Witajcie,
Gdy wczoraj rano zeszliśmy na śniadanie, Clint siedział w jadalni z nogami na stole.
- Ej, zabieraj te brudne buciory ze stołu. - warknął Jack.
- Jack! - spojrzałam na niego zszokowana. - Spokojnie. Jadłeś coś? - zwróciłam się do Clinta.
Zignorował moje pytanie i wpatrywał się uważnie w Jack'a. Następnie usiadł normalnie i uśmiechnął się.
- Tak, tak. - powiedział. - Tak tylko sobie tutaj siedzę.
- No... dobrze. - powiedziałam i usiadłam obok niego.
Jack automatycznie usiadł z mojej drugiej strony. Kiedy jedliśmy, Clint znowu wpatrywał się w Jack'a. Ten posyłał mu co chwilę ostrzegawcze spojrzenia.
- Ee...panowie, czy coś jest nie tak? - Anna także to zauważyła.
- Ależ nie. - powiedział szybko Clint. - Wszystko jest w jak najlepszym porządku. - spojrzał na mnie. - To zaszczyt siedzieć przy stole z piękną królową naszego państwa.
Jack spojrzał wymownie w sufit.
- No to... - Kristoff wstał. - My już może sobie pójdziemy...
Pociągnął za sobą Annę i wyszli.
- Powiedziałem coś nie tak? - Clint uśmiechnął się niewinnie.
- Ależ nie...- odrzekł Jack sarkastycznie. - Chodź, Elso.
I pociągnął mnie na korytarz.
- Jack, musisz... - zaczęłam, ale Jack mi przerwał:
- Ten gość jest kopnięty. Chodźmy stąd i lepiej żebyś trzymała się od niego... - nagle ucichł i rozejrzał się. - ...no świetnie. Zapomniałem laski z jadalni. Idź już, zaraz wrócę.
I pobiegł z powrotem. Ciekawa tego jak zachowa się sam na sam z Clintem podeszłam po cichu do drzwi jadalni i uchyliłam je leciutko. Zobaczyłam jak Jack podchodzi do Clinta.
- Jakiś problem? - odezwał się odważnym tonem Clint.
- Otóż to. - odrzekł Jack. W jego głosie słyszałam wściekłość. - Masz się odwalić od Elsy, dociera?
Clint wstał i uśmiechnął się.
- A cóż ja takiego zrobiłem?
- Słuchaj, dopiero co pozbyliśmy się wyjątkowo natrętnej dziewczyny, nie chcę żeby ktoś znowu wtrącał się w nasz związek. - Jack zbliżył się do niego.
- Nie mam takiego zamiaru. - Clint uniósł dłonie. - Ja tylko odpowiednio reaguję na towarzystwo tak pięknej damy.
Jack złapał go za kołnierz, i mało brakowało, aby go uderzył, jednak w ostatniej chwili wpadłam do środka.
- Elsa? - odezwali się jednocześnie, a Jack puścił Clinta i podszedł do mnie.
- Co tu się działo? - udałam, że nic nie widziałam.
- Nic, Śnieżynko. Nic. - Jack posłał Clintowi wściekłe spojrzenie i wyprowadził mnie na korytarz.
- Gdzie twoja laska? - zapytałam.
- Jednak jej tam nie było, musiałem zostawić ją...
Pokręciłam głową i przerwałam mu:
- Jack, nie jestem głupia.
Zmarszczył brwi i spuścił głowę.
- Proszę Cię, nie możesz zrobić mu krzywdy. Obiecaj mi to. - powiedziałam unosząc mu podbródek i patrząc w oczy.
- Elso, on się do Ciebie...
- Obiecaj.
Kiwnął głową.
- Obiecuję. Przepraszam, ale nie chce, żeby znowu coś się zepsuło przez jakąś głupią osobę...
- Wiem, Jack, wiem. - powiedziałam. - Ale Clint... on nie szuka związku, nie wiem co znaczy jego zachowanie, ale... nie mamy się czego obawiać.
- Na pewno? - Jack spojrzał na mnie zatroskany.
- Na pewno. - odrzekłam i przytuliłam go.
- Elsa.
sobota, 30 maja 2015
czwartek, 28 maja 2015
Fale zniszczyły mu dom.
Witajcie,
Dziś rano Jack obudził mnie naburmuszony:
- Wstań, Śnieżynko. - mruknął.
Usiadłam i zapytałam:
- Co się stało?
- Ten debil chyba nie zamierzał zostawić Cię w spokoju.
- Jaki... o co chodzi?
Zbita z tropu ubrałam się i poszłam za Jack'iem. Przy wrotach głównych stali Anna i Kristoff, który na rękach miał Lenę i próbował ją ukołysać, aby przestała płakać.
- Co tu się dzieje? - rozłożyłam ręce w pytającym geście.
- Za drzwiami straże rozmawiają z jakimś podejrzanym gościem ubranym w skórzany płaszcz. Mówi, że przyszedł do Ciebie.
"Clint." - pomyślałam i automatycznie przewróciłam oczami.
- Wpuśćcie go. - powiedziałam.
Anna otworzyła wrota i do środka wszedł Clint. Miał dziwnie rozczochrane włosy i brudne ręce.
- Elso, masz bardzo niemiłych gwardzistów. - powiedział i uśmiechnął się.
Jack chwycił mnie za rękę.
- Co tu robisz? - zapytałam.
- Już nie można odwiedzić starej znajomej? - wzruszył ramionami. - Tak naprawdę mam mały problem. - dodał gdy pokręciłam głową ze zniecierpliwieniem.
- To znaczy? - do rozmowy dołączyła Ania.
- Dzisiaj w nocy padało i wiało dość mocno. Fale zniszczyły mi dom. - spuścił głowę.
Po chwili jednak uśmiechnął się znowu.
- Szukam schronienia u królowej. - ukłonił się. - No i króla. - skinął głową na Jack'a.
- Oczywiście... - odrzekłam bez zastanowienia. - Dla poddanych wszystko. Na pierwszym piętrze znajdziesz jakiś wolny pokój. Możesz tam zostać do czasu gdy znajdziesz sobie coś w mieście.
- Ależ bardzo, bardzo dziękuję. - ukłonił się znowu. - Nie wiem jak się odwdzięczyć.
- Nie ma takiej potrzeby. - powiedziałam. - Zaprowadzę Cię.
- Ee... nie, nie. - Jack wyszedł przede mnie. - Może Anka Cię zaprowadzi.
Clint uniósł brwi.
- No dobra. - powiedział i poszedł za Anną.
- Elsa.
Dziś rano Jack obudził mnie naburmuszony:
- Wstań, Śnieżynko. - mruknął.
Usiadłam i zapytałam:
- Co się stało?
- Ten debil chyba nie zamierzał zostawić Cię w spokoju.
- Jaki... o co chodzi?
Zbita z tropu ubrałam się i poszłam za Jack'iem. Przy wrotach głównych stali Anna i Kristoff, który na rękach miał Lenę i próbował ją ukołysać, aby przestała płakać.
- Co tu się dzieje? - rozłożyłam ręce w pytającym geście.
- Za drzwiami straże rozmawiają z jakimś podejrzanym gościem ubranym w skórzany płaszcz. Mówi, że przyszedł do Ciebie.
"Clint." - pomyślałam i automatycznie przewróciłam oczami.
- Wpuśćcie go. - powiedziałam.
Anna otworzyła wrota i do środka wszedł Clint. Miał dziwnie rozczochrane włosy i brudne ręce.
- Elso, masz bardzo niemiłych gwardzistów. - powiedział i uśmiechnął się.
Jack chwycił mnie za rękę.
- Co tu robisz? - zapytałam.
- Już nie można odwiedzić starej znajomej? - wzruszył ramionami. - Tak naprawdę mam mały problem. - dodał gdy pokręciłam głową ze zniecierpliwieniem.
- To znaczy? - do rozmowy dołączyła Ania.
- Dzisiaj w nocy padało i wiało dość mocno. Fale zniszczyły mi dom. - spuścił głowę.
Po chwili jednak uśmiechnął się znowu.
- Szukam schronienia u królowej. - ukłonił się. - No i króla. - skinął głową na Jack'a.
- Oczywiście... - odrzekłam bez zastanowienia. - Dla poddanych wszystko. Na pierwszym piętrze znajdziesz jakiś wolny pokój. Możesz tam zostać do czasu gdy znajdziesz sobie coś w mieście.
- Ależ bardzo, bardzo dziękuję. - ukłonił się znowu. - Nie wiem jak się odwdzięczyć.
- Nie ma takiej potrzeby. - powiedziałam. - Zaprowadzę Cię.
- Ee... nie, nie. - Jack wyszedł przede mnie. - Może Anka Cię zaprowadzi.
Clint uniósł brwi.
- No dobra. - powiedział i poszedł za Anną.
- Elsa.
wtorek, 26 maja 2015
Powrót i Dzień Matki.
Witajcie,
W nocy, gdy wyszłam na pokład żeby się przewietrzyć zobaczyłam, że Clint stoi na dziobie i wpatruje się w horyzont.
- Nie powinieneś sterować? - zapytałam.
Podskoczył ze strachu, ale szybko odwrócił się i powiedział spokojnym głosem:
- Jesteśmy na otwartym morzu, królowo, poradzimy sobie bez sterowania przez jakiś czas.
Kiwnęłam głową i stanęłam obok niego opierając ręce na burcie.
- W tamtą stronę płynęliśmy o wiele szybciej. - stwierdziłam po chwili.
- Och, pragnę przebywać z Tobą jak najdłużej. - kapitan spojrzał na mnie słodko.
Uniosłam brwi.
- A tak naprawdę... - przybrał normalną minę. - ... nie mamy gdzie się spieszyć, no nie? A na morzu jest przyjemnie i cicho.
Westchnęłam. Miał trochę racji.
- Nie nudzi Ci się samemu w tej rybackiej chacie? - przypomniałam sobie domek Clinta w porcie.
- Bynajmniej. - zmierzwił czarne włosy. - Mogę gapić się w ścianę i wdychać aromat zdechłych ryb.
- Możesz przestać używać sarkazmu? - zdenerwowałam się trochę. - Możemy rozmawiać normalnie, czy mam wrócić na dół?
Uśmiechnął się.
- Oj, Elsa, Elsa. Jesteś słodka, jak się wkurzasz.- zbliżył się do mnie.
Zmarszczyłam brwi, pokręciłam głową i uciekłam pod pokład. Dziś rano przybiliśmy do portu w Arendelle.
- Ach, wreszcie znajome powietrze. - Jack przeciągnął się i zeszliśmy ze statku.
- Dziękuję za... pomoc. - powiedziałam do Clinta.
Pocałował mnie w dłoń i poszedł do swojej chatki. Jack natychmiast podbiegł do mnie i mnie objął.
- Ten debil znowu Cię podrywał. - mruknął.
- Chodźmy. - pociągnęłam go do miasta i do pałacu.
Przy wejściu czekali na nas Anna i Kristoff. Gdy tylko Anna mnie zobaczyła zaczęła z wrzaskiem biec w moją stronę, a potem przytuliła mnie tak mocno, że myślałam, że mnie udusi.
- Elsa!! Jak mogliście tak wyjechać?! Nie wiesz jak się martwiliśmy!! - krzyknęła.
- Jak widać żyjemy. - zaśmiał się Jack kiwając głową do Kristoff'a.
- Tęskniłam za Tobą. - Anna nie wypuszczała mnie z uścisku.
- Ja też. - powiedziałam.
Kristoff klasnął w dłonie.
- No dobra! Skoro już jesteście, można zacząć świętować! - zawołał.
Ja i Jack spojrzeliśmy na niego ze zdziwieniem. Anna wypuściła mnie z uścisku i oznajmiła podekscytowana:
- Dziś jest moje święto! Pierwszy raz mogę je obchodzić!
Jack zmarszczył brwi.
- Dzień Matki! - zapiszczała Anka.
- Ojeju... Aniu, faktycznie. - przytuliłam siostrę. - Jestem z Ciebie taka dumna...
Do oczu napłynęły mi łzy.
- Nie no, Elsa, daj spokój. - uśmiechnął się Kristoff. - Anna jest mamą już od prawie sześciu miesięcy, a ty ciągle płaczesz, jak zdasz sobie z tego sprawę.
Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową. Jack poklepał mnie po ramieniu.
- Jak chcesz, to za rok też możesz obchodzić to święto. - powiedział.
Spojrzałam na niego z uśmiechem. Pocałował mnie.
- Chodźcie do Lenki. - Ania pociągnęła nas do środka. - Jak dobrze być mamą! - dodała podnosząc Lenę z kołyski.
- Ja na razie zostanę żoną. - przygładziłam Jack'owi włosy.
- I siostrą. - dodała Anna.
- I szwagierką. - dodał Kristoff.
- I ciocią! - kontynuowała Ania.
- I najpiękniejszą Śnieżynką na świecie. - Jack przytulił mnie czule.
- Elsa.
W nocy, gdy wyszłam na pokład żeby się przewietrzyć zobaczyłam, że Clint stoi na dziobie i wpatruje się w horyzont.
- Nie powinieneś sterować? - zapytałam.
Podskoczył ze strachu, ale szybko odwrócił się i powiedział spokojnym głosem:
- Jesteśmy na otwartym morzu, królowo, poradzimy sobie bez sterowania przez jakiś czas.
Kiwnęłam głową i stanęłam obok niego opierając ręce na burcie.
- W tamtą stronę płynęliśmy o wiele szybciej. - stwierdziłam po chwili.
- Och, pragnę przebywać z Tobą jak najdłużej. - kapitan spojrzał na mnie słodko.
Uniosłam brwi.
- A tak naprawdę... - przybrał normalną minę. - ... nie mamy gdzie się spieszyć, no nie? A na morzu jest przyjemnie i cicho.
Westchnęłam. Miał trochę racji.
- Nie nudzi Ci się samemu w tej rybackiej chacie? - przypomniałam sobie domek Clinta w porcie.
- Bynajmniej. - zmierzwił czarne włosy. - Mogę gapić się w ścianę i wdychać aromat zdechłych ryb.
- Możesz przestać używać sarkazmu? - zdenerwowałam się trochę. - Możemy rozmawiać normalnie, czy mam wrócić na dół?
Uśmiechnął się.
- Oj, Elsa, Elsa. Jesteś słodka, jak się wkurzasz.- zbliżył się do mnie.
Zmarszczyłam brwi, pokręciłam głową i uciekłam pod pokład. Dziś rano przybiliśmy do portu w Arendelle.
- Ach, wreszcie znajome powietrze. - Jack przeciągnął się i zeszliśmy ze statku.
- Dziękuję za... pomoc. - powiedziałam do Clinta.
Pocałował mnie w dłoń i poszedł do swojej chatki. Jack natychmiast podbiegł do mnie i mnie objął.
- Ten debil znowu Cię podrywał. - mruknął.
- Chodźmy. - pociągnęłam go do miasta i do pałacu.
Przy wejściu czekali na nas Anna i Kristoff. Gdy tylko Anna mnie zobaczyła zaczęła z wrzaskiem biec w moją stronę, a potem przytuliła mnie tak mocno, że myślałam, że mnie udusi.
- Elsa!! Jak mogliście tak wyjechać?! Nie wiesz jak się martwiliśmy!! - krzyknęła.
- Jak widać żyjemy. - zaśmiał się Jack kiwając głową do Kristoff'a.
- Tęskniłam za Tobą. - Anna nie wypuszczała mnie z uścisku.
- Ja też. - powiedziałam.
Kristoff klasnął w dłonie.
- No dobra! Skoro już jesteście, można zacząć świętować! - zawołał.
Ja i Jack spojrzeliśmy na niego ze zdziwieniem. Anna wypuściła mnie z uścisku i oznajmiła podekscytowana:
- Dziś jest moje święto! Pierwszy raz mogę je obchodzić!
Jack zmarszczył brwi.
- Dzień Matki! - zapiszczała Anka.
- Ojeju... Aniu, faktycznie. - przytuliłam siostrę. - Jestem z Ciebie taka dumna...
Do oczu napłynęły mi łzy.
- Nie no, Elsa, daj spokój. - uśmiechnął się Kristoff. - Anna jest mamą już od prawie sześciu miesięcy, a ty ciągle płaczesz, jak zdasz sobie z tego sprawę.
Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową. Jack poklepał mnie po ramieniu.
- Jak chcesz, to za rok też możesz obchodzić to święto. - powiedział.
Spojrzałam na niego z uśmiechem. Pocałował mnie.
- Chodźcie do Lenki. - Ania pociągnęła nas do środka. - Jak dobrze być mamą! - dodała podnosząc Lenę z kołyski.
- Ja na razie zostanę żoną. - przygładziłam Jack'owi włosy.
- I siostrą. - dodała Anna.
- I szwagierką. - dodał Kristoff.
- I ciocią! - kontynuowała Ania.
- I najpiękniejszą Śnieżynką na świecie. - Jack przytulił mnie czule.
- Elsa.
niedziela, 24 maja 2015
Rejs powrotny.
Witajcie,
Kiedy wróciliśmy na statek Clint uśmiechał się oparty o burtę.
- Jak tam wasza misja? - zapytał.
Jack przeszedł obok niego z ponurą miną.
- Poszło... w miarę dobrze. - odrzekłam wchodząc na pokład.
Kapitan uniósł brwi.
- Wyszło na jaw trochę spraw... - wzruszyłam ramionami. -...ale już jest dobrze.
- Nie widać tego po twoim mężusiu.
Spuściłam głowę.
- Jack trochę... - zmarszczyłam brwi. -...się zmieszał.
Clint zaśmiał się.
- To go lepiej odmieszaj, bo nie wytrzymam z nim na statku. - I podszedł do steru.
Zeszłam pod pokład. Jack siedział na łóżku podpierając głowę rękami.
- Zachowałem się okropnie, Elso. - powiedział. - Chodziłem z tą świnią i jeszcze nic Ci nie powiedziałem. Nie zasługujesz na kogoś takiego jak ja.
- Jack proszę Cię, nie mów tak. - usiadłam przy nim i szybko chwyciłam jego zimną dłoń. - Wszyscy popełniamy błędy, a ty go zrozumiałeś. Wybaczam Ci. Nie ma już o czym mówić.
Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
- Jesteś najwspanialsza na świecie, Elso. Sam bym sobie nie wybaczył. Kocham Cię. - przytulił mnie mocno.
Odwzajemniłam uścisk i wyszeptałam:
- Ja Ciebie też. Bardzo.
Kiedy weszliśmy na górę Clint zawołał:
- Chodźcie tu, gołąbeczki! Pogawędzimy sobie.
Podeszliśmy do niego.
- Panie Jack'u. - zaczął kapitan. - Chcę panu powiedzieć, że ma pan naprawdę super żonę. Królowa i w ogóle...
- Wiem. - przerwał mu Jack i objął mnie.
- Świetnie... - ciągnął Clint. - ...ale musisz jej sobie pilnować. Młoda, piękna, nie wiadomo co jej przyjdzie do głowy.
- Clint! - krzyknęłam.
Wyszczerzył do mnie zęby.
- To nieprawda. - powiedziałam do Jack'a. - Z nikim bym Cię...
- Wiem. - powtórzył i pocałował mnie w czoło.
Po chwili Clint kontynuował kazanie:
- No a w mieście wiele krąży opowieści o królowej. I mężczyźni i kobiety wiedzą, że tak seksownej królowej nie było...
- Wiesz, co Jack, tak sobie myślę, że będzie padać. - ucięłam. - Chodźmy na dół.
Clint zaśmiał się.
- Proszę bardzo! Ale Jack, ja tylko ostrzegam. Strzeż jej sobie jak oka w głowie.
Jack zmarszczył brwi, ale pociągnęłam go szybko na dół.
- Nie słuchaj go. - powiedziałam. - Gada same bzdury.
- No nie wiem. - odrzekł Jack z poważną miną.
- Ale... - zaniepokoił mnie jego ton. - ...przecież...
- W jednym się z nim zgadzam, Elso. - Jack podszedł do mnie.
Uniosłam brwi i podłoga pokryła się szronem.
- Tak seksownej królowej Arendelle nigdy nie miało. - Jack przybrał swoją chytrą minę i pocałował mnie.
Odetchnęłam z ulgą i pozwoliłam mu "przejąć dowodzenie".
- Elsa.
Kiedy wróciliśmy na statek Clint uśmiechał się oparty o burtę.
- Jak tam wasza misja? - zapytał.
Jack przeszedł obok niego z ponurą miną.
- Poszło... w miarę dobrze. - odrzekłam wchodząc na pokład.
Kapitan uniósł brwi.
- Wyszło na jaw trochę spraw... - wzruszyłam ramionami. -...ale już jest dobrze.
- Nie widać tego po twoim mężusiu.
Spuściłam głowę.
- Jack trochę... - zmarszczyłam brwi. -...się zmieszał.
Clint zaśmiał się.
- To go lepiej odmieszaj, bo nie wytrzymam z nim na statku. - I podszedł do steru.
Zeszłam pod pokład. Jack siedział na łóżku podpierając głowę rękami.
- Zachowałem się okropnie, Elso. - powiedział. - Chodziłem z tą świnią i jeszcze nic Ci nie powiedziałem. Nie zasługujesz na kogoś takiego jak ja.
- Jack proszę Cię, nie mów tak. - usiadłam przy nim i szybko chwyciłam jego zimną dłoń. - Wszyscy popełniamy błędy, a ty go zrozumiałeś. Wybaczam Ci. Nie ma już o czym mówić.
Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
- Jesteś najwspanialsza na świecie, Elso. Sam bym sobie nie wybaczył. Kocham Cię. - przytulił mnie mocno.
Odwzajemniłam uścisk i wyszeptałam:
- Ja Ciebie też. Bardzo.
Kiedy weszliśmy na górę Clint zawołał:
- Chodźcie tu, gołąbeczki! Pogawędzimy sobie.
Podeszliśmy do niego.
- Panie Jack'u. - zaczął kapitan. - Chcę panu powiedzieć, że ma pan naprawdę super żonę. Królowa i w ogóle...
- Wiem. - przerwał mu Jack i objął mnie.
- Świetnie... - ciągnął Clint. - ...ale musisz jej sobie pilnować. Młoda, piękna, nie wiadomo co jej przyjdzie do głowy.
- Clint! - krzyknęłam.
Wyszczerzył do mnie zęby.
- To nieprawda. - powiedziałam do Jack'a. - Z nikim bym Cię...
- Wiem. - powtórzył i pocałował mnie w czoło.
Po chwili Clint kontynuował kazanie:
- No a w mieście wiele krąży opowieści o królowej. I mężczyźni i kobiety wiedzą, że tak seksownej królowej nie było...
- Wiesz, co Jack, tak sobie myślę, że będzie padać. - ucięłam. - Chodźmy na dół.
Clint zaśmiał się.
- Proszę bardzo! Ale Jack, ja tylko ostrzegam. Strzeż jej sobie jak oka w głowie.
Jack zmarszczył brwi, ale pociągnęłam go szybko na dół.
- Nie słuchaj go. - powiedziałam. - Gada same bzdury.
- No nie wiem. - odrzekł Jack z poważną miną.
- Ale... - zaniepokoił mnie jego ton. - ...przecież...
- W jednym się z nim zgadzam, Elso. - Jack podszedł do mnie.
Uniosłam brwi i podłoga pokryła się szronem.
- Tak seksownej królowej Arendelle nigdy nie miało. - Jack przybrał swoją chytrą minę i pocałował mnie.
Odetchnęłam z ulgą i pozwoliłam mu "przejąć dowodzenie".
- Elsa.
piątek, 22 maja 2015
Roszpunkę mamy z głowy!
Witajcie,
Ciotka stała bez ruchu przez chwilę, a w końcu pokręciła głową i odezwała się:
- Co Was tu... sprowadza?
- Przyjechaliśmy w odwiedziny. - uśmiechnęłam się słodko, zanim Jack zdążył coś powiedzieć. - Chcemy... pogodzić się z Roszpunką.
Spojrzała na nas podejrzliwie i powiedziała zapraszając nas gestem do środka:
- Punci nie ma w domu, wróci wieczorem. Razem z jej mężem pojechali do miasta. Ale wejdźcie, możecie na nią poczekać.
- Dziękujemy ciociu. - powiedziałam.
Gdy prowadziła nas przez korytarz odezwałam się ponownie:
- I przepraszam za tą całą niezręczną sytuację w Arendelle. Nie chciałam... zamykać Roszpunki.
- Nie ma sprawy, sama do końca nie rozumiałam zachowania Punci. - powiedziała ciotka. - Oczywiście też bym się zdenerwowała gdyby ktoś ukradł mi ukochanego... - spojrzała na mnie groźnie - ...ale szczerze mówiąc myślałam, że już jej przeszło i, że Jackson jej się odwidział.
Jack uniósł brwi kiedy powiedziała "Jackson" i spojrzał na mnie. Wzruszyłam tylko ramionami i kontynuowałam rozmowę z ciotką:
- Taak...my...też tak myśleliśmy.
Jack pokiwał głową udając powagę. Ciotka zaprowadziła nas do pokoju z dwoma fioletowymi sofami i kominkiem.
- Poczekajcie, a ja wyślę jakiegoś służącego po Puncię.
I wyszła.
- No to... co dokładnie zamierzamy powiedzieć jaśnie pani R.? - zapytał Jack rozsiadając się przed kominkiem.
- Nie wiem, nie zaplanowałam żadnej przemowy. - odrzekłam siadając obok niego. - Musimy powiedzieć jej całą prawdę od początku.
- I żeby w końcu się odwaliła. - dodał Jack.
Spojrzałam na niego karcącym wzrokiem.
- No co? - uśmiechnął się.
Pokręciłam głową i pocałowałam go w policzek. Jakiś czas tak siedzieliśmy gdy nagle wszedł Flynn.
- Cześć Flynn! - zawołałam.
Spojrzał na nas smętnie i usiadł obok Jack'a.
- Co jest, brachu? - zapytał Jack.
- Ja już nie wiem... - jęknął. - Roszpunka wyznała mi właśnie całą prawdę. Że kocha Jack'a i w ogóle.
- Flynn, spoko. Przecież ja jej nie kocham. - powiedział Jack.
- Wiem, wiem. Rzecz w tym, że ona nie kocha mnie.
Nagle drzwi otworzyły się i stanęła w nich Roszpunka.
Gdy tylko zobaczyła Jack'a podbiegła do niego, odepchnęła mnie i Flynn'a i przytuliła mojego męża. Natychmiast odepchnął ją i wstał.
- Jesteśmy tu żeby poważnie pogadać. Koniec tych nielegalnych przytulanek, dobra?! - krzyknął. - Ja mam żonę! Ty masz męża!
- Och, Jacusiu. - zaśmiała się i pogładziła go po podbródku. - Ale jesteś seksi jak się złościsz. Hihi.
- Zabieraj łapy. - wbiegłam między nią, a Jack'a.
- Wiedźma!! Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!! - Roszpunka zaczęła biegać w kółko.
Jack spojrzał na mnie i uniósł brwi.
- Kobieto czy Ciebie już całkiem pogięło? - Flynn także wstał. - Jak możesz ją tak nazywać?
- A ty kochanie, to już się lepiej w ogóle nie odzywaj. - zamrugała do niego rzęsami.
- Słuchaj. - Jack podszedł do niej. - Masz się ode mnie od-wa-lić. Zrozumiano? Nie kocham Cię!
Roszpunka podeszła do niego i uśmiechnęła się.
- Inaczej mówiłeś gdy byliśmy razem.
- CO?! - krzyknęliśmy jednocześnie ja i Flynn.
Jack zdezorientowany patrzył to na nas to na Roszpunkę. Ona jednak uśmiechała się chytrze i gładziła Jack'a po policzku.
- Nie pamiętasz jak było nam dobrze? Byłam Twoją pierwszą dziewczyną. - mówiła. - A potem pojawiła się ta wiedźma i zacząłeś zupełnie się mnie wypierać! Czyż to nie jest nie fair?
- To było ponad rok temu... - wycedził Jack.
- Jack... co...? - wpatrywałam się w Jack'a i czułam jak powoli zamrażam podłogę.
- Ojeju, Jack'usiu. - zaśmiała się Roszpunka. - Pomyśl tylko. Gdybyś do mnie wrócił znów mogłoby tak być!
- Roszpunka?! - krzyknął Flynn.
- Jack...?
- Jack'usiu...
- Przestań! Przestań! Odwal się ode mnie! - ryknął Jack. - Rujnujesz wszystko co dobre w moim życiu! Chcesz rozbić mój związek z Elsą!! A wiesz co ci powiem?! To najlepsza kobieta na świecie, a ty... ty jesteś nawiedzona! Odbiło ci już całkiem! Zrozum, że nic do ciebie nie czuję!!
Podniósł mnie i wylecieliśmy przez okno. Lecieliśmy długo i szybko. Przytuliłam Jack'a mocno żeby się trochę uspokoił. W końcu wylądowaliśmy niedaleko plaży. Jack usiadł na piasku i zaczął rwać pojedyncze źdźbła trawy. Usiadłam obok niego i położyłam mu dłoń na nadgarstku.
- Jack... dokonaliśmy tego. Nieźle jej dogadałeś. - uśmiechnęłam się próbując nie myśleć o wątku dawnego związku jego z Roszpunką.
Pokręcił głową.
- Nie powiedziałem Ci.
- Jack... - westchnęłam.
- Chodziłem z nią zanim poznałem Ciebie. To prawda. To był chyba najgorszy błąd mojego życia. Ale potem poznałem Ciebie i... sama wiesz. Błagam Cię, nie zostawiaj mnie.
- Jack! - usiadłam na przeciwko niego i spojrzałam mu w oczy. - Nawet nie przyszło mi to do głowy! Roszpunka to... nie, nie chce mi się nawet o niej myśleć.
- To znaczy... - Jack spojrzał na mnie z nadzieją w oczach. - ...wybaczasz mi?
W odpowiedzi przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam. Odwzajemnił pocałunek.Mam nadzieję, że Roszpunkę mamy z głowy.
- Elsa.
Ciotka stała bez ruchu przez chwilę, a w końcu pokręciła głową i odezwała się:
- Co Was tu... sprowadza?
- Przyjechaliśmy w odwiedziny. - uśmiechnęłam się słodko, zanim Jack zdążył coś powiedzieć. - Chcemy... pogodzić się z Roszpunką.
Spojrzała na nas podejrzliwie i powiedziała zapraszając nas gestem do środka:
- Punci nie ma w domu, wróci wieczorem. Razem z jej mężem pojechali do miasta. Ale wejdźcie, możecie na nią poczekać.
- Dziękujemy ciociu. - powiedziałam.
Gdy prowadziła nas przez korytarz odezwałam się ponownie:
- I przepraszam za tą całą niezręczną sytuację w Arendelle. Nie chciałam... zamykać Roszpunki.
- Nie ma sprawy, sama do końca nie rozumiałam zachowania Punci. - powiedziała ciotka. - Oczywiście też bym się zdenerwowała gdyby ktoś ukradł mi ukochanego... - spojrzała na mnie groźnie - ...ale szczerze mówiąc myślałam, że już jej przeszło i, że Jackson jej się odwidział.
Jack uniósł brwi kiedy powiedziała "Jackson" i spojrzał na mnie. Wzruszyłam tylko ramionami i kontynuowałam rozmowę z ciotką:
- Taak...my...też tak myśleliśmy.
Jack pokiwał głową udając powagę. Ciotka zaprowadziła nas do pokoju z dwoma fioletowymi sofami i kominkiem.
- Poczekajcie, a ja wyślę jakiegoś służącego po Puncię.
I wyszła.
- No to... co dokładnie zamierzamy powiedzieć jaśnie pani R.? - zapytał Jack rozsiadając się przed kominkiem.
- Nie wiem, nie zaplanowałam żadnej przemowy. - odrzekłam siadając obok niego. - Musimy powiedzieć jej całą prawdę od początku.
- I żeby w końcu się odwaliła. - dodał Jack.
Spojrzałam na niego karcącym wzrokiem.
- No co? - uśmiechnął się.
Pokręciłam głową i pocałowałam go w policzek. Jakiś czas tak siedzieliśmy gdy nagle wszedł Flynn.
- Cześć Flynn! - zawołałam.
Spojrzał na nas smętnie i usiadł obok Jack'a.
- Co jest, brachu? - zapytał Jack.
- Ja już nie wiem... - jęknął. - Roszpunka wyznała mi właśnie całą prawdę. Że kocha Jack'a i w ogóle.
- Flynn, spoko. Przecież ja jej nie kocham. - powiedział Jack.
- Wiem, wiem. Rzecz w tym, że ona nie kocha mnie.
Nagle drzwi otworzyły się i stanęła w nich Roszpunka.
Gdy tylko zobaczyła Jack'a podbiegła do niego, odepchnęła mnie i Flynn'a i przytuliła mojego męża. Natychmiast odepchnął ją i wstał.
- Jesteśmy tu żeby poważnie pogadać. Koniec tych nielegalnych przytulanek, dobra?! - krzyknął. - Ja mam żonę! Ty masz męża!
- Och, Jacusiu. - zaśmiała się i pogładziła go po podbródku. - Ale jesteś seksi jak się złościsz. Hihi.
- Zabieraj łapy. - wbiegłam między nią, a Jack'a.
- Wiedźma!! Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!! - Roszpunka zaczęła biegać w kółko.
Jack spojrzał na mnie i uniósł brwi.
- Kobieto czy Ciebie już całkiem pogięło? - Flynn także wstał. - Jak możesz ją tak nazywać?
- A ty kochanie, to już się lepiej w ogóle nie odzywaj. - zamrugała do niego rzęsami.
- Słuchaj. - Jack podszedł do niej. - Masz się ode mnie od-wa-lić. Zrozumiano? Nie kocham Cię!
Roszpunka podeszła do niego i uśmiechnęła się.
- Inaczej mówiłeś gdy byliśmy razem.
- CO?! - krzyknęliśmy jednocześnie ja i Flynn.
Jack zdezorientowany patrzył to na nas to na Roszpunkę. Ona jednak uśmiechała się chytrze i gładziła Jack'a po policzku.
- Nie pamiętasz jak było nam dobrze? Byłam Twoją pierwszą dziewczyną. - mówiła. - A potem pojawiła się ta wiedźma i zacząłeś zupełnie się mnie wypierać! Czyż to nie jest nie fair?
- To było ponad rok temu... - wycedził Jack.
- Jack... co...? - wpatrywałam się w Jack'a i czułam jak powoli zamrażam podłogę.
- Ojeju, Jack'usiu. - zaśmiała się Roszpunka. - Pomyśl tylko. Gdybyś do mnie wrócił znów mogłoby tak być!
- Roszpunka?! - krzyknął Flynn.
- Jack...?
- Jack'usiu...
- Przestań! Przestań! Odwal się ode mnie! - ryknął Jack. - Rujnujesz wszystko co dobre w moim życiu! Chcesz rozbić mój związek z Elsą!! A wiesz co ci powiem?! To najlepsza kobieta na świecie, a ty... ty jesteś nawiedzona! Odbiło ci już całkiem! Zrozum, że nic do ciebie nie czuję!!
Podniósł mnie i wylecieliśmy przez okno. Lecieliśmy długo i szybko. Przytuliłam Jack'a mocno żeby się trochę uspokoił. W końcu wylądowaliśmy niedaleko plaży. Jack usiadł na piasku i zaczął rwać pojedyncze źdźbła trawy. Usiadłam obok niego i położyłam mu dłoń na nadgarstku.
- Jack... dokonaliśmy tego. Nieźle jej dogadałeś. - uśmiechnęłam się próbując nie myśleć o wątku dawnego związku jego z Roszpunką.
Pokręcił głową.
- Nie powiedziałem Ci.
- Jack... - westchnęłam.
- Chodziłem z nią zanim poznałem Ciebie. To prawda. To był chyba najgorszy błąd mojego życia. Ale potem poznałem Ciebie i... sama wiesz. Błagam Cię, nie zostawiaj mnie.
- Jack! - usiadłam na przeciwko niego i spojrzałam mu w oczy. - Nawet nie przyszło mi to do głowy! Roszpunka to... nie, nie chce mi się nawet o niej myśleć.
- To znaczy... - Jack spojrzał na mnie z nadzieją w oczach. - ...wybaczasz mi?
W odpowiedzi przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam. Odwzajemnił pocałunek.Mam nadzieję, że Roszpunkę mamy z głowy.
- Elsa.
środa, 20 maja 2015
Podróż do Corony.
Witajcie,
- Śnieżynko... - wczoraj obudził mnie szept Jack'a.
- Która godzina? Jeszcze jest ciemno. - stwierdziłam.
Kiwnął głową.
- Najlepiej wypłynąć wcześnie, nie wiemy ile się tam płynie. - powiedział.
- No tak. - wstałam i ubrałam się.
Następnie zeszliśmy po cichu do jadalni coś zjeść. Napisałam krótki liścik do Anny, żeby się nie martwiła i położyłam go na stole.
- Chodźmy. - powiedziałam i razem z Jack'iem wymknęliśmy się do portu.
Ja i Anna mamy kilka własnych statków królewskich. Kiedy wybraliśmy jeden z nich zapukałam do małej chatki, którą zamieszkiwał kapitan starszy ode mnie o kilka lat. Służył królewskiej rodzinie właściwie od urodzenia, bo kapitanem był także jego ojciec i dziadek. Prawie od razu otworzył drzwi. Był niezwykle wysoki, miał czarne, krótkie włosy, lekki zarost i niebieskie oczy. Ku naszemu zdziwieniu był ubrany mimo wczesnej pory. Ukłonił się i powiedział z uśmiechem:
- Cóż tu sprowadza królową?
- Chciałabym abyś pomógł nam dostać się do Corony. - powiedziałam.
Kiwnął głową i wyszedł na zewnątrz zamykając drzwi chaty na klucz.
- Statek wybrany? - rozejrzał się.
- Tak, popłyniemy Loyal Swan'em. - powiedział Jack.
Loyal Swan to jeden z królewskich statków średniej wielkości. Ma dwa wielkie żagle i jest pomalowany na biało-złoto ze złotym łabędziem z przodu. Kapitan spojrzał na Jack'a i uniósł brwi.
- Nasz przyszły król! Kłaniam się. - skinął głową.
Jack uśmiechnął się dumnie, ale po chwili dodał:
- Wystarczy Jack.
- Jestem Clint. - wymienili się uściskami dłoni. - No dobrze, zapraszam na pokład!
Kiedy wyszliśmy na pełne morze, Clint powiedział:
- Obejrzyjcie sobie okręt. Pod pokładem...
- Dobrze znam ten okręt. - przerwałam mu.
- No tak, Wasza Wysokość wybaczy. - powstrzymał śmiech i skupił się na sterowaniu.
Złapałam Jack'a za rękę i poprowadziłam pod pokład.
- Mam nadzieję, że ten cały kapitan nie będzie się do Ciebie dostawiał. - mruknął Jack.
- Jack. - spojrzałam na niego. - Spokojnie, znam go od dzieciństwa. Zanim rodzice... - wzięłam głęboki oddech. - ... wtedy czasem przychodził do nas z ojcem. Ale potem zamknęliśmy wrota i... no wiesz.
- To nie poprawia sytuacji. - Jack zaczął przeszukiwać szafki.
- Nie masz się czym przejmować. - zapewniłam.
Jakąś godzinę później stałam oparta o burtę i oglądałam fale. Zobaczyłam kątem oka jak Jack podchodzi do Clinta.
- Ile jeszcze będziemy płynąć? - zapytał.
- Niedługo. Dotrzemy na miejsce przed południem. - odrzekł kapitan.
- Mhm.
- Po co tam jedziecie? Wyglądasz na zestresowanego Jack'ie. - Clint szturchnął Jack'a.
Odwróciłam się w stronę pokładu żeby lepiej widzieć.
- Nie wiem czy mogę Ci powiedzieć. To raczej prywatna sprawa. - odrzekł Jack ze zniesmaczoną miną.
Clint uniósł brwi i zaśmiał się. Jack pokręcił głową, podszedł do mnie i objął mnie.
- Jakiś pomyleniec. - szepnął.
Uśmiechnęłam się i pocałowałam go. Około jedenastej dobiliśmy do brzegu Corony.
- Zaczekam na statku. - powiedział Clint.
- Dobrze. - odrzekłam. - Pilnuj go.
- Jak tylko sobie słodka królowa zażyczy. - ukłonił się i mrugnął do mnie.
Jack natychmiast podleciał do mnie i wziął mnie w ramiona.
- Jack..!
- Chodź, śnieżynko, nie zmoczysz sobie stópek, wylądujemy na stałym gruncie. - powiedział i polecieliśmy. Kątem oka zobaczyłam jak Clint się śmieje. Wylądowaliśmy na chodniku prowadzącym do miasta. Spojrzałam na Jack'a pytającym wzrokiem.
- On się do Ciebie dostawia! Nie będzie tak! - powiedział rozdrażnionym tonem.
- Dobrze, Jack, spokojnie. - pogładziłam go po policzku. - Pamiętasz po co tu jesteśmy?
- Żeby wtłuc Roszpunce. - uśmiechnął się.
Kiwnęłam głową i skierowaliśmy się do miasta. Ludzie patrzyli na nas jak na kosmitów. Uśmiechałam się do nich przyjaźnie, ale oni wymieniali tylko przestraszone spojrzenia i schodzili nam z drogi.
- Nie przejmuj się, Elsuś, oni żyją pod rozkazami Roszpunki. Pewnie im coś nagadała. - Jack chwycił mnie za rękę.
- Tak... - westchnęłam i poszliśmy dalej.
W końcu doszliśmy do zamku. Wzięłam głęboki wdech i zapukałam w wielkie drzwi. Przez chwilę nic się nie działo, a nagle drzwi uchyliły się i stanęła w nich moja ciotka. Widząc nas zamarła bez ruchu.
- Elsa.
- Śnieżynko... - wczoraj obudził mnie szept Jack'a.
- Która godzina? Jeszcze jest ciemno. - stwierdziłam.
Kiwnął głową.
- Najlepiej wypłynąć wcześnie, nie wiemy ile się tam płynie. - powiedział.
- No tak. - wstałam i ubrałam się.
Następnie zeszliśmy po cichu do jadalni coś zjeść. Napisałam krótki liścik do Anny, żeby się nie martwiła i położyłam go na stole.
- Chodźmy. - powiedziałam i razem z Jack'iem wymknęliśmy się do portu.
Ja i Anna mamy kilka własnych statków królewskich. Kiedy wybraliśmy jeden z nich zapukałam do małej chatki, którą zamieszkiwał kapitan starszy ode mnie o kilka lat. Służył królewskiej rodzinie właściwie od urodzenia, bo kapitanem był także jego ojciec i dziadek. Prawie od razu otworzył drzwi. Był niezwykle wysoki, miał czarne, krótkie włosy, lekki zarost i niebieskie oczy. Ku naszemu zdziwieniu był ubrany mimo wczesnej pory. Ukłonił się i powiedział z uśmiechem:
- Cóż tu sprowadza królową?
- Chciałabym abyś pomógł nam dostać się do Corony. - powiedziałam.
Kiwnął głową i wyszedł na zewnątrz zamykając drzwi chaty na klucz.
- Statek wybrany? - rozejrzał się.
- Tak, popłyniemy Loyal Swan'em. - powiedział Jack.
Loyal Swan to jeden z królewskich statków średniej wielkości. Ma dwa wielkie żagle i jest pomalowany na biało-złoto ze złotym łabędziem z przodu. Kapitan spojrzał na Jack'a i uniósł brwi.
- Nasz przyszły król! Kłaniam się. - skinął głową.
Jack uśmiechnął się dumnie, ale po chwili dodał:
- Wystarczy Jack.
- Jestem Clint. - wymienili się uściskami dłoni. - No dobrze, zapraszam na pokład!
Kiedy wyszliśmy na pełne morze, Clint powiedział:
- Obejrzyjcie sobie okręt. Pod pokładem...
- Dobrze znam ten okręt. - przerwałam mu.
- No tak, Wasza Wysokość wybaczy. - powstrzymał śmiech i skupił się na sterowaniu.
Złapałam Jack'a za rękę i poprowadziłam pod pokład.
- Mam nadzieję, że ten cały kapitan nie będzie się do Ciebie dostawiał. - mruknął Jack.
- Jack. - spojrzałam na niego. - Spokojnie, znam go od dzieciństwa. Zanim rodzice... - wzięłam głęboki oddech. - ... wtedy czasem przychodził do nas z ojcem. Ale potem zamknęliśmy wrota i... no wiesz.
- To nie poprawia sytuacji. - Jack zaczął przeszukiwać szafki.
- Nie masz się czym przejmować. - zapewniłam.
Jakąś godzinę później stałam oparta o burtę i oglądałam fale. Zobaczyłam kątem oka jak Jack podchodzi do Clinta.
- Ile jeszcze będziemy płynąć? - zapytał.
- Niedługo. Dotrzemy na miejsce przed południem. - odrzekł kapitan.
- Mhm.
- Po co tam jedziecie? Wyglądasz na zestresowanego Jack'ie. - Clint szturchnął Jack'a.
Odwróciłam się w stronę pokładu żeby lepiej widzieć.
- Nie wiem czy mogę Ci powiedzieć. To raczej prywatna sprawa. - odrzekł Jack ze zniesmaczoną miną.
Clint uniósł brwi i zaśmiał się. Jack pokręcił głową, podszedł do mnie i objął mnie.
- Jakiś pomyleniec. - szepnął.
Uśmiechnęłam się i pocałowałam go. Około jedenastej dobiliśmy do brzegu Corony.
- Zaczekam na statku. - powiedział Clint.
- Dobrze. - odrzekłam. - Pilnuj go.
- Jak tylko sobie słodka królowa zażyczy. - ukłonił się i mrugnął do mnie.
Jack natychmiast podleciał do mnie i wziął mnie w ramiona.
- Jack..!
- Chodź, śnieżynko, nie zmoczysz sobie stópek, wylądujemy na stałym gruncie. - powiedział i polecieliśmy. Kątem oka zobaczyłam jak Clint się śmieje. Wylądowaliśmy na chodniku prowadzącym do miasta. Spojrzałam na Jack'a pytającym wzrokiem.
- On się do Ciebie dostawia! Nie będzie tak! - powiedział rozdrażnionym tonem.
- Dobrze, Jack, spokojnie. - pogładziłam go po policzku. - Pamiętasz po co tu jesteśmy?
- Żeby wtłuc Roszpunce. - uśmiechnął się.
Kiwnęłam głową i skierowaliśmy się do miasta. Ludzie patrzyli na nas jak na kosmitów. Uśmiechałam się do nich przyjaźnie, ale oni wymieniali tylko przestraszone spojrzenia i schodzili nam z drogi.
- Nie przejmuj się, Elsuś, oni żyją pod rozkazami Roszpunki. Pewnie im coś nagadała. - Jack chwycił mnie za rękę.
- Tak... - westchnęłam i poszliśmy dalej.
W końcu doszliśmy do zamku. Wzięłam głęboki wdech i zapukałam w wielkie drzwi. Przez chwilę nic się nie działo, a nagle drzwi uchyliły się i stanęła w nich moja ciotka. Widząc nas zamarła bez ruchu.
- Elsa.
poniedziałek, 18 maja 2015
List.
Witajcie,
Dziś rano obudziłam się i zobaczyłam przy łóżku Kristoff'a jakby nigdy nic przyglądającego się rybce w akwarium.
- Kristoff!! - wrzasnęłam przykrywając się kołdrą po samą brodę. - Kto Ci pozwolił tu wleźć?!
Odwrócił się i położył palec na ustach.
- Chciałem zobaczyć czy Lodzia jeszcze żyje. - szepnął. - I nie krzycz, królowo, bo obudzisz swojego mężusia.
Spojrzałam na śpiącego po mojej prawej stronie Jack'a. Wyglądał naprawdę bardzo słodko.
- No dobra. - Kristoff wstał. - Skoro mnie tu nie chcecie, to sobie pójdę. - Przy drzwiach odwrócił się gwałtownie. - Przyszedł do Ciebie jakiś list.
- List? - zdziwiłam się.
Kiwnął głową, zasalutował i wyszedł. Po chwili wstałam po cichu i narzuciłam szlafrok, a następnie zeszłam na dół gdzie zaczepiła mnie jedna z służących - Tamara.
- Wasza Wysokość. - powiedziała. - Przyszedł do królowej list.
- Od kogo?
- Z Corony.
Nogi się pode mną ugięły. No tak, pewnie Roszpunka chce mi wygarnąć, że ukradłam jej męża.
- Dziękuję. - odebrałam list od Tamary i wróciłam na górę.
Tam zastałam Jack'a siedzącego na łóżku z uśmiechem.
- Witam, żono. - powiedział udając poważny ton. - Jakie wieści przynosisz?
- Roszpunka przysłała list. - powiedziałam.
Od razu przestał się wygłupiać i jęknął. Pokazał mi gestem żebym usiadła obok niego. Otworzyłam kopertę, wyjęłam pergamin i przeczytałam:
********* KUZYNKO!!!
JAK MOGŁAŚ ZABRAĆ MI JACK'USIA! NIE DARUJĘ CI TEGO!
Cóż, mam Ci do powiedzenia tylko tyle, że jesteś okropną, brudną, przeklętą, ohydną, złą, okrutną, bezduszną, *********, ******** jędzą, wiedźmą i ****.
ŻEGNAM.
- Roszpunka.
- Co za... - zaczął Jack, ale przerwałam mu gestem. - Nie ma prawa Cię tak nazywać! Nikt nie ma do tego prawa!
- Jack, spokojnie. - powiedziałam. - Musiała się wygadać, więc się wygadała. I już.
- Elso, tak nie może być. - Jack wstał. - My nigdy byśmy nie napisali jej czegoś takiego. A ona Cię wyzywa od... nie, tak nie może być. To po prostu... nienormalne, nie widzisz tego?
Westchnęłam.
- Obiecaj mi, Elso. Jutro popłyniemy do Corony i wszystko sobie wyjaśnimy raz na zawsze. - Jack spojrzał na mnie poważnie.
- Jack, nie wiem jak... - zaczęłam, ale Jack klęknął przede mną i chwycił mnie za dłonie.
- Elso, tak nie może być. Nie pozwolę żeby ta smarkula się tak do Ciebie odnosiła. Załatwimy to raz na zawsze. - powiedział patrząc mi w oczy.
- Dobrze. - powiedziałam.
Jack uśmiechnął się i przytulił mnie. Czyli jutro czeka nas trudna podróż...
- Elsa.
Dziś rano obudziłam się i zobaczyłam przy łóżku Kristoff'a jakby nigdy nic przyglądającego się rybce w akwarium.
- Kristoff!! - wrzasnęłam przykrywając się kołdrą po samą brodę. - Kto Ci pozwolił tu wleźć?!
Odwrócił się i położył palec na ustach.
- Chciałem zobaczyć czy Lodzia jeszcze żyje. - szepnął. - I nie krzycz, królowo, bo obudzisz swojego mężusia.
Spojrzałam na śpiącego po mojej prawej stronie Jack'a. Wyglądał naprawdę bardzo słodko.
- No dobra. - Kristoff wstał. - Skoro mnie tu nie chcecie, to sobie pójdę. - Przy drzwiach odwrócił się gwałtownie. - Przyszedł do Ciebie jakiś list.
- List? - zdziwiłam się.
Kiwnął głową, zasalutował i wyszedł. Po chwili wstałam po cichu i narzuciłam szlafrok, a następnie zeszłam na dół gdzie zaczepiła mnie jedna z służących - Tamara.
- Wasza Wysokość. - powiedziała. - Przyszedł do królowej list.
- Od kogo?
- Z Corony.
Nogi się pode mną ugięły. No tak, pewnie Roszpunka chce mi wygarnąć, że ukradłam jej męża.
- Dziękuję. - odebrałam list od Tamary i wróciłam na górę.
Tam zastałam Jack'a siedzącego na łóżku z uśmiechem.
- Witam, żono. - powiedział udając poważny ton. - Jakie wieści przynosisz?
- Roszpunka przysłała list. - powiedziałam.
Od razu przestał się wygłupiać i jęknął. Pokazał mi gestem żebym usiadła obok niego. Otworzyłam kopertę, wyjęłam pergamin i przeczytałam:
********* KUZYNKO!!!
JAK MOGŁAŚ ZABRAĆ MI JACK'USIA! NIE DARUJĘ CI TEGO!
Cóż, mam Ci do powiedzenia tylko tyle, że jesteś okropną, brudną, przeklętą, ohydną, złą, okrutną, bezduszną, *********, ******** jędzą, wiedźmą i ****.
ŻEGNAM.
- Roszpunka.
- Co za... - zaczął Jack, ale przerwałam mu gestem. - Nie ma prawa Cię tak nazywać! Nikt nie ma do tego prawa!
- Jack, spokojnie. - powiedziałam. - Musiała się wygadać, więc się wygadała. I już.
- Elso, tak nie może być. - Jack wstał. - My nigdy byśmy nie napisali jej czegoś takiego. A ona Cię wyzywa od... nie, tak nie może być. To po prostu... nienormalne, nie widzisz tego?
Westchnęłam.
- Obiecaj mi, Elso. Jutro popłyniemy do Corony i wszystko sobie wyjaśnimy raz na zawsze. - Jack spojrzał na mnie poważnie.
- Jack, nie wiem jak... - zaczęłam, ale Jack klęknął przede mną i chwycił mnie za dłonie.
- Elso, tak nie może być. Nie pozwolę żeby ta smarkula się tak do Ciebie odnosiła. Załatwimy to raz na zawsze. - powiedział patrząc mi w oczy.
- Dobrze. - powiedziałam.
Jack uśmiechnął się i przytulił mnie. Czyli jutro czeka nas trudna podróż...
- Elsa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)