja nawet nie umiem wyjąć strzały z tego piekielnego czegoś.
Zobaczyłam, że Merida podeszła do Flynn'a. Wydawało mi się, że idzie mu całkiem nieźle, ale ona stanęła tuż za nim, chwyciła jego ręce i ustawiła poprawnie. Spostrzegłam, że zrobił się czerwony jak burak. Następnie Merida podeszła do mnie.
- Było nawet nieźle. - uśmiechnęła się klepiąc mnie po ramieniu. - Ale musisz wyluzować. Puścić strzałę delikatnym i zarazem szybkim ruchem, nie myśląc o tym, żeby trafiła w tarczę. Wyobraź sobie, że po prostu bardzo chcesz, by poleciała i przeszyła powietrze.
Kiwnęłam głową i ustawiłam się ponownie. Merida odrobinę uniosła mi ręce i pozwoliła strzelić. Tym razem strzała poleciała aż za tarczę.
- Bez przesady. - zaśmiała się Merida i przeszła do Jack'a. - Co ty robisz? - zapytała widząc jak siedzi na ziemi i przygląda się strzale.
- W końcu udało mi się ją wydostać. - uśmiechnął się niewinnie. - Muszę się nacieszyć.
- Wstawaj. - Merida przewróciła oczami i poczekała aż Jack się odpowiednio ustawi. - Dobrze. Nie patrz na tarczę, tylko na czubek strzały.
- I tak trochę widzę tarczę. - mruknął Jack.
- I oto chodzi. Wyluzuj się... i... strzał!
Swoim krzykiem chyba go zaskoczyła, bo podskoczył lekko i wypuścił strzałę gwałtownie. Ku zdziwieniu wszystkich trafiła prosto w środek tarczy.
- Jestem mistrzem! - zawołał i zaczął tańczyć dziki taniec na pół na trawie i w powietrzu.
Zostaliśmy na łące do wieczora, a potem wróciliśmy do pokoju.
- Elsa.
poniedziałek, 6 lipca 2015
Następne tajemnicze miejsce.
Witajcie,
Wczoraj wcześnie rano pożegnaliśmy się z Astrid i Czkawką i rozpoczęliśmy podróż do następnego tajemniczego miejsca.
- Tam pobędziemy dłużej. - powiedział Jack.
Uśmiechnęłam się i oparłam się o "burtę" sań. Pod nami, daleko, daleko zobaczyłam ogromne, oświetlone przez poranne słońce fale, a trochę bliżej nas pojedyncze, małe chmurki.
- Kocham Cię Jack. - westchnęłam, jednak powiedziałam to bardzo cicho, bardziej do siebie więc mnie nie usłyszał.
Lecieliśmy bardzo długo, wylądowaliśmy dopiero dziś nad ranem w małym zagajniku.
- Dużo tu krzaków. - Jack uśmiechnął się chytrze rozglądając się.
- Mhm. - chwyciłam go za rękę. - Ale chodźmy... tam gdzie mamy iść.
- Nie poznajesz? - zapytał Jack.
Wzruszyłam ramionami.
- Ciężko poznać, po drzewach i krzakach. - powiedziałam.
- No tak. - zaśmiał się Jack i poprowadził mnie przez las.
Szliśmy w ciszy jakiś czas, aż w końcu zza drzew wyłoniło się wzgórze, a na nim wielki zamek.
- Merida! - zawołałam dopiero teraz zdając sobie sprawę, że jesteśmy w królestwie DunBroch.
- Brawo, Śnieżynko! - zaśmiał się Jack i pocałował mnie w policzek. - Hm... to wzgórze jest za duże dla Twoich delikatnych stópek.
- Wcale nie! - trzepnęłam go w ramię. - Nie wiem czy pamiętasz, mój drogi, ale niegdyś na tych stópkach wbiegłam na obcasach na Lodowy Wierch!
- No dobra. - odrzekł Jack. - Szukałem tylko pretekstu żeby Cię podnieść.
Po czym podniósł mnie i wzleciał w powietrze.
- Och, Jack... - westchnęłam i pocałowałam go.
- Nie rozpraszaj mnie, bo się podniecę i spadniemy. - wyszczerzył zęby.
- Ha ha ha. - udałam śmiech.
Po wylądowaniu znaleźliśmy się na dziedzińcu. Wyglądało tu całkiem inaczej niż w Arendelle. Wszystko było z kamienia i wyglądało nieco strasznie.
- Elsa! Jack! - usłyszeliśmy i po chwili zobaczyliśmy Meridę wyłaniającą się z cienia pod dachem.
Przytulałyśmy się chyba kilka minut, aż w końcu Merida z ogromnym entuzjazmem zaprowadziła nas do komnaty gościnnej. Pod wschodnią ścianą stało wielkie łóżko z drewnianym baldachimem i zasłonami, a po lewej stronie stał wbudowany w ścianę kominek. Pod oknem zobaczyliśmy drewniany stoliczek z dwoma krzesłami.
- Uroczo. - uśmiechnęłam się.
- No ba. - Merida odwzajemniła uśmiech. - Tylko... nie za głośno, bo moja mama usłyszy. - dodała szeptem.
- Postaramy się. - mrugnął Jack.
- No dobra, chodźcie. - powiedziała Merida ciągnąc nas z powrotem na korytarz. - Mam dla Was super niespodziankę.
- Już się boję. - szepnął mi Jack na ucho.
Uśmiechnęłam się i podążyłam za Meridą. Poprowadziła nas do jadalni. Tam zobaczyłam coś, przez co zupełnie mnie zatkało.
- Flynn?!
Stał przed nami i uśmiechał się prawdziwy, żywy Flynn.
- Co ty tu robisz, brahu? - zaśmiał się Jack i uścisnęli sobie dłonie.
- Cóż... - Flynn uśmiechnął się. - Zrobiłem coś, co powinienem zrobić dawno, dawno. Odszedłem... a raczej uciekłem.... od Roszpunki.
- Naprawdę? - podeszłam do niego nie wierząc w to, co usłyszałam.
Kiwnął głową.
- To genialnie! - zawołał Jack. - A czemu przyjechałeś akurat tutaj?
- Eee... - Flynn spojrzał na Meridę. - Mer pozwoliła mi tu trochę pomieszkać...
- To bardzo miłe. - ucieszyłam się. - A co na to Roszpunka?
- Spoko, ma już nową ofiarę.- machnął ręką. - Jakiś superprzystojny pirat, czy tam kapitan z Arendelle.
Spojrzałam na Jack'a, który jęknął:
- Clint.... pasują do siebie.
Kiwnęłam głową. Następnie Merida oprowadziła nas po zamku i przedstawiła swoim rodzicom i braciom.
- Jack Frost.... - westchnęły równocześnie trzy rude maluchy wpatrując się w Jack'a jak w obrazek.
- A to... - Merida skierowała ich głowy na mnie. - ...jego żona, prawdziwa Królowa Śniegu!
- Łaaał.... - westchnęli, a Jack po chwili do nich dołączył udając małego dzieciaka.
Pokręciłam głową z uśmiechem patrząc jak mruga do mnie słodko. Kiedy nadszedł wieczór wróciliśmy do swojego pokoju.
- Chyba roztopiłbym się ze szczęścia... - powiedział Jack zamykając drzwi. - Gdyby prawdziwa Królowa Śniegu pozwoliła mi zobaczyć co nosi... pod sukienką.
Uniosłam brwi z uśmiechem i popchnęłam go na łóżko.
- Królowa Śniegu będzie zaszczycona. - szepnęłam.
- Elsa.
Wczoraj wcześnie rano pożegnaliśmy się z Astrid i Czkawką i rozpoczęliśmy podróż do następnego tajemniczego miejsca.
- Tam pobędziemy dłużej. - powiedział Jack.
Uśmiechnęłam się i oparłam się o "burtę" sań. Pod nami, daleko, daleko zobaczyłam ogromne, oświetlone przez poranne słońce fale, a trochę bliżej nas pojedyncze, małe chmurki.
- Kocham Cię Jack. - westchnęłam, jednak powiedziałam to bardzo cicho, bardziej do siebie więc mnie nie usłyszał.
Lecieliśmy bardzo długo, wylądowaliśmy dopiero dziś nad ranem w małym zagajniku.
- Dużo tu krzaków. - Jack uśmiechnął się chytrze rozglądając się.
- Mhm. - chwyciłam go za rękę. - Ale chodźmy... tam gdzie mamy iść.
- Nie poznajesz? - zapytał Jack.
Wzruszyłam ramionami.
- Ciężko poznać, po drzewach i krzakach. - powiedziałam.
- No tak. - zaśmiał się Jack i poprowadził mnie przez las.
Szliśmy w ciszy jakiś czas, aż w końcu zza drzew wyłoniło się wzgórze, a na nim wielki zamek.
- Merida! - zawołałam dopiero teraz zdając sobie sprawę, że jesteśmy w królestwie DunBroch.
- Brawo, Śnieżynko! - zaśmiał się Jack i pocałował mnie w policzek. - Hm... to wzgórze jest za duże dla Twoich delikatnych stópek.
- Wcale nie! - trzepnęłam go w ramię. - Nie wiem czy pamiętasz, mój drogi, ale niegdyś na tych stópkach wbiegłam na obcasach na Lodowy Wierch!
- No dobra. - odrzekł Jack. - Szukałem tylko pretekstu żeby Cię podnieść.
Po czym podniósł mnie i wzleciał w powietrze.
- Och, Jack... - westchnęłam i pocałowałam go.
- Nie rozpraszaj mnie, bo się podniecę i spadniemy. - wyszczerzył zęby.
- Ha ha ha. - udałam śmiech.
Po wylądowaniu znaleźliśmy się na dziedzińcu. Wyglądało tu całkiem inaczej niż w Arendelle. Wszystko było z kamienia i wyglądało nieco strasznie.
- Elsa! Jack! - usłyszeliśmy i po chwili zobaczyliśmy Meridę wyłaniającą się z cienia pod dachem.
Przytulałyśmy się chyba kilka minut, aż w końcu Merida z ogromnym entuzjazmem zaprowadziła nas do komnaty gościnnej. Pod wschodnią ścianą stało wielkie łóżko z drewnianym baldachimem i zasłonami, a po lewej stronie stał wbudowany w ścianę kominek. Pod oknem zobaczyliśmy drewniany stoliczek z dwoma krzesłami.
- Uroczo. - uśmiechnęłam się.
- No ba. - Merida odwzajemniła uśmiech. - Tylko... nie za głośno, bo moja mama usłyszy. - dodała szeptem.
- Postaramy się. - mrugnął Jack.
- No dobra, chodźcie. - powiedziała Merida ciągnąc nas z powrotem na korytarz. - Mam dla Was super niespodziankę.
- Już się boję. - szepnął mi Jack na ucho.
Uśmiechnęłam się i podążyłam za Meridą. Poprowadziła nas do jadalni. Tam zobaczyłam coś, przez co zupełnie mnie zatkało.
- Flynn?!
Stał przed nami i uśmiechał się prawdziwy, żywy Flynn.
- Co ty tu robisz, brahu? - zaśmiał się Jack i uścisnęli sobie dłonie.
- Cóż... - Flynn uśmiechnął się. - Zrobiłem coś, co powinienem zrobić dawno, dawno. Odszedłem... a raczej uciekłem.... od Roszpunki.
- Naprawdę? - podeszłam do niego nie wierząc w to, co usłyszałam.
Kiwnął głową.
- To genialnie! - zawołał Jack. - A czemu przyjechałeś akurat tutaj?
- Eee... - Flynn spojrzał na Meridę. - Mer pozwoliła mi tu trochę pomieszkać...
- To bardzo miłe. - ucieszyłam się. - A co na to Roszpunka?
- Spoko, ma już nową ofiarę.- machnął ręką. - Jakiś superprzystojny pirat, czy tam kapitan z Arendelle.
Spojrzałam na Jack'a, który jęknął:
- Clint.... pasują do siebie.
Kiwnęłam głową. Następnie Merida oprowadziła nas po zamku i przedstawiła swoim rodzicom i braciom.
- Jack Frost.... - westchnęły równocześnie trzy rude maluchy wpatrując się w Jack'a jak w obrazek.
- A to... - Merida skierowała ich głowy na mnie. - ...jego żona, prawdziwa Królowa Śniegu!
- Łaaał.... - westchnęli, a Jack po chwili do nich dołączył udając małego dzieciaka.
Pokręciłam głową z uśmiechem patrząc jak mruga do mnie słodko. Kiedy nadszedł wieczór wróciliśmy do swojego pokoju.
- Chyba roztopiłbym się ze szczęścia... - powiedział Jack zamykając drzwi. - Gdyby prawdziwa Królowa Śniegu pozwoliła mi zobaczyć co nosi... pod sukienką.
Uniosłam brwi z uśmiechem i popchnęłam go na łóżko.
- Królowa Śniegu będzie zaszczycona. - szepnęłam.
- Elsa.
sobota, 4 lipca 2015
Piękny dzień na pięknej wyspie.
Witajcie,
Wczoraj Czkawka razem z Astrid oprowadzili nas po wiosce. Czułam się dość nieswojo, bo wszędzie dookoła nas biegały i latały smoki, ale po tysięcznych zapewnieniach Czkawki, że nic nam nie zrobią, przyzwyczaiłam się. Tak naprawdę były nawet miłe i słodkie.
- Chodź, Elsa, nie bój się. - powiedziała Astrid gdy stanęliśmy przed dużym, niebiesko-białym smokiem z żółtymi kolcami na ogonie. - To Wichurka, jest łagodna jak baranek.
Kiedy wyciągnęłam rękę, z dłoni wystrzeliło mi kilka śnieżynek,więc smok odskoczył lekko.
- Spokojnie. - Astrid pogładziła go po łbie, chwyciła mnie za rękę i położyła ją obok swojej.
Uśmiechnęłam się, a Wichura przekrzywiła głowę popychając lekko moją dłoń.
- Wyczaruj jakieś śnieżynki. - zaśmiał się Czkawka.
Wykonałam polecenie, a Wichura i po chwili Szczerbatek zaczęli zaciekawieni przypatrywać się niebieskiej śnieżynce. Pozwoliłam jej więc latać w powietrzu, a smoki zaczęły najpierw wodzić za nią oczami, a potem ją gonić.
- Elsa nowy treser smoków! - Czkawka zaśmiał się i podniósł moją rękę do góry, po czym powiedział - Myślę, że czas na obiad. Zapoznam Was z moją matką.
Matka Czkawki okazała się bardzo miła, oprowadziła nas po całym domu i nie wypuściła bez dokładki obiadu. Gdy w końcu mogliśmy wyjść, Czkawka zaprowadził nas na plażę. Ja i Astrid usiadłyśmy na piasku, a Jack i Czkawka bawili się ze smokami, kawałek dalej.
- I jak tam? - zapytałam tworząc lodowe wzorki na muszelce.
- Mnie się pytasz? Nic ciekawego. - odrzekła Astrid.
- E tam. Na pewno robiliście coś fajnego.
Spojrzała na mnie z uśmiechem.
- Nie o to mi chodziło. - odwzajemniłam uśmiech.
Astrid pokręciła głową.
- No dobra. - powiedziała. - Mamy dla Was jedną nowinę.
Odwróciłam się do niej z wyczekiwaniem.
- Powiemy Wam wieczorem.
- Już jest prawie wieczór. - wzruszyłam ramionami.
Po chwili myślenia, Astrid zawołała Jack'a i Czkawkę. Jack usiadł obok mnie, a ona wstała i wyszeptała coś Czkawce na ucho.
- No dobra. - uśmiechnął się i odwrócili się do nas.
Jack spojrzał na mnie widocznie nie wiedząc co się dzieje. Astrid uśmiechnęła się, odetchnęła i powiedziała:
- Jestem w ciąży.
Spojrzałam na Czkawkę, żeby upewnić się, że się nie przesłyszałam. Kiedy zobaczyłam, że uśmiecha się szeroko, wstałam i przytuliłam ich mocno.
- Gratulacje! - zawołałam.
Jack czekał aż odkleję się do nich, a potem zrobił to co ja.
- Który miesiąc? - zapytał.
- Drugi. - uśmiechnęła się Astrid.
- To cudowne. - powiedziałam.
Jack spojrzał na mnie. Wiedziałam dobrze co myśli, ale nie miałam ochoty z nim dyskutować. Kiedy zrobiło się ciemno Astrid i Czkawka zaprowadzili nas z powrotem do pokoju przydzielonego nam. Był dość duży, cały drewniany, z wielkim łóżkiem pośrodku, jedną szafą i biurkiem. Usiadłam na łóżku i zdjęłam buty. Jack ściągnął bluzę i podszedł do mnie.
- Jak się dziś bawiłaś, Elso? - zapytał.
- Było naprawdę miło. - odrzekłam nie mogąc oderwać oczu od jego ładnie zarysowanych mięśni.
On uśmiechnął się chytrze.
- Chciałbym coś jeszcze dla Ciebie zrobić...
Uśmiechnęłam się, a on wszedł na łóżko i pocałował mnie.
- Elsa.
Wczoraj Czkawka razem z Astrid oprowadzili nas po wiosce. Czułam się dość nieswojo, bo wszędzie dookoła nas biegały i latały smoki, ale po tysięcznych zapewnieniach Czkawki, że nic nam nie zrobią, przyzwyczaiłam się. Tak naprawdę były nawet miłe i słodkie.
- Chodź, Elsa, nie bój się. - powiedziała Astrid gdy stanęliśmy przed dużym, niebiesko-białym smokiem z żółtymi kolcami na ogonie. - To Wichurka, jest łagodna jak baranek.
Kiedy wyciągnęłam rękę, z dłoni wystrzeliło mi kilka śnieżynek,więc smok odskoczył lekko.
- Spokojnie. - Astrid pogładziła go po łbie, chwyciła mnie za rękę i położyła ją obok swojej.
Uśmiechnęłam się, a Wichura przekrzywiła głowę popychając lekko moją dłoń.
- Wyczaruj jakieś śnieżynki. - zaśmiał się Czkawka.
Wykonałam polecenie, a Wichura i po chwili Szczerbatek zaczęli zaciekawieni przypatrywać się niebieskiej śnieżynce. Pozwoliłam jej więc latać w powietrzu, a smoki zaczęły najpierw wodzić za nią oczami, a potem ją gonić.
- Elsa nowy treser smoków! - Czkawka zaśmiał się i podniósł moją rękę do góry, po czym powiedział - Myślę, że czas na obiad. Zapoznam Was z moją matką.
Matka Czkawki okazała się bardzo miła, oprowadziła nas po całym domu i nie wypuściła bez dokładki obiadu. Gdy w końcu mogliśmy wyjść, Czkawka zaprowadził nas na plażę. Ja i Astrid usiadłyśmy na piasku, a Jack i Czkawka bawili się ze smokami, kawałek dalej.
- I jak tam? - zapytałam tworząc lodowe wzorki na muszelce.
- Mnie się pytasz? Nic ciekawego. - odrzekła Astrid.
- E tam. Na pewno robiliście coś fajnego.
Spojrzała na mnie z uśmiechem.
- Nie o to mi chodziło. - odwzajemniłam uśmiech.
Astrid pokręciła głową.
- No dobra. - powiedziała. - Mamy dla Was jedną nowinę.
Odwróciłam się do niej z wyczekiwaniem.
- Powiemy Wam wieczorem.
- Już jest prawie wieczór. - wzruszyłam ramionami.
Po chwili myślenia, Astrid zawołała Jack'a i Czkawkę. Jack usiadł obok mnie, a ona wstała i wyszeptała coś Czkawce na ucho.
- No dobra. - uśmiechnął się i odwrócili się do nas.
Jack spojrzał na mnie widocznie nie wiedząc co się dzieje. Astrid uśmiechnęła się, odetchnęła i powiedziała:
- Jestem w ciąży.
Spojrzałam na Czkawkę, żeby upewnić się, że się nie przesłyszałam. Kiedy zobaczyłam, że uśmiecha się szeroko, wstałam i przytuliłam ich mocno.
- Gratulacje! - zawołałam.
Jack czekał aż odkleję się do nich, a potem zrobił to co ja.
- Który miesiąc? - zapytał.
- Drugi. - uśmiechnęła się Astrid.
- To cudowne. - powiedziałam.
Jack spojrzał na mnie. Wiedziałam dobrze co myśli, ale nie miałam ochoty z nim dyskutować. Kiedy zrobiło się ciemno Astrid i Czkawka zaprowadzili nas z powrotem do pokoju przydzielonego nam. Był dość duży, cały drewniany, z wielkim łóżkiem pośrodku, jedną szafą i biurkiem. Usiadłam na łóżku i zdjęłam buty. Jack ściągnął bluzę i podszedł do mnie.
- Jak się dziś bawiłaś, Elso? - zapytał.
- Było naprawdę miło. - odrzekłam nie mogąc oderwać oczu od jego ładnie zarysowanych mięśni.
On uśmiechnął się chytrze.
- Chciałbym coś jeszcze dla Ciebie zrobić...
Uśmiechnęłam się, a on wszedł na łóżko i pocałował mnie.
- Elsa.
czwartek, 2 lipca 2015
Na skrzydłach miłości.
Witajcie,
Dziś w nocy wylądowaliśmy na wybrzeżu wyspy. Poznałam ją od razu. Z powietrza mimo nocy, widać było dużą wioskę ciągnącą się od wybrzeża i zajmującą cały środek wyspy. Przy brzegach stały wielkie, wystające z wody, kamienne posągi.
- Wiesz gdzie jesteśmy? - zapytał z uśmiechem Jack gdy zeszliśmy z sań.
Kiwnęłam głową. Nagle usłyszeliśmy ryk, i podbiegł do nas czarny, z pięknymi zielonymi oczami, smok.
- Szczerbatek! - zawołał Jack i pogłaskał zwierzę. - Co tu robisz?
Smok przekrzywił głowę i zmrużył oczy.
- Och, Jack wybrałeś cudowne miejsce. Ta wyspa jest magiczna... - zaczęłam, ale Jack mi przerwał:
- Pamiętaj, że to nie jedyne miejsce. Odwiedzimy jeszcze dwa.
Uśmiechnęłam się.
- Ale teraz... - kontynuował Jack. - Jesteśmy tu. Myślę, że wszyscy śpią, nie ma co ich budzić.
- Musimy poczekać. - kiwnęłam głową.
Jack odwrócił się do Szczerbatka.
- Mam lepszy pomysł. - powiedział. - Chyba nie będziesz miał nic przeciwko.
I szepnął coś Szczerbatkowi.
- Jack... - podeszłam do niego.
Odwrócił się z chytrym wzrokiem i nagle podniósł mnie i posadził na smoku.
- Jack! Nie! Coś ty! - zaczęłam krzyczeć. - Trzeba powiedzieć Czkawce...!
- Leć, Szczerbatku! - zawołał ze śmiechem Jack siadając tuż za mną.
- Jaaack! - krzyknęłam.
Smok wystartował i pomknął z prędkością światła w górę.
- Jack! Czkawka! - krzyknęłam.
- Czkawka o wszystkim wie. - Jack szepnął mi do ucha niewiarygodnie spokojnym tonem.
Zacisnęłam oczy i przytuliłam się do Szczerbatka mocno. Jack zaśmiał się i objął mnie.
- Wyluzuj, Śnieżynko.
Pokręciłam tylko głową. Przez chwilę dalej lecieliśmy w niewiarygodnie szybkim tempie, aż nagle smok zaczął lecieć poziomo i o wiele wolniej.
- Otwórz oczy, Elso. - szepnął Jack. - Zaufaj mi.
Powoli uchyliłam powieki i wyprostowałam się. Moim oczom ukazał się przepiękny widok. Dookoła nas i pod nami było widać wyłącznie chmury, skłębione, mieniące się cudownie w blasku Księżyca. Gdy podniosłam wzrok ujrzałam granatowe, rozgwieżdżone, nocne niebo i wielki, okrągły, zadziwiający swoim pięknym i majestatycznym wyglądem Księżyc. Wiał zimny wiatr, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Wzięłam głęboki wdech i odchyliłam się do tyłu, a Jack objął mnie w talii i położył mi głowę na ramieniu.
- Pięknie, nie? - powiedział.
- Cudownie.
Szczerbatek leciał powoli z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Jack pocałował mnie delikatnie w szyję i szepnął:
- W dół, Szczerbatku.
Smok gładko zaczął lecieć w dół. Wiatr rozwiał mi włosy rozplątując warkocz. Po chwili wlecieliśmy w chmury. Przez chwilę nic nie widziałam, a potem poczułam na skórze, chłód i wilgoć, a wokół zobaczyłam jakby gęstą mgłę. Wylecieliśmy z chmury i zobaczyłam wyspę i ocean wydający się być różowy, przez odbijające się w nim promienie wschodzącego Słońca.
- Cudownie... - powtórzyłam szeptem.
Szczerbatek obniżył lot i znaleźliśmy się tuż nad taflą wody. Wychyliłam się lekko i wyciągnęłam rękę. Gdy dotknęłam dłonią lodowatej wody z wrażenia wypuściłam z palców odrobinę śnieżynek.
- Cudownie...! - zawołałam unosząc ręce do góry.
- Kocham Cię, Śnieżynko. - szepnął Jack i przytulił mnie.
Po jakimś czasie wylądowaliśmy między domami w wiosce. Robiło się już całkiem jasno.
- Świetnie się spisałeś, Szczerbatku. - Jack poklepał smoka po głowie.
Szczerbatek przechylił głowę jak wcześniej, po czym pomknął gdzieś między domami. Odwróciłam się do Jack'a.
- To było genialne. - uśmiechnęłam się.
- Wiem. - odwzajemnił uśmiech i pocałował mnie.
- Hej, gołabeczki! - zawołał ktoś.
Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy Czkawkę idącego w naszą stronę ze Szczerbatkiem u boku.
- Czkawka! - zawołał Jack, po czym wymienili uściski dłoni.
- Witam królową. - Czkawka wyszczerzył do mnie zęby. - Jak się podobało?
- Było cudnie. - powiedziałam. - Dziękuję.
- Mi nie dziękuj. - powiedział. - To Twój mężuś wszystko wymyślił.
Jack uśmiechnął się do mnie chytrze.
- No dobra, chodźcie ze mną. Pewnie jesteście głodni.
Po czym Czkawka zaprowadził nas do swojego domu.
- Elsa.
Dziś w nocy wylądowaliśmy na wybrzeżu wyspy. Poznałam ją od razu. Z powietrza mimo nocy, widać było dużą wioskę ciągnącą się od wybrzeża i zajmującą cały środek wyspy. Przy brzegach stały wielkie, wystające z wody, kamienne posągi.
- Wiesz gdzie jesteśmy? - zapytał z uśmiechem Jack gdy zeszliśmy z sań.
Kiwnęłam głową. Nagle usłyszeliśmy ryk, i podbiegł do nas czarny, z pięknymi zielonymi oczami, smok.
- Szczerbatek! - zawołał Jack i pogłaskał zwierzę. - Co tu robisz?
Smok przekrzywił głowę i zmrużył oczy.
- Och, Jack wybrałeś cudowne miejsce. Ta wyspa jest magiczna... - zaczęłam, ale Jack mi przerwał:
- Pamiętaj, że to nie jedyne miejsce. Odwiedzimy jeszcze dwa.
Uśmiechnęłam się.
- Ale teraz... - kontynuował Jack. - Jesteśmy tu. Myślę, że wszyscy śpią, nie ma co ich budzić.
- Musimy poczekać. - kiwnęłam głową.
Jack odwrócił się do Szczerbatka.
- Mam lepszy pomysł. - powiedział. - Chyba nie będziesz miał nic przeciwko.
I szepnął coś Szczerbatkowi.
- Jack... - podeszłam do niego.
Odwrócił się z chytrym wzrokiem i nagle podniósł mnie i posadził na smoku.
- Jack! Nie! Coś ty! - zaczęłam krzyczeć. - Trzeba powiedzieć Czkawce...!
- Leć, Szczerbatku! - zawołał ze śmiechem Jack siadając tuż za mną.
- Jaaack! - krzyknęłam.
Smok wystartował i pomknął z prędkością światła w górę.
- Jack! Czkawka! - krzyknęłam.
- Czkawka o wszystkim wie. - Jack szepnął mi do ucha niewiarygodnie spokojnym tonem.
Zacisnęłam oczy i przytuliłam się do Szczerbatka mocno. Jack zaśmiał się i objął mnie.
- Wyluzuj, Śnieżynko.
Pokręciłam tylko głową. Przez chwilę dalej lecieliśmy w niewiarygodnie szybkim tempie, aż nagle smok zaczął lecieć poziomo i o wiele wolniej.
- Otwórz oczy, Elso. - szepnął Jack. - Zaufaj mi.
Powoli uchyliłam powieki i wyprostowałam się. Moim oczom ukazał się przepiękny widok. Dookoła nas i pod nami było widać wyłącznie chmury, skłębione, mieniące się cudownie w blasku Księżyca. Gdy podniosłam wzrok ujrzałam granatowe, rozgwieżdżone, nocne niebo i wielki, okrągły, zadziwiający swoim pięknym i majestatycznym wyglądem Księżyc. Wiał zimny wiatr, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Wzięłam głęboki wdech i odchyliłam się do tyłu, a Jack objął mnie w talii i położył mi głowę na ramieniu.
- Pięknie, nie? - powiedział.
- Cudownie.
Szczerbatek leciał powoli z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Jack pocałował mnie delikatnie w szyję i szepnął:
- W dół, Szczerbatku.
Smok gładko zaczął lecieć w dół. Wiatr rozwiał mi włosy rozplątując warkocz. Po chwili wlecieliśmy w chmury. Przez chwilę nic nie widziałam, a potem poczułam na skórze, chłód i wilgoć, a wokół zobaczyłam jakby gęstą mgłę. Wylecieliśmy z chmury i zobaczyłam wyspę i ocean wydający się być różowy, przez odbijające się w nim promienie wschodzącego Słońca.
- Cudownie... - powtórzyłam szeptem.
Szczerbatek obniżył lot i znaleźliśmy się tuż nad taflą wody. Wychyliłam się lekko i wyciągnęłam rękę. Gdy dotknęłam dłonią lodowatej wody z wrażenia wypuściłam z palców odrobinę śnieżynek.
- Cudownie...! - zawołałam unosząc ręce do góry.
- Kocham Cię, Śnieżynko. - szepnął Jack i przytulił mnie.
Po jakimś czasie wylądowaliśmy między domami w wiosce. Robiło się już całkiem jasno.
- Świetnie się spisałeś, Szczerbatku. - Jack poklepał smoka po głowie.
Szczerbatek przechylił głowę jak wcześniej, po czym pomknął gdzieś między domami. Odwróciłam się do Jack'a.
- To było genialne. - uśmiechnęłam się.
- Wiem. - odwzajemnił uśmiech i pocałował mnie.
- Hej, gołabeczki! - zawołał ktoś.
Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy Czkawkę idącego w naszą stronę ze Szczerbatkiem u boku.
- Czkawka! - zawołał Jack, po czym wymienili uściski dłoni.
- Witam królową. - Czkawka wyszczerzył do mnie zęby. - Jak się podobało?
- Było cudnie. - powiedziałam. - Dziękuję.
- Mi nie dziękuj. - powiedział. - To Twój mężuś wszystko wymyślił.
Jack uśmiechnął się do mnie chytrze.
- No dobra, chodźcie ze mną. Pewnie jesteście głodni.
Po czym Czkawka zaprowadził nas do swojego domu.
- Elsa.
wtorek, 30 czerwca 2015
W drogę!
Witajcie,
Dziś Jack obudził mnie bardzo wcześnie, już ubrany, z torbami w rękach.
- Chodź Śnieżynko. - szepnął gdy zeszłam z łóżka. - Ubierz się, zjedzmy coś i w drogę.
Uśmiechnęłam się do niego i wyciągnęłam suknię z szafy. Po lekkim śniadaniu, wyszliśmy z zamku. Powietrze było jeszcze wilgotne i chłodne, ponieważ w nocy padało. Na dziedzińcu stały wielkie, niesamowite sanie Norda, z zaprzężonymi sześcioma pięknymi reniferami.
- Za każdym razem robią na mnie wrażenie... - westchnęłam kiedy Jack pakował nasze torby do sań.
- Chyba każdy tak ma. - Jack zaśmiał się i pomógł mi wejść.
Nagle usłyszeliśmy krzyki ze strony zamku. Po chwili zza muru wyłoniła się Anka z czerwonymi policzkami biegnąca w naszą stronę, a za nią Kristoff nie umiejący (o dziwo) jej dogonić.
- Aniu...? - zaczęłam trochę zaniepokojona, ale ona przerwała mi:
- Jak można! Znowu! Znowu! Wyjeżdżać tak bez pożegnania!
Spojrzałam ze zdziwieniem na Jack'a, ale on tylko pokręcił głową z uśmiechem. Za ten czas Anka wgramoliła się na sanie i przytuliła mnie mocno.
- Wracajcie szybko. - powiedziała.
- Będę tęsknić. - odwzajemniłam uścisk. - Niczym się nie martw.
Ania otarła łzy o moje ramię i uśmiechnęła się. Następnie spojrzała na Jack'a trochę groźnym wzrokiem, powiedziała:
- Tylko delikatnie. - i zeszła.
Jack i Kristoff wybuchnęli śmiechem, a ja pokręciłam głową. Gdy w końcu wszyscy ostatecznie się pożegnaliśmy, Jack wystartował. Poczułam na twarzy mocne uderzenie wiatru, ale po chwili już wszystko było dobrze i bardzo przyjemnie. Lecieliśmy jakiś czas, po czym zapytałam:
- Powiesz mi teraz gdzie lecimy?
Jack uśmiechnął się, ale nic nie powiedział. Przewróciłam więc oczami i postanowiłam cieszyć się lotem. Kiedy lecieliśmy tak jeszcze jakieś dwie godziny zapytałam:
- A kiedy tam dotrzemy?
- Dzisiaj w nocy, albo jutro rano. - odrzekł Jack. - To trochę daleko. Ale spokojnie, zrobimy sobie gdzieś odpoczynek, jeśli chcesz.
Kiwnęłam głową. Już nie mogę się doczekać kiedy dotrzemy w to tajemnicze miejsce. Jestem pewna, że będzie cudownie.
- Elsa.
Dziś Jack obudził mnie bardzo wcześnie, już ubrany, z torbami w rękach.
- Chodź Śnieżynko. - szepnął gdy zeszłam z łóżka. - Ubierz się, zjedzmy coś i w drogę.
Uśmiechnęłam się do niego i wyciągnęłam suknię z szafy. Po lekkim śniadaniu, wyszliśmy z zamku. Powietrze było jeszcze wilgotne i chłodne, ponieważ w nocy padało. Na dziedzińcu stały wielkie, niesamowite sanie Norda, z zaprzężonymi sześcioma pięknymi reniferami.
- Za każdym razem robią na mnie wrażenie... - westchnęłam kiedy Jack pakował nasze torby do sań.
- Chyba każdy tak ma. - Jack zaśmiał się i pomógł mi wejść.
Nagle usłyszeliśmy krzyki ze strony zamku. Po chwili zza muru wyłoniła się Anka z czerwonymi policzkami biegnąca w naszą stronę, a za nią Kristoff nie umiejący (o dziwo) jej dogonić.
- Aniu...? - zaczęłam trochę zaniepokojona, ale ona przerwała mi:
- Jak można! Znowu! Znowu! Wyjeżdżać tak bez pożegnania!
Spojrzałam ze zdziwieniem na Jack'a, ale on tylko pokręcił głową z uśmiechem. Za ten czas Anka wgramoliła się na sanie i przytuliła mnie mocno.
- Wracajcie szybko. - powiedziała.
- Będę tęsknić. - odwzajemniłam uścisk. - Niczym się nie martw.
Ania otarła łzy o moje ramię i uśmiechnęła się. Następnie spojrzała na Jack'a trochę groźnym wzrokiem, powiedziała:
- Tylko delikatnie. - i zeszła.
Jack i Kristoff wybuchnęli śmiechem, a ja pokręciłam głową. Gdy w końcu wszyscy ostatecznie się pożegnaliśmy, Jack wystartował. Poczułam na twarzy mocne uderzenie wiatru, ale po chwili już wszystko było dobrze i bardzo przyjemnie. Lecieliśmy jakiś czas, po czym zapytałam:
- Powiesz mi teraz gdzie lecimy?
Jack uśmiechnął się, ale nic nie powiedział. Przewróciłam więc oczami i postanowiłam cieszyć się lotem. Kiedy lecieliśmy tak jeszcze jakieś dwie godziny zapytałam:
- A kiedy tam dotrzemy?
- Dzisiaj w nocy, albo jutro rano. - odrzekł Jack. - To trochę daleko. Ale spokojnie, zrobimy sobie gdzieś odpoczynek, jeśli chcesz.
Kiwnęłam głową. Już nie mogę się doczekać kiedy dotrzemy w to tajemnicze miejsce. Jestem pewna, że będzie cudownie.
- Elsa.
niedziela, 28 czerwca 2015
Przestań tak tajemniczo gadać!
Witajcie,
Dziś rano obudziłam się, i postanowiłam spakować wszystko co najważniejsze na podróż. Znalazłam starą, podróżną torbę mamy i stanęłam z nią przed szafą. Próbowałam być cicho, bo Jack jeszcze spał, ale chyba mi się nie udało, bo w końcu wstał, a na dodatek przyszła Anna.
- Co robisz? - ziewnęła przekrzywiając głowę.
- Pakuję się. - odrzekłam.
Zmarszczyła brwi, a po chwili zrobiła podekscytowaną minę i zawołała:
- No tak! Za dwa dni jedziecie!
Jack podszedł do nas.
- A ty już spakowany? - zapytałam nie przerywając przeglądania sukienek.
- Tak. - odrzekł. - Spakuj dużo ubrań, szybko nie wrócimy.
Anka uniosła brwi i spojrzała na mnie z uśmiechem.
- Zaczynam się martwić o siostrę. - powiedziała rzucając Jack'owi ostrzegawcze spojrzenie.
- Spokojnie. - zaśmiał się. - Zapewniam sto procent bezpieczeństwa z dala od piratów i natrętnych księżniczek z poszarpanymi włosami i różowymi sukienkami.
Tym razem my się zaśmiałyśmy.
- Dlaczego nie powiesz mi gdzie pojedziemy? - odwróciłam się do niego.
Pogładził mnie po policzku i uśmiechnął się.
- To byłoby dość trudne. - stwierdził.
- Przestań tak tajemniczo gadać! - powiedziała Anna.
- No dobra. - powiedział Jack. - Nie pojedziemy w jedno miejsce.
- Dookoła świaataa! - zaśpiewała Anka.
- Nie, nie. - zaśmiał się Jack. - Więcej nie powiem.
Spojrzałam na niego z zaciekawieniem przygryzając dolną wargę.
- Powiedz chociaż jak się dostaniemy do tych tajemniczych miejsc. - powiedziałam po chwili.
- Zająłem się tym. - odrzekł. - Nord bardzo chętnie udostępnił nam swoje sanie.
- Jesteś cudowny. - westchnęłam i przytuliłam go.
Po południu wszyscy poddani zebrali się na dziedzińcu gdzie ogłosiłam im, że wyjeżdżam na jakiś czas.
- Kiedy nie będzie mnie i Jack'a... - powiedziałam do tłumu. - ... władzę obejmie księżniczka Anna i jej mąż.
Ania zamachała do ludzi. Byli może trochę niepewni, ale jestem przekonana, że Anka świetnie sobie poradzi. Wieczorem gdy leżałam w łóżku wtulona w Jack'a, zapytałam szeptem:
- Na pewno nie powiesz gdzie lecimy?
- Nie. - pocałował mnie w czoło.
- Ale czemu...? To i tak będzie niespodzianka, bo przecież... - zaczęłam, ale Jack położył mi palec na ustach i powtórzył z uśmiechem:
- Nie.
- Elsa.
Dziś rano obudziłam się, i postanowiłam spakować wszystko co najważniejsze na podróż. Znalazłam starą, podróżną torbę mamy i stanęłam z nią przed szafą. Próbowałam być cicho, bo Jack jeszcze spał, ale chyba mi się nie udało, bo w końcu wstał, a na dodatek przyszła Anna.
- Co robisz? - ziewnęła przekrzywiając głowę.
- Pakuję się. - odrzekłam.
Zmarszczyła brwi, a po chwili zrobiła podekscytowaną minę i zawołała:
- No tak! Za dwa dni jedziecie!
Jack podszedł do nas.
- A ty już spakowany? - zapytałam nie przerywając przeglądania sukienek.
- Tak. - odrzekł. - Spakuj dużo ubrań, szybko nie wrócimy.
Anka uniosła brwi i spojrzała na mnie z uśmiechem.
- Zaczynam się martwić o siostrę. - powiedziała rzucając Jack'owi ostrzegawcze spojrzenie.
- Spokojnie. - zaśmiał się. - Zapewniam sto procent bezpieczeństwa z dala od piratów i natrętnych księżniczek z poszarpanymi włosami i różowymi sukienkami.
Tym razem my się zaśmiałyśmy.
- Dlaczego nie powiesz mi gdzie pojedziemy? - odwróciłam się do niego.
Pogładził mnie po policzku i uśmiechnął się.
- To byłoby dość trudne. - stwierdził.
- Przestań tak tajemniczo gadać! - powiedziała Anna.
- No dobra. - powiedział Jack. - Nie pojedziemy w jedno miejsce.
- Dookoła świaataa! - zaśpiewała Anka.
- Nie, nie. - zaśmiał się Jack. - Więcej nie powiem.
Spojrzałam na niego z zaciekawieniem przygryzając dolną wargę.
- Powiedz chociaż jak się dostaniemy do tych tajemniczych miejsc. - powiedziałam po chwili.
- Zająłem się tym. - odrzekł. - Nord bardzo chętnie udostępnił nam swoje sanie.
- Jesteś cudowny. - westchnęłam i przytuliłam go.
Po południu wszyscy poddani zebrali się na dziedzińcu gdzie ogłosiłam im, że wyjeżdżam na jakiś czas.
- Kiedy nie będzie mnie i Jack'a... - powiedziałam do tłumu. - ... władzę obejmie księżniczka Anna i jej mąż.
Ania zamachała do ludzi. Byli może trochę niepewni, ale jestem przekonana, że Anka świetnie sobie poradzi. Wieczorem gdy leżałam w łóżku wtulona w Jack'a, zapytałam szeptem:
- Na pewno nie powiesz gdzie lecimy?
- Nie. - pocałował mnie w czoło.
- Ale czemu...? To i tak będzie niespodzianka, bo przecież... - zaczęłam, ale Jack położył mi palec na ustach i powtórzył z uśmiechem:
- Nie.
- Elsa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)