wtorek, 14 lipca 2015

Ostatni tydzień sam na sam.

Witajcie,
Dziś dotarliśmy do ostatniego miejsca naszego miesiąca miodowego. Jack uznał, że od razu je poznam więc abym miała niespodziankę zawiązał mi oczy jeszcze przed wylądowaniem.
- Ostrożnie... - powiedział pomagając mi wysiąść z sań.
- Zaraz się potknę. - zaśmiałam się.
- No dobra. - Jack podniósł mnie i unieśliśmy się w powietrze. - Będzie szybciej.
Powietrze było chłodne i czułam na twarzy drobniutkie śnieżynki unoszące się z wiatrem.
- Jack... - zaczęłam, ale on przerwał mi:
- Cii, już jesteśmy.
I wylądował. Powierzchnia, na której stanęliśmy była twarda i wyczuwałam od niej chłód, taki sam jak w powietrzu.
- Pada śnieg, w środku lata. - stwierdziłam. - Gdzie my jeste...
- Cierpliwości, Śnieżynko. - usłyszałam w głosie Jack'a rozbawienie i troskę.
Usłyszałam skrzypienie drzwi i poczułam powiew ciepła i jakby zapach wypieków. Jack chwycił mnie za ręce i poprowadził na przód. Weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia, było tu ciepło i szliśmy po czymś miękkim.
- Możesz mi już ściągnąć...? - zaczęłam zniecierpliwiona.
- Dobrze. - Jack delikatnie ściągnął mi materiał z oczu.
Zobaczyłam, że jesteśmy w przytulnym miejscu z bardzo wysokimi ścianami, czerwonym dywanem i czerwonymi tapetami w świąteczne wzorki.
- Dom Mikołaja? - uśmiechnęłam się rozglądając się dalej.
- Zgadłaś. - Jack odwzajemnił uśmiech. - Ale jest lepiej niż myślisz.
Spojrzałam na niego wyczekująco.
- Cały dom mamy dla siebie.
Zamrugałam nie dowierzając.
- Jak to?
- Powiedzmy, że go wynająłem. - Jack podszedł do mnie z uśmiechem. - Na... tydzień.
- Tydzień?! - prawie podskoczyłam z radości. - Jesteś kochany Jack!
Przytuliłam go mocno. Odwzajemnił uścisk po czym poprowadził mnie do wielkiego salonu z kominkiem, w którym płonął wesoło ogień.
- Zrobię Ci herbaty. - Jack wskazał na sofę, żebym usiadła. - A potem... może jakoś uczcimy to, że mamy cały tydzień tylko dla siebie w ogromnym domu tylko dla nas? - wyszczerzył zęby.
Uśmiechnęłam się tylko i usiadłam. Jack jest naprawdę kochany. Ten tydzień będzie najcudowniejszy w naszym życiu.



- Elsa.

sobota, 11 lipca 2015

Szalony, nocny pomysł.

Witajcie,
Wczoraj późnym wieczorem, Jack powiedział do mnie gdy byliśmy razem w pokoju:
- Mam pomysł, Elsuś.
- Już się boję. - uśmiechnęłam się.
On podszedł do szafy i wyjął z niej dziwne zawiniątko.
- Co tam masz? - zapytałam.
- Namiot. - wyszczerzył do mnie zęby. - Chodź, wymkniemy się i nikt nas nie zobaczy.
Po czym pociągnął mnie do tylnego wyjścia z zamku. Było ciepło chociaż Księżyc świecił w pełni na niebie od dłuższego czasu. Wokół nas było strasznie ciemno, a Jack prowadził mnie do lasu. Potykałam się na kamykach, z których wyłożona była ścieżka, której nawet nie mogłam dostrzec.
- Jack, zgubimy się. - nie wiem czemu nie mogłam powstrzymać śmiechu.
Coś w jego zachowaniu było zabawnego i uroczego. Biegł ciągnąc mnie za rękę wśród drzew w prawie totalnej ciemności i posyłał mi ciepłe uśmiechy.
- Spokojnie. - powiedział.
Wreszcie wyszliśmy na niedużą polankę.
- Odpocznij, a ja rozłożę namiot. - powiedział.
Usiadłam na trawie całkowicie wykończona i zrzuciłam buty. Położyłam się na plecach i zaczęłam wpatrywać się w gwiazdy. Po chwili Jack położył się przy mnie i westchnął kładąc dłoń na mojej.
- Cudnie widać tu niebo. - powiedział.
- Dawno nie widziałam aż tylu gwiazd. - westchnęłam.
Oglądaliśmy nocne niebo jeszcze długo, a potem Jack pomógł mi wejść do namiotu. Był bardzo mały, ale przytulny.
- Jesteś naprawdę kochany. - powiedziałam uśmiechając się do męża.
- Wiem. - uniósł dumnie głowę. - A teraz... - przysunął się z niebezpieczną miną. - ... chyba nie sądzisz, że od tak dam Ci iść spać?
- Oczywiście, że nie. - rozpięłam zamek sukienki z uśmiechem.
Zasnęliśmy dopiero gdy niebo zaczęło robić się różowe. A jutro wyruszymy naszymi cudownymi saniami do ostatniego miejsca naszej podróży. Już nie mogę się doczekać...


- Elsa. 

piątek, 10 lipca 2015

Wiedziałam! Wiedziałam!

Witajcie,
Dziś w nocy obudziłam się gwałtownie. Rozejrzałam się i uznałam, że wszystko jest w porządku. Nagle usłyszałam głos na korytarzu:
- Nie wiem czy im mówić...
To był głos Flynn'a.
- Jack... - szepnęłam szturchając męża.
- Czemu nie? To nasi najbliżsi przyjaciele. 
Tym razem odezwała się Merida.
- Jack! - wyczarowałam trochę śniegu i spuściłam mu na głowę.
- Co jest? - usiadł natychmiast.
Położyłam palec na ustach i wskazałam głową na ścianę dzielącą pokój od korytarza.
- No tak, ale... - Flynn znowu przemówił. - ... nie wiem jak zareagują.
Jack uniósł brwi.
- Oj, nie wymyślaj. - Merida zabrzmiała jakby była wkurzona. - Jutro im powiemy i kropka. A teraz chodź, nie stójmy na korytarzu jak idioci.
I usłyszeliśmy oddalające się kroki.
- Co...to było? - odezwał się Jack patrząc na mnie ze zdziwieniem.
- Mówiłam Ci, że są razem! - odrzekłam. - Nie rozumiem czemu Flynn...
Jack przerwał mi:
- Flynn i Merida? Merida Rider? Flynn Książę DunBroch? No nie wiem...
- Przestań. Pasują do siebie. I dobrze, że zaczęli ze sobą chodzić, bo oboje byli samotni. - powiedziałam. - Dobranoc.
I odwróciłam się na drugi bok przykrywając kołdrą. Jack od razu przytulił mnie i mruknął:
- Gniewasz się...?
Odwróciłam się do niego. W świetle Księżyca zaglądającego do pokoju przez okna jego białe włosy lśniły, a niebieskie oczy wyglądały naprawdę uroczo.
- Nie. - pocałowałam go i przytuliłam się do jego klaty.
Rano jedliśmy śniadanie razem z Meridą i Flynn'em. On cały czas nerwowo na nią zerkał. W końcu odezwała się:
- Mamy Wam coś do powiedzenia.
- Tak? - uśmiechnęłam się.
- Ja i Flynn... - Merida odwzajemniła uśmiech, a Flynn zrobił się czerwony. - ...jesteśmy razem!
- Naprawdę? - przytuliłam ją. - To cudownie!
- No. - Jack udał uśmiech.
Kopnęłam go pod stołem. Spojrzał na mnie wzrokiem "No co?".
- Jak długo? - zapytałam Meridy.
- Kilka dni. - odrzekła uśmiechając się.
Widać było, że Flynn jest skrępowany i Merida chyba też to zauważyła, bo powiedziała:
- No... to może ja i Elsa pójdziemy gdzieś, a wy zostańcie tu sami. Chyba potrzebujecie jakichś męskich pogaduszek.
I wyszłyśmy na łąkę.


- Elsa.

środa, 8 lipca 2015

Spacer i szkolenie na łuczników.

Witajcie,
Dzisiaj wraz z Meridą i Flynn'em wybraliśmy się na spacer do lasu.
- Jest naprawdę magiczny. - opowiadała Merida gdy szliśmy leśną ścieżką. - Ten klimat, ta roślinność... a w dodatku bardzo łatwo spotkać tu Leśne Płomyki.
- Leśne Płomyki? - zaśmiał się Jack.
- To wcale nie jest śmieszne, Jack. - z udawaną złością trzepnęłam go w ramię. - To magiczne stworzenia z wierzeń ludu tego królestwa.
- Dokładnie! - Merida aż podskoczyła z podniecenia. - Pojawiają się najczęściej gdy czegoś potrzebujemy, albo nie wiemy co zrobić. Mogą wskazać nam drogę, która odmieni nasze życie.
- Albo drogę do najlepszych krzaków. - mruknął mi Jack na ucho.
Uśmiechnęłam się.
- Słyszałam. - powiedziała Merida. - Jack, musisz naprawdę opanować swoje popędy seksualne.
Jack zaśmiał się i chwycił mnie za rękę.
- Nie widzę w nich nic złego. - powiedział.
- Właśnie, Mer. Wyluzuj. - dodał Flynn.
Ja i Merida pokręciłyśmy głowami, ale oni wybuchli śmiechem. Po jakimś czasie wyszliśmy na polanę, spowitą mgłą. Były na niej ustawione wielkie głazy w kręgu, dookoła nas.
- Co to za miejsce? - zapytałam.
- Tak naprawdę sami tego nie wiemy. - odrzekła Merida. - Ale przypuszczam, że w przeszłości odbywały się tu jakieś święte obrzędy, albo ważne wydarzenia dla prastarych ludów.
Jack uniósł brwi i zaczął latać dookoła głazów. Gdy mu się znudziło po jakichś trzech minutach, zawróciliśmy. Ja i Jack szliśmy nieco z tyłu, bo Jack bardzo pragnął wytłumaczyć mi jakie są rodzaje krzaków i czym się różnią. Udając, że go słucham przyglądałam się Meridzie i Flynn'owi. Szli obok siebie, muskając się lekko dłońmi. Uśmiechnęłam się. Może będą kiedyś razem? To byłoby bardzo miłe. Merida nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn, a teraz gdy Flynn wyjechał z Corony i zamieszkał tutaj... wydawałoby się, że to idealna okazja.
- Elso, czy ty mnie słuchasz? - zapytał Jack przerywając swój monolog.
- Hm? - spojrzałam na niego. - Ach... tak, tak.
- No dobrze, wytłumaczę Ci kiedy indziej. - uśmiechnął się. - Na co tak patrzyłaś?
- Spójrz na nich... - ściszyłam głos. - Myślisz, że są razem?
Jack przechylił głowę wpatrując się w Meridę i Flynn'a.
- Ee, chyba nie. - powiedział. - Ale byłoby fajnie.
Kiwnęłam głową. Gdy wyszliśmy z lasu, Merida zaprowadziła nas na dużą łąkę z rozstawionymi tarczami do strzałów z łuku.
- Tutaj ćwiczę. - uśmiechnęła się dumnie. - Chciałabym pokazać Wam kilka sztuczek... a potem, no wiecie. Żebyście sami spróbowali!
- O matko, nie, nie... - zaczęłam, ale Merida mi przerwała:
- Nie ma nie, Elsa. Acha, tylko ściągnij rękawiczki, bo będzie Ci trudno.
Westchnęłam. Jack automatycznie jakby był robotem reagującym na moje westchnięcia, odwrócił się do mnie i chwycił za ręce.
- Śnieżynko. Moja. Najdroższa. - powiedział powoli, spokojnym głosem, delikatnie zsuwając mi rękawiczki. - Kocham. Cię. I. Pragnę. Twojej. Radości.
Zrumieniłam się lekko, a on pocałował mnie czule.
- Dobra, koniec czułości! - zawołała Merida. - Posuńcie się!
Flynn przesunął nas trochę do tyłu, a Merida wyciągnęła strzałę, napięła cięciwę i strzeliła równiutko w środek tarczy. To samo przy drugiej, trzeciej i czwartej.
- Brawoo! - zawołał Flynn klaszcząc.
Merida ukłoniła się z szerokim uśmiechem i przywołała nas do siebie gestem. Rozdała wszystkim łuk i strzały i ustawiła nas jednego przy jednej tarczy.
- No dobra. - powiedziała. - Spróbujcie sami, a ja będę przechodzić między Wami i Wam pomagać.
- Wojsko... - usłyszałam ze strony Jack'a jego burknięcie.
Przyjrzałam się łukowi. Był drewniany, z wyrzeźbionymi wzorkami. Oczywiście w miejscu, gdzie trzymałam pokrył się lekko szronem. Wyjęłam strzałę i spróbowałam powtórzyć kroki Meridy. Uznałam, że jest całkiem nieźle, więc napięłam cięciwę i strzeliłam. Jednak strzała poleciała odrobinę do przodu i spadła.
- Ślicznie, Śnieżynko. - mrugnął do mnie Jack. - Ja nawet nie umiem wyjąć strzały z tego piekielnego czegoś.
Zobaczyłam, że Merida podeszła do Flynn'a. Wydawało mi się, że idzie mu całkiem nieźle, ale ona stanęła tuż za nim, chwyciła jego ręce i ustawiła poprawnie. Spostrzegłam, że zrobił się czerwony jak burak. Następnie Merida podeszła do mnie.
- Było nawet nieźle. - uśmiechnęła się klepiąc mnie po ramieniu. - Ale musisz wyluzować. Puścić strzałę delikatnym i zarazem szybkim ruchem, nie myśląc o tym, żeby trafiła w tarczę. Wyobraź sobie, że po prostu bardzo chcesz, by poleciała i przeszyła powietrze.
Kiwnęłam głową i ustawiłam się ponownie. Merida odrobinę uniosła mi ręce i pozwoliła strzelić. Tym razem strzała poleciała aż za tarczę.
- Bez przesady. - zaśmiała się Merida i przeszła do Jack'a. - Co ty robisz? - zapytała widząc jak siedzi na ziemi i przygląda się strzale.
- W końcu udało mi się ją wydostać. - uśmiechnął się niewinnie. - Muszę się nacieszyć.
- Wstawaj. - Merida przewróciła oczami i poczekała aż Jack się odpowiednio ustawi. - Dobrze. Nie patrz na tarczę, tylko na czubek strzały.
- I tak trochę widzę tarczę. - mruknął Jack.
- I oto chodzi. Wyluzuj się... i... strzał!
Swoim krzykiem chyba go zaskoczyła, bo podskoczył lekko i wypuścił strzałę gwałtownie. Ku zdziwieniu wszystkich trafiła prosto w środek tarczy.
- Jestem mistrzem! - zawołał i zaczął tańczyć dziki taniec na pół na trawie i w powietrzu.
Zostaliśmy na łące do wieczora, a potem wróciliśmy do pokoju.


- Elsa. 

poniedziałek, 6 lipca 2015

Następne tajemnicze miejsce.

Witajcie,
Wczoraj wcześnie rano pożegnaliśmy się z Astrid i Czkawką i rozpoczęliśmy podróż do następnego tajemniczego miejsca.
- Tam pobędziemy dłużej. - powiedział Jack.
Uśmiechnęłam się i oparłam się o "burtę" sań. Pod nami, daleko, daleko zobaczyłam ogromne, oświetlone przez poranne słońce fale, a trochę bliżej nas pojedyncze, małe chmurki.
- Kocham Cię Jack. - westchnęłam, jednak powiedziałam to bardzo cicho, bardziej do siebie więc mnie nie usłyszał.
Lecieliśmy bardzo długo, wylądowaliśmy dopiero dziś nad ranem w małym zagajniku.
- Dużo tu krzaków. - Jack uśmiechnął się chytrze rozglądając się.
- Mhm. - chwyciłam go za rękę. - Ale chodźmy... tam gdzie mamy iść.
- Nie poznajesz? - zapytał Jack.
Wzruszyłam ramionami.
- Ciężko poznać, po drzewach i krzakach. - powiedziałam.
- No tak. - zaśmiał się Jack i poprowadził mnie przez las.
Szliśmy w ciszy jakiś czas, aż w końcu zza drzew wyłoniło się wzgórze, a na nim wielki zamek.
- Merida! - zawołałam dopiero teraz zdając sobie sprawę, że jesteśmy w królestwie DunBroch.
- Brawo, Śnieżynko! - zaśmiał się Jack i pocałował mnie w policzek. - Hm... to wzgórze jest za duże dla Twoich delikatnych stópek.
- Wcale nie! - trzepnęłam go w ramię. - Nie wiem czy pamiętasz, mój drogi, ale niegdyś na tych stópkach wbiegłam na obcasach na Lodowy Wierch!
- No dobra. - odrzekł Jack. - Szukałem tylko pretekstu żeby Cię podnieść.
Po czym podniósł mnie i wzleciał w powietrze.
- Och, Jack... - westchnęłam i pocałowałam go.
- Nie rozpraszaj mnie, bo się podniecę i spadniemy. - wyszczerzył zęby.
- Ha ha ha. - udałam śmiech.
 Po wylądowaniu znaleźliśmy się na dziedzińcu. Wyglądało tu całkiem inaczej niż w Arendelle. Wszystko było z kamienia i wyglądało nieco strasznie.
- Elsa! Jack! - usłyszeliśmy i po chwili zobaczyliśmy Meridę wyłaniającą się z cienia pod dachem.
Przytulałyśmy się chyba kilka minut, aż w końcu Merida z ogromnym entuzjazmem zaprowadziła nas do komnaty gościnnej. Pod wschodnią ścianą stało wielkie łóżko z drewnianym baldachimem i zasłonami, a po lewej stronie stał wbudowany w ścianę kominek. Pod oknem zobaczyliśmy drewniany stoliczek z dwoma krzesłami.
- Uroczo. - uśmiechnęłam się.
- No ba. - Merida odwzajemniła uśmiech. - Tylko... nie za głośno, bo moja mama usłyszy. - dodała szeptem.
- Postaramy się. - mrugnął Jack.
- No dobra, chodźcie. - powiedziała Merida ciągnąc nas z powrotem na korytarz. - Mam dla Was super niespodziankę.
- Już się boję. - szepnął mi Jack na ucho.
Uśmiechnęłam się i podążyłam za Meridą. Poprowadziła nas do jadalni. Tam zobaczyłam coś, przez co zupełnie mnie zatkało.
- Flynn?!
Stał przed nami i uśmiechał się prawdziwy, żywy Flynn.
- Co ty tu robisz, brahu? - zaśmiał się Jack i uścisnęli sobie dłonie.
- Cóż... - Flynn uśmiechnął się. - Zrobiłem coś, co powinienem zrobić dawno, dawno. Odszedłem... a raczej uciekłem.... od Roszpunki.
- Naprawdę? - podeszłam do niego nie wierząc w to, co usłyszałam.
Kiwnął głową.
- To genialnie! - zawołał Jack. - A czemu przyjechałeś akurat tutaj?
- Eee... - Flynn spojrzał na Meridę. - Mer pozwoliła mi tu trochę pomieszkać...
- To bardzo miłe. - ucieszyłam się. - A co na to Roszpunka?
- Spoko, ma już nową ofiarę.- machnął ręką. - Jakiś superprzystojny pirat, czy tam kapitan z Arendelle. 
Spojrzałam na Jack'a, który jęknął:
- Clint.... pasują do siebie.
Kiwnęłam głową. Następnie Merida oprowadziła nas po zamku i przedstawiła swoim rodzicom i braciom.
- Jack Frost.... - westchnęły równocześnie trzy rude maluchy wpatrując się w Jack'a jak w obrazek.
- A to... - Merida skierowała ich głowy na mnie. - ...jego żona, prawdziwa Królowa Śniegu!
- Łaaał.... - westchnęli, a Jack po chwili do nich dołączył udając małego dzieciaka.
Pokręciłam głową z uśmiechem patrząc jak mruga do mnie słodko. Kiedy nadszedł wieczór wróciliśmy do swojego pokoju.
- Chyba roztopiłbym się ze szczęścia... - powiedział Jack zamykając drzwi. - Gdyby prawdziwa Królowa Śniegu pozwoliła mi zobaczyć co nosi... pod sukienką.
Uniosłam brwi z uśmiechem i popchnęłam go na łóżko.
- Królowa Śniegu będzie zaszczycona. - szepnęłam.


- Elsa.

sobota, 4 lipca 2015

Piękny dzień na pięknej wyspie.

Witajcie,
Wczoraj Czkawka razem z Astrid oprowadzili nas po wiosce. Czułam się dość nieswojo, bo wszędzie dookoła nas biegały i latały smoki, ale po tysięcznych zapewnieniach Czkawki, że nic nam nie zrobią, przyzwyczaiłam się. Tak naprawdę były nawet miłe i słodkie.
- Chodź, Elsa, nie bój się. - powiedziała Astrid gdy stanęliśmy przed dużym, niebiesko-białym smokiem z żółtymi kolcami na ogonie. - To Wichurka, jest łagodna jak baranek.
Kiedy wyciągnęłam rękę, z dłoni wystrzeliło mi kilka śnieżynek,więc smok odskoczył lekko.
- Spokojnie. - Astrid pogładziła  go po łbie, chwyciła mnie za rękę i położyła ją obok swojej.
Uśmiechnęłam się, a Wichura przekrzywiła głowę popychając lekko moją dłoń.
- Wyczaruj jakieś śnieżynki. - zaśmiał się Czkawka.
Wykonałam polecenie, a Wichura i po chwili Szczerbatek zaczęli zaciekawieni przypatrywać się niebieskiej śnieżynce. Pozwoliłam jej więc latać w powietrzu, a smoki zaczęły najpierw wodzić za nią oczami, a potem ją gonić.
- Elsa nowy treser smoków! - Czkawka zaśmiał się i podniósł moją rękę do góry, po czym powiedział - Myślę, że czas na obiad. Zapoznam Was z moją matką.
Matka Czkawki okazała się bardzo miła, oprowadziła nas po całym domu i nie wypuściła bez dokładki obiadu. Gdy w końcu mogliśmy wyjść, Czkawka zaprowadził nas na plażę. Ja i Astrid usiadłyśmy na piasku, a Jack i Czkawka bawili się ze smokami, kawałek dalej.
- I jak tam? - zapytałam tworząc lodowe wzorki na muszelce.
- Mnie się pytasz? Nic ciekawego. - odrzekła Astrid.
- E tam. Na pewno robiliście coś fajnego.
Spojrzała na mnie z uśmiechem.
- Nie o to mi chodziło. - odwzajemniłam uśmiech.
Astrid pokręciła głową.
- No dobra. - powiedziała. - Mamy dla Was jedną nowinę.
Odwróciłam się do niej z wyczekiwaniem.
- Powiemy Wam wieczorem.
- Już jest prawie wieczór. - wzruszyłam ramionami.
Po chwili myślenia, Astrid zawołała Jack'a i Czkawkę. Jack usiadł obok mnie, a ona wstała i wyszeptała coś Czkawce na ucho.
- No dobra. - uśmiechnął się i odwrócili się do nas.
Jack spojrzał na mnie widocznie nie wiedząc co się dzieje. Astrid uśmiechnęła się, odetchnęła i powiedziała:
- Jestem w ciąży.
Spojrzałam na Czkawkę, żeby upewnić się, że się nie przesłyszałam. Kiedy zobaczyłam, że uśmiecha się szeroko, wstałam i przytuliłam ich mocno.
- Gratulacje! - zawołałam.
Jack czekał aż odkleję się do nich, a potem zrobił to co ja.
- Który miesiąc? - zapytał.
- Drugi. - uśmiechnęła się Astrid.
- To cudowne. - powiedziałam.
Jack spojrzał na mnie. Wiedziałam dobrze co myśli, ale nie miałam ochoty z nim dyskutować. Kiedy zrobiło się ciemno Astrid i Czkawka zaprowadzili nas z powrotem do pokoju przydzielonego nam. Był dość duży, cały drewniany, z wielkim łóżkiem pośrodku, jedną szafą i biurkiem. Usiadłam na łóżku i zdjęłam buty. Jack ściągnął bluzę i podszedł do mnie.
- Jak się dziś bawiłaś, Elso? - zapytał.
- Było naprawdę miło. - odrzekłam nie mogąc oderwać oczu od jego ładnie zarysowanych mięśni.
On uśmiechnął się chytrze.
- Chciałbym coś jeszcze dla Ciebie zrobić...
Uśmiechnęłam się, a on wszedł na łóżko i pocałował mnie.



- Elsa. 

czwartek, 2 lipca 2015

Na skrzydłach miłości.

Witajcie,
Dziś w nocy wylądowaliśmy na wybrzeżu wyspy. Poznałam ją od razu. Z powietrza mimo nocy, widać było dużą wioskę ciągnącą się od wybrzeża i zajmującą cały środek wyspy. Przy brzegach stały wielkie, wystające z wody, kamienne posągi.
- Wiesz gdzie jesteśmy? - zapytał z uśmiechem Jack gdy zeszliśmy z sań.
Kiwnęłam głową. Nagle usłyszeliśmy ryk, i podbiegł do nas czarny, z pięknymi zielonymi oczami, smok.
- Szczerbatek! - zawołał Jack i pogłaskał zwierzę. - Co tu robisz?
Smok przekrzywił głowę i zmrużył oczy.
- Och, Jack wybrałeś cudowne miejsce. Ta wyspa jest magiczna... - zaczęłam, ale Jack mi przerwał:
- Pamiętaj, że to nie jedyne miejsce. Odwiedzimy jeszcze dwa.
Uśmiechnęłam się.
- Ale teraz... - kontynuował Jack. - Jesteśmy tu. Myślę, że wszyscy śpią, nie ma co ich budzić.
- Musimy poczekać. - kiwnęłam głową.
Jack odwrócił się do Szczerbatka.
- Mam lepszy pomysł. - powiedział. - Chyba nie będziesz miał nic przeciwko.
I szepnął coś Szczerbatkowi.
- Jack... - podeszłam do niego.
Odwrócił się z chytrym wzrokiem i nagle podniósł mnie i posadził na smoku.
- Jack! Nie! Coś ty! - zaczęłam krzyczeć. - Trzeba powiedzieć Czkawce...!
- Leć, Szczerbatku! - zawołał ze śmiechem Jack siadając tuż za mną.
- Jaaack! - krzyknęłam.
Smok wystartował i pomknął z prędkością światła w górę.
- Jack! Czkawka! - krzyknęłam.
- Czkawka o wszystkim wie. - Jack szepnął mi do ucha niewiarygodnie spokojnym tonem.
Zacisnęłam oczy i przytuliłam się do Szczerbatka mocno. Jack zaśmiał się i objął mnie.
- Wyluzuj, Śnieżynko.
Pokręciłam tylko głową. Przez chwilę dalej lecieliśmy w niewiarygodnie szybkim tempie, aż nagle smok zaczął lecieć poziomo i o wiele wolniej.
- Otwórz oczy, Elso. - szepnął Jack. - Zaufaj mi.
Powoli uchyliłam powieki i wyprostowałam się. Moim oczom ukazał się przepiękny widok. Dookoła nas i pod nami było widać wyłącznie chmury, skłębione, mieniące się cudownie w blasku Księżyca. Gdy podniosłam wzrok ujrzałam granatowe, rozgwieżdżone, nocne niebo i wielki, okrągły, zadziwiający swoim pięknym i majestatycznym wyglądem Księżyc. Wiał zimny wiatr, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Wzięłam głęboki wdech i odchyliłam się do tyłu, a Jack objął mnie w talii i położył mi głowę na ramieniu.
- Pięknie, nie? - powiedział.
- Cudownie.
Szczerbatek leciał powoli z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Jack pocałował mnie delikatnie w szyję i szepnął:
- W dół, Szczerbatku.
Smok gładko zaczął lecieć w dół. Wiatr rozwiał mi włosy rozplątując warkocz. Po chwili wlecieliśmy w chmury. Przez chwilę nic nie widziałam, a potem poczułam na skórze, chłód i wilgoć, a wokół zobaczyłam jakby gęstą mgłę. Wylecieliśmy z chmury i zobaczyłam wyspę i ocean wydający się być różowy, przez odbijające się w nim promienie wschodzącego Słońca.
- Cudownie... - powtórzyłam szeptem.
Szczerbatek obniżył lot i znaleźliśmy się tuż nad taflą wody. Wychyliłam się lekko i wyciągnęłam rękę. Gdy dotknęłam dłonią lodowatej wody z wrażenia wypuściłam z palców odrobinę śnieżynek.
- Cudownie...! - zawołałam unosząc ręce do góry.
- Kocham Cię, Śnieżynko. - szepnął Jack i przytulił mnie.
Po jakimś czasie wylądowaliśmy między domami w wiosce. Robiło się już całkiem jasno.
- Świetnie się spisałeś, Szczerbatku. - Jack poklepał smoka po głowie.
Szczerbatek przechylił głowę jak wcześniej, po czym pomknął gdzieś między domami. Odwróciłam się do Jack'a.
- To było genialne. - uśmiechnęłam się.
- Wiem. - odwzajemnił uśmiech i pocałował mnie.
- Hej, gołabeczki! - zawołał ktoś.
Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy Czkawkę idącego w naszą stronę ze Szczerbatkiem u boku.
- Czkawka! - zawołał Jack, po czym wymienili uściski dłoni.
- Witam królową. - Czkawka wyszczerzył do mnie zęby. - Jak się podobało?
- Było cudnie. - powiedziałam. - Dziękuję.
- Mi nie dziękuj. - powiedział. - To Twój mężuś wszystko wymyślił.
Jack uśmiechnął się do mnie chytrze.
- No dobra, chodźcie ze mną. Pewnie jesteście głodni.
Po czym Czkawka zaprowadził nas do swojego domu.


- Elsa.