Witajcie,
Anna od rana biegała po pałacu i rozmawiała z służącymi o urodzinach Kristoff'a. Początkowo próbowałam jej towarzyszyć, ale szybko przekonałam się, że urodziny szwagra to nie coś czym bardzo chciałabym się zajmować. Wróciłam więc do swojej komnaty. Jack miał zająć się Kordianą - wytłumaczyć jej wszystko i "wygonić" z Arendelle, ale nie widziałam go już bardzo długo. Wyszłam więc na zewnątrz i przeszłam przez pałacowe ogrody. Gdy w pewnej chwili usłyszałam głosy szybko schowałam się za drzewem.
- Słuchaj, nie mamy o czym rozmawiać. - mówił Jack.
- Jackie... zasmucasz mnie. - odparła Kordiana. - Byliśmy parą tak długo...
- Tak, kilkaset lat temu.
Westchnęła.
- No to możemy zostać przyjaciółmi. Zostanę tu... może po czasie zrozumiesz, że powinieneś do mnie wrócić...
- Absolutnie nie. Nie chcę się z tobą przyjaźnić. Okłamałaś mnie. - odrzekł gniewnym tonem Jack.
- Jak to?
- Po co wymyśliłaś to dziecko? - zapytał.
Wychyliłam się lekko aby zobaczyć minę Kordiany. Była cała czerwona.
- Myślałam, że... że przez to będziesz chciał wrócić. - powiedziała po chwili.
Jack pokręcił głową.
- Nie udało Ci się. - powiedział. - A teraz naprawdę mi przykro, ale muszę wyprosić Cię z naszego kraju.
- Słucham?!
- Rozkaz królowej. - uśmiechnął się lekko.
- Ja jeszcze wrócę... - burknęła i pobiegła w stronę portu.
Odczekałam chwilę po czym wyszłam zza drzewa.
- Elsa? - Jack wyglądał na oszołomionego. - Miałem sam to załatwić.
- I załatwiłeś. - uśmiechnęłam się i pocałowałam go. - A ja tylko sobie patrzyłam.
- Mamy ją z głowy. - powiedział odwzajemniając uśmiech. - Jestem boski.
Zaśmiałam się i kiwnęłam głową.
- Tak, lodóweczko. I w dodatku taki skromny.
Zaśmiał się tylko i podniósł mnie po czym polecieliśmy wprost na mój balkon.
- Elsa.
sobota, 31 października 2015
piątek, 30 października 2015
Dobre wiadomoście i przekładanie balu
Hejo,
Dziś rano wróciłyśmy od Mikołaja i od razu pobiegłyśmy do sypialni Jack' a i Elsy. Jack leżał na łóżku, a Lena po stronie na której zazwyczaj spała Elsa.
- Jack!- powiedziała Elsa, ale tak cicho jak to było możliwe żeby nie obudzić małej, lekko go tyrpała, ale on nic.- Jack.
- Elsa pozwól że ja spróbuję.- powiedziałam i pociągnęłam za kołdrę, Jack od razu otworzył oczy.
- Co je...? Już wróciłyście.
- Tak i musimy ci coś opowiedzieć.- ja zabrałam Lenkę do jej pokoju i wróciłam do Elsy i Jack' a, wszystko mu opowiedziałyśmu.
- Trzeba ją wyrzucić.- powiedział Jack.- Okłamała mnie.
- Tak wyrzucimy ją.- powiedziałam i kuż chciałam wyjść.
- Nie, Anno, ja muszę sam to załatwić. To moja sprawa i muszę ją załatwić.
- Ale Jack?!.- powiedziała Elsa.
- Nie to jest guzik z przeszłości który muszę odpruć.- w końcu uległyśmy i Jack wyszedł, ledwie wyszedł, a do drzwi ktoś zapukał.
- Ciekawe kto to?- powiedziała Elsa.- Proszę.
- Wasza Królewska Mość. Księżniczko.- ukłoniła się w naszą stronę.- Pan Kristoff kazał Wam przekazać że musiał wyjechać.
- Ale gdzie?- zapytałam.
- Do trolli
- A mówił po co?- zapytała Elsa.
- Powiedział że Baltazar jest bardzo chory.
- A czy wspominał na ile?- zapytałam, ale bałam się odpowiedzi.
- Na tydzień.
- No nie, tylko nie to i co teraz. Elsa, co ja mam robić?
- Odwołaj, albo przenieś na za tydzień.
- Świetny pomysł. Proszę, niech ktoś rozgłosi w królestwie że bal zotanie przeniesiony.- zwróciłam się do służącej, a sama poszłam wszystko przekładać.
- Anna
środa, 28 października 2015
Dziękujemy bardzo, North!
Witajcie,
Wczoraj rano zgodnie z planem wstałam wcześnie, ubrałam się cicho i zabrałam potrzebne rzeczy. Chciałyśmy jak najszybciej pojechać do domu North'a i porozmawiać z nim na temat Kordiany. Gdy zdecydowałam, że jestem gotowa do drogi, na palcach (o ile było to możliwe w moich butach) podeszłam do drzwi. Naciskałam już na klamkę, gdy...
- Elsa? - usłyszałam z tyłu głos.
Odwróciłam się powoli i uśmiechnęłam się niewinnie do Jack'a.
- Gdzie idziesz? - zdziwionym wzrokiem zmierzył mój podróżny strój.
- Idę... - zaczęłam nerwowo. -... do... miasta.
- Do miasta?
- Po marchewki. - wypaliłam.
Westchnął i pokręcił głową z uśmiechem.
- Patent z marchewkami jest już wyczerpany. - zaśmiał się. - Czemu nie powiesz prawdy?
- Jack... - podeszłam do niego. - Chcę jechać do North'a. Z Anną. Wyjaśnić to wszystko, dowiedzieć się czegoś.
- Jadę z wami. - powiedział natychmiast zrzucając kołdrę.
- Nie, nie. - zatrzymałam go. - Nie chcę zostawiać Kordiany samej. Musisz mieć ją na oku.
Kiwnął głową po chwili.
- Dowiedzcie się prawdy i wracajcie szybko. - uśmiechnął się. - To dziecko na pewno nie jest moje.
Westchnęłam i pocałowałam go na pożegnanie. Następnie zbiegłam szybko na dół. Przy wyjściu już czekała na mnie Anna.
- No, co tak długo? - zapytała.
- Jack mnie nakrył. - odparłam wychodząc na zewnątrz.
- Jak to?!
- Spokojnie. - uciszyłam ją gestem. - Przypilnuje Kordiany. Powinien wiedzieć.
Ania kiwnęła głową i wsiadłyśmy do karocy. Jechałyśmy okropnie długo, dotarłyśmy na miejsce późno w nocy.
- Brrr, mogłam wziąć cieplejszy płaszcz. - odezwała się Anna zeskakując w kilkucentymetrową warstwę śniegu.
- Załatwimy to szybko. - zapewniłam ją.
Po kilku minutach brnięcia przez śnieg dotarłyśmy do domu North'a. Zapukałam w wielkie drzwi. Początkowo nikt nie otwierał, ale w końcu uchyliły się. Zamiast siwej brody i czerwonego swetra, którego się spodziewałam, ujrzałyśmy długie uszy i bumerang w owłosionej łapie.
- Wielkanocny Zając! - zapiszczała Anka i przytuliła się do wielkiego zająca.
Początkowo wyglądał na zdziwionego, ale gdy nas poznał odetchnął i uśmiechnął się przyjaźnie.
- Co was tu sprowadza? - zapytał zapraszając nas do środka.
- Ważne sprawy. Musimy porozmawiać z North'em. - odrzekłam.
Zając kiwnął głową i poprowadził nas do przytulnego salonu. Zachęcił nas gestem, abyśmy weszły do środka, po czym cicho zamknął za nami drzwi. W fotelu, naprzeciw kominka siedział Święty Mikołaj nucąc coś pod nosem.
- Mikołaju! - zawołała Anna.
Odwrócił się do nas.
- Ania! Elsa! Moje drogie! - wstał i uściskał nas serdecznie (prawie nas dusząc). - Co tam w Arendelle? Jack znowu narozrabiał?
Uśmiechnęłam się lekko.
- I tak i nie. Przybywamy w dość ważnej... bardzo ważnej sprawie. Musimy porozmawiać.
- Usiądźmy więc. - North uśmiechnął się ciepło i zaprosił nas na wielką kanapę.
Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam:
- Czy znasz może kobietę imieniem Kordiana? Zjawiła się u nas mówiąc, że znała Jack'a za ich życia, a potem umarła i uratował ją Księżyc. I, że żyła tutaj cały czas.
Mikołaj zmarszczył brwi i westchnął głęboko. Przez chwilę siedział w milczeniu. Anna spojrzała na mnie z lekkim niepokojem.
- Kordiana... byli parą. Ona i Jack. Gdy byli jeszcze ludźmi. Znali się chyba od dziecka. Bawili się razem, a potem opiekowali się siostrą Jack'a. Parą stali się z czasem. Gdy dorośli, wiecie. Zmądrzeli trochę. Ale ona zawsze... oczekiwała trochę za dużo. Daj jej palec, a weźmie całą rękę. Jack w końcu z nią nie wytrzymał. Stała się zbyt nachalna. Rozstali się niedługo przed śmiercią Jack'a. Później ona popełniła samobójstwo. Księżyc na szczęście się zlitował. Uczynił ją nieśmiertelną. Nie miała gdzie się podziać więc pozwoliłem jej mieszkać ze mną. Wiele razy widywała tu Jack'a, ale nigdy nie wyszła żeby się z nim spotkać. Nie wiem czemu. Teraz widocznie jej się odmieniło.
Przez cały czas siedziałam nieruchomo czekając aż cała kanapa zamarznie. Anna w pewnym momencie, chwyciła mnie za rękę, co zdecydowanie pomogło. Gdy North skończył mówić, odchrząknęłam.
- To nie wszystko. Co z dzieckiem? - zapytałam.
- Jakim dzieckiem? - Mikołaj uniósł brwi.
Anna spojrzała na mnie z triumfalnym uśmiechem.
- Kordiana powiedziała, że przed śmiercią zaszła w ciążę z Jack'iem. - powiedziałam.
North zaśmiał się.
- Na pewno nie! Kordiana w ciąży? Jack ojcem? Zmyśliła to. Proszę Was, mieli wtedy po dziewiętnaście lat. Nawet do głowy by im to nie przyszło. Pewnie powiedziała tak, żeby odzyskać Jack'a.
- Ale... - wtrąciła Anna. - ...jakim cudem nikt o niej nie wiedział? Nikt jej nie widział...!
North wzruszył ramionami.
- Ukrywała się. Pewnie czekała na właściwy moment. Zbierała się na duchu. - odrzekł.
- Co mamy teraz zrobić? - zapytałam. - Ona nie daje sobie wytłumaczyć, że Jack znalazł już inną żonę.
- Przykro mi, ale z tym musicie poradzić sobie same. - powiedział. - Nie mam wprawy w gadaniu z kobietami. Jak dla mnie to wy nie macie nic do tej sprawy. To Jack powinien osobiście się tym zająć i jej to wyjaśnić.
Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu.
- Dziękujemy. Do widzenia. - odezwałam się w końcu i pociągnęłam Annę do wyjścia.
- Już jedziemy? - jęknęła.
- Tak. Wracamy natychmiast. - gdy doszłyśmy do karocy podsadziłam ją, żeby szybko weszła, po czym wsiadłam sama. - Gdy Jack usłyszy, że dziecko to ściema, nabierze pewności siebie. North ma rację. Tylko on może to załatwić.
Ania kiwnęła głową i ruszyłyśmy w drogę powrotną.
- Elsa.
Wczoraj rano zgodnie z planem wstałam wcześnie, ubrałam się cicho i zabrałam potrzebne rzeczy. Chciałyśmy jak najszybciej pojechać do domu North'a i porozmawiać z nim na temat Kordiany. Gdy zdecydowałam, że jestem gotowa do drogi, na palcach (o ile było to możliwe w moich butach) podeszłam do drzwi. Naciskałam już na klamkę, gdy...
- Elsa? - usłyszałam z tyłu głos.
Odwróciłam się powoli i uśmiechnęłam się niewinnie do Jack'a.
- Gdzie idziesz? - zdziwionym wzrokiem zmierzył mój podróżny strój.
- Idę... - zaczęłam nerwowo. -... do... miasta.
- Do miasta?
- Po marchewki. - wypaliłam.
Westchnął i pokręcił głową z uśmiechem.
- Patent z marchewkami jest już wyczerpany. - zaśmiał się. - Czemu nie powiesz prawdy?
- Jack... - podeszłam do niego. - Chcę jechać do North'a. Z Anną. Wyjaśnić to wszystko, dowiedzieć się czegoś.
- Jadę z wami. - powiedział natychmiast zrzucając kołdrę.
- Nie, nie. - zatrzymałam go. - Nie chcę zostawiać Kordiany samej. Musisz mieć ją na oku.
Kiwnął głową po chwili.
- Dowiedzcie się prawdy i wracajcie szybko. - uśmiechnął się. - To dziecko na pewno nie jest moje.
Westchnęłam i pocałowałam go na pożegnanie. Następnie zbiegłam szybko na dół. Przy wyjściu już czekała na mnie Anna.
- No, co tak długo? - zapytała.
- Jack mnie nakrył. - odparłam wychodząc na zewnątrz.
- Jak to?!
- Spokojnie. - uciszyłam ją gestem. - Przypilnuje Kordiany. Powinien wiedzieć.
Ania kiwnęła głową i wsiadłyśmy do karocy. Jechałyśmy okropnie długo, dotarłyśmy na miejsce późno w nocy.
- Brrr, mogłam wziąć cieplejszy płaszcz. - odezwała się Anna zeskakując w kilkucentymetrową warstwę śniegu.
- Załatwimy to szybko. - zapewniłam ją.
Po kilku minutach brnięcia przez śnieg dotarłyśmy do domu North'a. Zapukałam w wielkie drzwi. Początkowo nikt nie otwierał, ale w końcu uchyliły się. Zamiast siwej brody i czerwonego swetra, którego się spodziewałam, ujrzałyśmy długie uszy i bumerang w owłosionej łapie.
- Wielkanocny Zając! - zapiszczała Anka i przytuliła się do wielkiego zająca.
Początkowo wyglądał na zdziwionego, ale gdy nas poznał odetchnął i uśmiechnął się przyjaźnie.
- Co was tu sprowadza? - zapytał zapraszając nas do środka.
- Ważne sprawy. Musimy porozmawiać z North'em. - odrzekłam.
Zając kiwnął głową i poprowadził nas do przytulnego salonu. Zachęcił nas gestem, abyśmy weszły do środka, po czym cicho zamknął za nami drzwi. W fotelu, naprzeciw kominka siedział Święty Mikołaj nucąc coś pod nosem.
- Mikołaju! - zawołała Anna.
Odwrócił się do nas.
- Ania! Elsa! Moje drogie! - wstał i uściskał nas serdecznie (prawie nas dusząc). - Co tam w Arendelle? Jack znowu narozrabiał?
Uśmiechnęłam się lekko.
- I tak i nie. Przybywamy w dość ważnej... bardzo ważnej sprawie. Musimy porozmawiać.
- Usiądźmy więc. - North uśmiechnął się ciepło i zaprosił nas na wielką kanapę.
Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam:
- Czy znasz może kobietę imieniem Kordiana? Zjawiła się u nas mówiąc, że znała Jack'a za ich życia, a potem umarła i uratował ją Księżyc. I, że żyła tutaj cały czas.
Mikołaj zmarszczył brwi i westchnął głęboko. Przez chwilę siedział w milczeniu. Anna spojrzała na mnie z lekkim niepokojem.
- Kordiana... byli parą. Ona i Jack. Gdy byli jeszcze ludźmi. Znali się chyba od dziecka. Bawili się razem, a potem opiekowali się siostrą Jack'a. Parą stali się z czasem. Gdy dorośli, wiecie. Zmądrzeli trochę. Ale ona zawsze... oczekiwała trochę za dużo. Daj jej palec, a weźmie całą rękę. Jack w końcu z nią nie wytrzymał. Stała się zbyt nachalna. Rozstali się niedługo przed śmiercią Jack'a. Później ona popełniła samobójstwo. Księżyc na szczęście się zlitował. Uczynił ją nieśmiertelną. Nie miała gdzie się podziać więc pozwoliłem jej mieszkać ze mną. Wiele razy widywała tu Jack'a, ale nigdy nie wyszła żeby się z nim spotkać. Nie wiem czemu. Teraz widocznie jej się odmieniło.
Przez cały czas siedziałam nieruchomo czekając aż cała kanapa zamarznie. Anna w pewnym momencie, chwyciła mnie za rękę, co zdecydowanie pomogło. Gdy North skończył mówić, odchrząknęłam.
- To nie wszystko. Co z dzieckiem? - zapytałam.
- Jakim dzieckiem? - Mikołaj uniósł brwi.
Anna spojrzała na mnie z triumfalnym uśmiechem.
- Kordiana powiedziała, że przed śmiercią zaszła w ciążę z Jack'iem. - powiedziałam.
North zaśmiał się.
- Na pewno nie! Kordiana w ciąży? Jack ojcem? Zmyśliła to. Proszę Was, mieli wtedy po dziewiętnaście lat. Nawet do głowy by im to nie przyszło. Pewnie powiedziała tak, żeby odzyskać Jack'a.
- Ale... - wtrąciła Anna. - ...jakim cudem nikt o niej nie wiedział? Nikt jej nie widział...!
North wzruszył ramionami.
- Ukrywała się. Pewnie czekała na właściwy moment. Zbierała się na duchu. - odrzekł.
- Co mamy teraz zrobić? - zapytałam. - Ona nie daje sobie wytłumaczyć, że Jack znalazł już inną żonę.
- Przykro mi, ale z tym musicie poradzić sobie same. - powiedział. - Nie mam wprawy w gadaniu z kobietami. Jak dla mnie to wy nie macie nic do tej sprawy. To Jack powinien osobiście się tym zająć i jej to wyjaśnić.
Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu.
- Dziękujemy. Do widzenia. - odezwałam się w końcu i pociągnęłam Annę do wyjścia.
- Już jedziemy? - jęknęła.
- Tak. Wracamy natychmiast. - gdy doszłyśmy do karocy podsadziłam ją, żeby szybko weszła, po czym wsiadłam sama. - Gdy Jack usłyszy, że dziecko to ściema, nabierze pewności siebie. North ma rację. Tylko on może to załatwić.
Ania kiwnęła głową i ruszyłyśmy w drogę powrotną.
- Elsa.
poniedziałek, 26 października 2015
Cóż to była za rozmowa!
Hejo,
Dziś dotarła do mnie bardzo ważna sprawa więc pobiegłam do sypialni Elsy i bez pukania weszłam.
- Elsa......- siostra leżała w łózku zapłakana, a Jack' a nie było.- Kristoff ma za niedługo urodziny!
- Och....- Elsa wytarła łzy i uśmiechnęła się sztucznie.- No to może urządzisz mu bal?
- o to przyszłam się zapytać? Ale co się stało? Czemu płaczesz?- bałam się o siostrę.
-Nic, ale...- zaczęła, ale znowu się rozpłakała.
- Ale... co?
- On ma z nią dziecko.- zatkało mnie.
- Co????- nie to było mocne.- I ON NIC CI NIE POWIEDZIAŁ?
- Sam się wczoraj dowiedział.
- A to zmienia postać rzeczy .- powiedziałam i usiadłam obok Elsy.
- Aniu, ale co teraz będzie?- przytuliła się do mnie.
- Nic musicie razem przez to przejść.
- Ale ona i jej dziecko może nas rozłączyć.
- A ja nie wierzę w to dziecko.On miał w tedy jakieś 17 no może 18 lat.Na pewno nie zrobił tego.
- Aniu, wiem że chcesz mnie pocieszyć, ale nie możesz. Tylko skoro ona wychowała to dziecko z Noth' em to czemu ani jej, ani dziecka nigdy nie spotkaliśmy, a byliśmy tam tyle razy.- Elsa zaczynała trzeźwo myśleć.
- Jest jeden sposób żeby się przekonać...
- Aniu nawet o tym nie myśl.
- Ale o czym?- zapytałam znając odpowiedź.
- Nie pojade do North'a.
- Elsa kochasz Jack'a.
- Tak, ale co to ma do rzeczy?
- Chcesz z nim byc.
- No tak.
- To jedź do North'a i dowiedz się prawdy, jeśli nie zaryzykujesz to go stracisz.- nakłaniałam Elsę przez wiele godzin, ale w końcu uległa i postanowiła jutro pjechać do North'a ze mną i oczywiście nic nie mówiąc Jack'owi. po wyjściu od Elsy poszłam do kuchni powiadomić wszystkich o balu z okazji urodzin Kristoff'a, oczywiście urodziny Kristoff' a i bal Halloween' owy miały odbyć sie jako jeden bal, wieści o balu rozbiegły się po całym Arendelle jeszcze zanim zaszło słonce, a Kristoff o niczym się nie dowiedział.
- Anna
Dziś dotarła do mnie bardzo ważna sprawa więc pobiegłam do sypialni Elsy i bez pukania weszłam.
- Elsa......- siostra leżała w łózku zapłakana, a Jack' a nie było.- Kristoff ma za niedługo urodziny!
- Och....- Elsa wytarła łzy i uśmiechnęła się sztucznie.- No to może urządzisz mu bal?
- o to przyszłam się zapytać? Ale co się stało? Czemu płaczesz?- bałam się o siostrę.
-Nic, ale...- zaczęła, ale znowu się rozpłakała.
- Ale... co?
- On ma z nią dziecko.- zatkało mnie.
- Co????- nie to było mocne.- I ON NIC CI NIE POWIEDZIAŁ?
- Sam się wczoraj dowiedział.
- A to zmienia postać rzeczy .- powiedziałam i usiadłam obok Elsy.
- Aniu, ale co teraz będzie?- przytuliła się do mnie.
- Nic musicie razem przez to przejść.
- Ale ona i jej dziecko może nas rozłączyć.
- A ja nie wierzę w to dziecko.On miał w tedy jakieś 17 no może 18 lat.Na pewno nie zrobił tego.
- Aniu, wiem że chcesz mnie pocieszyć, ale nie możesz. Tylko skoro ona wychowała to dziecko z Noth' em to czemu ani jej, ani dziecka nigdy nie spotkaliśmy, a byliśmy tam tyle razy.- Elsa zaczynała trzeźwo myśleć.
- Jest jeden sposób żeby się przekonać...
- Aniu nawet o tym nie myśl.
- Ale o czym?- zapytałam znając odpowiedź.
- Nie pojade do North'a.
- Elsa kochasz Jack'a.
- Tak, ale co to ma do rzeczy?
- Chcesz z nim byc.
- No tak.
- To jedź do North'a i dowiedz się prawdy, jeśli nie zaryzykujesz to go stracisz.- nakłaniałam Elsę przez wiele godzin, ale w końcu uległa i postanowiła jutro pjechać do North'a ze mną i oczywiście nic nie mówiąc Jack'owi. po wyjściu od Elsy poszłam do kuchni powiadomić wszystkich o balu z okazji urodzin Kristoff'a, oczywiście urodziny Kristoff' a i bal Halloween' owy miały odbyć sie jako jeden bal, wieści o balu rozbiegły się po całym Arendelle jeszcze zanim zaszło słonce, a Kristoff o niczym się nie dowiedział.
- Anna
niedziela, 25 października 2015
Nie wierzę w to...
Witajcie,
Obudziłam się dziś dość wcześnie i nie mogłam więcej zasnąć. Za bardzo przejmowałam się tą całą hrabiną Kordianą i tym co usłyszała Anna. Kordiana... jest nieśmiertelna, uratowana przez Księżyc, znali się z Jack'iem od... zawsze... czy nie wydaje się lepszą kandydatką na żonę niż ja dla Jack'a? A tak w ogóle, czy któraś z nas opisała Wam jej wygląd? Chyba nie. Jest bardzo wysoka (wzrostem dorównuje Jack'owi), dość szczupła, ma średniej długości, ciemne włosy i bardzo ciemne, wąskie oczy. Ogólnie jest całkiem atrakcyjna. Dlatego mam coraz większe wątpliwości czy Jack nie zastanawia się właśnie nad wyborem...
- Śnieżynko...? - moje rozmyślania przerwał zaspany głos Jack'a.
Z uroczo rozczochranymi włosami i z resztkami snów wypisanymi w oczach podniósł się lekko na poduszkach i uśmiechnął się do mnie.
- Wszystko gra? - zapytał.
Kiwnęłam głową.
- Hej... - pogłaskał mnie po policzku. - Przecież widzę, że czymś się martwisz. I czuję... - dodał z uśmiechem strzepując z kołdry płatki śniegu, które spadały powoli z spod baldachimu łóżka.
- Martwię się tą kobietą. - wyznałam. - Boję się, że... - głos mi się załamał i zacisnęłam powieki.
Jack z zatroskaną miną przytulił mnie do siebie i zaczął głaskać po włosach.
- Niczym się nie martw, Śnieżynko. - powiedział cicho. - Jesteś moją najpiękniejszą, najcudowniejszą, jedyną Śnieżynką i nigdy na nikogo bym Cię nie wymienił. Nigdy.
Uśmiechnęłam się i odwzajemniłam jego uścisk.
- Wiesz... może pójdziemy do niej razem i to wyjaśnimy? - zaproponował po chwili Jack.
Kiwnęłam głową z uśmiechem.
Trzy godziny później wyszliśmy razem do ogrodów.
- Gdzie ona się zatrzymała? - zapytałam wycofując z głowy dziwną myśl, że może hrabina nocuje w krzakach.
- Chyba gdzieś w mieście, ale sama chciała się tu spotkać. - odrzekł Jack. - Tak jakby chciała rozmawiać specjalnie pod twoimi oknami.
"Małpa." - pomyślałam, ale na głos tylko westchnęłam. Czekaliśmy chwilę, po czym kobieta nadeszła. Miała na sobie ciemno-liliowo-brązową sukienkę i długi szal owinięty wokół szyi i ramion. Gdy spostrzegła mnie, uniosła brwi.
- Dzień dobry. - powiedziała oschłym tonem. - Kto to? - zwróciła się do Jack'a.
- Moja żona. - odrzekł łapiąc mnie za rękę. - Chcemy z tobą pogadać. Musisz dać sobie spokój. Może kiedyś byliśmy blisko, ale kobieto... to było kilkaset lat temu! Opamiętaj się!
- O nie, kochany. - położyła ręce na biodrach. - To ty się opamiętaj!
Tym razem ja uniosłam brwi.
- Nie rozumiesz? - postanowiłam włączyć się do rozmowy. - Jack rozpoczął nowe życie. Nie wszystko musi kręcić się wokół ciebie...
- Kotku, ty lepiej się w ogóle w to nie mieszaj, bo ty... - zaczęła hrabina. - ... nie masz z tym zupełnie nic wspólnego.
- Nie mów tak do niej. - warknął Jack. - To twoja królowa!
- Nie mieszkam w Arendelle, tutejszą królową mogę mieć gdzieś. - prychnęła.
Zacisnęłam zęby i poprawiłam rękawiczki z trudem powstrzymując się od wycelowania w nią ostrego sopla.
- Przejdźmy do rzeczy i skup się lepiej, Jackie. - zrobiła krok w stronę Jack'a. - Może myślisz, że znalazłeś nowy dom, zaliczyłeś niezłą sztukę i masz spokój. Może już o mnie zapomniałeś. Ale niestety to co zaraz ci powiem zrujnuje wszystkie twoje plany.
Jack uniósł brwi wyczekująco.
- Pewnie nie pamiętasz już wszystkich chwil jakie spędziliśmy wspólnie przed śmiercią. Ale cóż... ja nie miałam jak zapomnieć. Przed śmiercią bowiem zostawiłeś mi pewien prezent. Maleńki, ale został ze mną aż do... zastanówmy się... ach tak. Do mniej więcej dziewięciu miesięcy po tym jak uratował mnie Księżyc.
Nogi się pode mną ugięły i poczułam, że zaraz stracę przytomność.
- Słucham? - zapytał Jack.
- Nie pamiętasz. - zaśmiała się Kordiana. - Jesteś bardzo rozrzutny Jackie. Zrobiłeś mi dzidziusia i sobie umarłeś. A ja urodziłam go spokojnie i wychowałam w domu Northa.
Jack wpatrywał się w nią bez słowa. Ja zacisnęłam powieki i pokręciłam głową. Poczułam jak ziemia pod moimi nogami pokrywa się lodem. Bez słowa rzuciłam się biegiem do pałacu.
- Elsa.
Obudziłam się dziś dość wcześnie i nie mogłam więcej zasnąć. Za bardzo przejmowałam się tą całą hrabiną Kordianą i tym co usłyszała Anna. Kordiana... jest nieśmiertelna, uratowana przez Księżyc, znali się z Jack'iem od... zawsze... czy nie wydaje się lepszą kandydatką na żonę niż ja dla Jack'a? A tak w ogóle, czy któraś z nas opisała Wam jej wygląd? Chyba nie. Jest bardzo wysoka (wzrostem dorównuje Jack'owi), dość szczupła, ma średniej długości, ciemne włosy i bardzo ciemne, wąskie oczy. Ogólnie jest całkiem atrakcyjna. Dlatego mam coraz większe wątpliwości czy Jack nie zastanawia się właśnie nad wyborem...
- Śnieżynko...? - moje rozmyślania przerwał zaspany głos Jack'a.
Z uroczo rozczochranymi włosami i z resztkami snów wypisanymi w oczach podniósł się lekko na poduszkach i uśmiechnął się do mnie.
- Wszystko gra? - zapytał.
Kiwnęłam głową.
- Hej... - pogłaskał mnie po policzku. - Przecież widzę, że czymś się martwisz. I czuję... - dodał z uśmiechem strzepując z kołdry płatki śniegu, które spadały powoli z spod baldachimu łóżka.
- Martwię się tą kobietą. - wyznałam. - Boję się, że... - głos mi się załamał i zacisnęłam powieki.
Jack z zatroskaną miną przytulił mnie do siebie i zaczął głaskać po włosach.
- Niczym się nie martw, Śnieżynko. - powiedział cicho. - Jesteś moją najpiękniejszą, najcudowniejszą, jedyną Śnieżynką i nigdy na nikogo bym Cię nie wymienił. Nigdy.
Uśmiechnęłam się i odwzajemniłam jego uścisk.
- Wiesz... może pójdziemy do niej razem i to wyjaśnimy? - zaproponował po chwili Jack.
Kiwnęłam głową z uśmiechem.
Trzy godziny później wyszliśmy razem do ogrodów.
- Gdzie ona się zatrzymała? - zapytałam wycofując z głowy dziwną myśl, że może hrabina nocuje w krzakach.
- Chyba gdzieś w mieście, ale sama chciała się tu spotkać. - odrzekł Jack. - Tak jakby chciała rozmawiać specjalnie pod twoimi oknami.
"Małpa." - pomyślałam, ale na głos tylko westchnęłam. Czekaliśmy chwilę, po czym kobieta nadeszła. Miała na sobie ciemno-liliowo-brązową sukienkę i długi szal owinięty wokół szyi i ramion. Gdy spostrzegła mnie, uniosła brwi.
- Dzień dobry. - powiedziała oschłym tonem. - Kto to? - zwróciła się do Jack'a.
- Moja żona. - odrzekł łapiąc mnie za rękę. - Chcemy z tobą pogadać. Musisz dać sobie spokój. Może kiedyś byliśmy blisko, ale kobieto... to było kilkaset lat temu! Opamiętaj się!
- O nie, kochany. - położyła ręce na biodrach. - To ty się opamiętaj!
Tym razem ja uniosłam brwi.
- Nie rozumiesz? - postanowiłam włączyć się do rozmowy. - Jack rozpoczął nowe życie. Nie wszystko musi kręcić się wokół ciebie...
- Kotku, ty lepiej się w ogóle w to nie mieszaj, bo ty... - zaczęła hrabina. - ... nie masz z tym zupełnie nic wspólnego.
- Nie mów tak do niej. - warknął Jack. - To twoja królowa!
- Nie mieszkam w Arendelle, tutejszą królową mogę mieć gdzieś. - prychnęła.
Zacisnęłam zęby i poprawiłam rękawiczki z trudem powstrzymując się od wycelowania w nią ostrego sopla.
- Przejdźmy do rzeczy i skup się lepiej, Jackie. - zrobiła krok w stronę Jack'a. - Może myślisz, że znalazłeś nowy dom, zaliczyłeś niezłą sztukę i masz spokój. Może już o mnie zapomniałeś. Ale niestety to co zaraz ci powiem zrujnuje wszystkie twoje plany.
Jack uniósł brwi wyczekująco.
- Pewnie nie pamiętasz już wszystkich chwil jakie spędziliśmy wspólnie przed śmiercią. Ale cóż... ja nie miałam jak zapomnieć. Przed śmiercią bowiem zostawiłeś mi pewien prezent. Maleńki, ale został ze mną aż do... zastanówmy się... ach tak. Do mniej więcej dziewięciu miesięcy po tym jak uratował mnie Księżyc.
Nogi się pode mną ugięły i poczułam, że zaraz stracę przytomność.
- Słucham? - zapytał Jack.
- Nie pamiętasz. - zaśmiała się Kordiana. - Jesteś bardzo rozrzutny Jackie. Zrobiłeś mi dzidziusia i sobie umarłeś. A ja urodziłam go spokojnie i wychowałam w domu Northa.
Jack wpatrywał się w nią bez słowa. Ja zacisnęłam powieki i pokręciłam głową. Poczułam jak ziemia pod moimi nogami pokrywa się lodem. Bez słowa rzuciłam się biegiem do pałacu.
- Elsa.
sobota, 24 października 2015
Szpiegowanie :)
Hejo,
Przepraszam że nie pisałyśmy, ale razem z Elsą byłyśmy zajęte sprawą z hrabiną.
Gdy dziś rano wstałam i postanowiłam pójść do Elsy zobaczyłam Jack' a i postanowiłam iść za nim.
- Jak to możliwe że, że...- powiedział nie witając się ze swoją rozmówczynią, która siedziała w różanej altanie Elsy, oczywiście to była hrabina.
- Och, Jack postanowiłeś jednak przyjść.- uśmiechnęła się.
- Jak to możliwe że żyjesz?- zapytał Jack władczym tonem.
- Och czy ty na pewno chcesz wiedzieć?- zapytała go.
- Jak...?- zaczął Jack, ale ona mu przerwała.
- No dobrze, już ci mówię. Kiedy twoja siostra przybiegła do wioski i krzyczała o pomoc, bo wpadłeś do jeziora, wszyscy pobiegli, ale kiedy tam dobiegliśmy ludzie powiedzieli że zanurkowanie grozi śmiercią i że ty na pewno już nie żyjesz. Ja bardzo to przeżywałam i dokładnie rok po tym wypadku nie dałam rady i z samego rana poszłam nad jezioro i powiesiłam się na jednym z drzew, na moje nieszczęście, wtedy mi się tak wydawało, przyleciał North...- mówiła tak jakby ćwiczyła to wiele lat.
- Skąd znasz North' a?- zapytał Jack.
- Daj mi dokończyć. I myślałam że on mnie uratował i żyję, ale on wytłumaczył mi że nie żyję jestem duchem, później zamieszkałam u niego.- rozłożyła ręce, a minę miała w stylu '' Ta dam''
- Ale przecież... Co z moimi rodzicami i z siostrą, co z twoimi rodzicami przecież oni cię kochali nie mogli bez ciebie żyć i jak po twojej stracie dalej prowadzili wioskę?- Jack zadał te wszystkie pytania na jednym wdechu.
- Twoi rodzice wyprowadzili się, a twoja siostra próbowała cię ratować i także się utopiłam, a moi rodzice tak jak powiedziałeś nie potrafili beze mnie żyć i także się powiesili. A wioskę spalono, bo stwierdzono że to wioska duchów i śmiecie po pięciu śmierciach w ciągu roku.- powiedziała to z takim smutkiem.
- No cóż, ale po co mnie znalazłaś?- Jack powoli wychodził z szoku po tym jak się dowiedział tego wszystkiego.
- Jack ja cię kocham i teraz kiedy jestem nieśmiertelna...
- No właśnie wciąż nie odpowiedziałaś na pytanie.
- North poprosił księżyc o moją nieśmiertelność, nie jestem strażnikiem, ale istnieję i bardzo cię kocham i chce z tobą być i nikt mi cię nie zabierze.- przytuliła go i chciała pocałować i kiedy już myślałam że go pocałuje on się od niej odsunął.
- Ale ja mam żonę, którą kocham i na pewno jej nie zdradzę, a poza tym ja cię nie kocham.- powiedział Jack i odleciał zostawiając ją samą w altanie, a ja poszłam do Elsy żeby jej wszystko powiedzieć i kiedy weszłam do jej sypialni to już nie spała, opowiedziałam jej wszystko i przez cały czas płakała, ale kiedy jej powiedziałam co on powiedziała hrabinie na końcu to uśmiechnęła się i powiedziała.
- Kocham go i też bym go nigdy nie zdradziła.
- Anna
środa, 21 października 2015
Razem jakoś sobie poradzimy...
Witajcie,
Rano bez zastanowienia poszłam do Anny i opowiedziałam jej o wszystkim co słyszałam przez balkon.
- To... - zaczęła z niedowierzającą miną. - ...nie...niewiarygodne. O co w ogóle chodzi? Brzmi jakby to była jakaś jego była dziewczyna.
- Wiem. - odrzekłam. - Ale myślałam, że... jeśli jest jego byłą to skąd się tu wzięła i czego od niego chce? I dlaczego on tak dziwnie się zachowywał?
- I dlaczego po prostu nam tego nie powiedział? - kontynuowała Ania. - Przecież jeśli jest tak jak myślimy, to nie jego wina, że jego była się tu przypałętała.
Kiwnęłam głową.
- Porozmawiam z nim. - powiedziałam po chwili wstając.
- Tylko delikatnie. Królowa-morderczyni nie byłaby mile widziana.
Uśmiechnęłam się lekko i wyszłam. Nadal byłam zła, ale w tamtej chwili myślałam tylko o tym, aby Jack mi wytłumaczył co tu się dzieje. Możliwe przecież, że sam nie wie co robić. Czekałam na niego długo. Zjawił się w zamku dopiero po południu.
- Jack. - odezwałam się.
Zatrzymał się w drzwiach i spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem.
- Kim jest ta kobieta?
Wziął głęboki oddech i zrobił krok do przodu.
- Nic Ci nie zrobię. - przewróciłam oczami. - Chcę tylko szczerych wyjaśnień.
Stał chwilę bez ruchu po czym przysunął drewniane, białe krzesełko stojące przy toaletce i usiadł obok mnie.
- Wszystko byłoby o wiele łatwiejsze... - zaczął cicho. - ...gdybym sam to rozumiał.
- Jak to? - zapytałam.
- Przyjaźniłem się z Kordianą kiedy... zanim... właściwie od setek lat powinna nie żyć. - powiedział.
- Słucham?! - wyrwało mi się.
Kiwnął lekko głową.
- To wszystko działo się zanim stałem się Strażnikiem. Poznaliśmy się w mojej wiosce.
- Znałeś ją... za życia? - zapytałam z niedowierzaniem.
Ponownie kiwnął głową i zmarszczył brwi.
- Sama widzisz, że to nawet dla mnie niesamowicie trudne i jestem totalnie zagubiony. Próbowałem dowiedzieć się jakim cudem żyje, ale nie dowiedziałem się.
- Ale czego ona od Ciebie chce?
- Jakoś odnalazła mnie po... takim czasie. Pewnie uważa, że dalej chcę z nią być. - odrzekł.
Spuściłam głowę. Jack natychmiast odczytał moje myśli i uniósł delikatnie mój podbródek.
- Nie potrafi zrozumieć, że odnalazłem swoje szczęście. W mojej jedynej, kochanej Śnieżynce. - szepnął.
Uśmiechnęłam się lekko, a on pocałował mnie.
- Musisz dowiedzieć się jakim cudem się tu znalazła i czy na pewno nie stanowi dla nas większego zagrożenia. - powiedziałam po chwili.
- Dobrze. - odrzekł Jack. - Razem jakoś sobie poradzimy.
- Elsa.
Rano bez zastanowienia poszłam do Anny i opowiedziałam jej o wszystkim co słyszałam przez balkon.
- To... - zaczęła z niedowierzającą miną. - ...nie...niewiarygodne. O co w ogóle chodzi? Brzmi jakby to była jakaś jego była dziewczyna.
- Wiem. - odrzekłam. - Ale myślałam, że... jeśli jest jego byłą to skąd się tu wzięła i czego od niego chce? I dlaczego on tak dziwnie się zachowywał?
- I dlaczego po prostu nam tego nie powiedział? - kontynuowała Ania. - Przecież jeśli jest tak jak myślimy, to nie jego wina, że jego była się tu przypałętała.
Kiwnęłam głową.
- Porozmawiam z nim. - powiedziałam po chwili wstając.
- Tylko delikatnie. Królowa-morderczyni nie byłaby mile widziana.
Uśmiechnęłam się lekko i wyszłam. Nadal byłam zła, ale w tamtej chwili myślałam tylko o tym, aby Jack mi wytłumaczył co tu się dzieje. Możliwe przecież, że sam nie wie co robić. Czekałam na niego długo. Zjawił się w zamku dopiero po południu.
- Jack. - odezwałam się.
Zatrzymał się w drzwiach i spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem.
- Kim jest ta kobieta?
Wziął głęboki oddech i zrobił krok do przodu.
- Nic Ci nie zrobię. - przewróciłam oczami. - Chcę tylko szczerych wyjaśnień.
Stał chwilę bez ruchu po czym przysunął drewniane, białe krzesełko stojące przy toaletce i usiadł obok mnie.
- Wszystko byłoby o wiele łatwiejsze... - zaczął cicho. - ...gdybym sam to rozumiał.
- Jak to? - zapytałam.
- Przyjaźniłem się z Kordianą kiedy... zanim... właściwie od setek lat powinna nie żyć. - powiedział.
- Słucham?! - wyrwało mi się.
Kiwnął lekko głową.
- To wszystko działo się zanim stałem się Strażnikiem. Poznaliśmy się w mojej wiosce.
- Znałeś ją... za życia? - zapytałam z niedowierzaniem.
Ponownie kiwnął głową i zmarszczył brwi.
- Sama widzisz, że to nawet dla mnie niesamowicie trudne i jestem totalnie zagubiony. Próbowałem dowiedzieć się jakim cudem żyje, ale nie dowiedziałem się.
- Ale czego ona od Ciebie chce?
- Jakoś odnalazła mnie po... takim czasie. Pewnie uważa, że dalej chcę z nią być. - odrzekł.
Spuściłam głowę. Jack natychmiast odczytał moje myśli i uniósł delikatnie mój podbródek.
- Nie potrafi zrozumieć, że odnalazłem swoje szczęście. W mojej jedynej, kochanej Śnieżynce. - szepnął.
Uśmiechnęłam się lekko, a on pocałował mnie.
- Musisz dowiedzieć się jakim cudem się tu znalazła i czy na pewno nie stanowi dla nas większego zagrożenia. - powiedziałam po chwili.
- Dobrze. - odrzekł Jack. - Razem jakoś sobie poradzimy.
- Elsa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)