Witajcie,
We wtorek wieczorem odbył się bal na cześć narodzin Leny. Jednak całą wcześniejszą noc i pół dnia przesiedzieliśmy wszyscy nad maleńką księżniczką, bo płakała bez przerwy i nikt nie mógł zasnąć.
- Może jest głodna? - zapytał Kristoff.
- Karmiłam ją minutę temu! - zawoła Anna biorąc Lenę na ręce. - Ciii, słoneczko, mamusia tu jest. - powiedziała i delikatnie pocałowała córkę w główkę. Ona jednak rozpłakała się jeszcze bardziej. - Nie, no, ty z nią pogadaj.
I podała ją Kristoff'owi.
- Cześć moje Leniątko. Czemu tak płaczesz? - zagadał do dziecka.
Dziewczynka spojrzała na niego wielkimi oczkami i rozpłakała się na nowo.
- O, Elsa! - zawołała Anna. - Wyczaruj coś!
Uśmiechnęłam się do niej, ściągnęłam rękawiczki i wyczarowałam nad Leną w powietrzu lodowe wzroki i maleńkie płatki śniegu. Przestała płakać, otworzyła buzię i przez chwilę patrzyła bez ruchu. Kiedy płatki zniknęły zaczęła znowu płakać. Kristoff odezwał się do Jack'a:
- Te, wujek. Potrzymaj! - i podał mu Lenę. Jack przytulił ją lekko do siebie. Od razu przestała płakać i nawet jakby się uśmiechnęła.
- Widzicie? - Jack zrobił dumną minę. - Jestem idealną matką.
- Taa... to może zostaniesz ze swoją ukochaną Lenką, a my pójdziemy sobie pogadać, czy coś... - zaproponowała Anna.
- Ee... może. Albo i nie... - odrzekł Jack.
- Idźcie, musicie odpocząć. - powiedziałam. Anna przytuliła mnie i wyszli razem z Kristoff'em.
- No dobrze, idealna matko pokaż co potrafisz. - usiadłam na bujanym fotelu i uśmiechnęłam się do Jack'a. - Wiesz, że dzieci lubią kołysanki?
- Ależ oczywiście. - odpowiedział Jack. - Zaśpiewać jej coś?
Kiwnęłam głową i wsunęłam z powrotem rękawiczki.
- No więc... - Jack zrobił zamyśloną minę. Po chwili zaśpiewał cicho:
- Śpij Lenusiu, śpij,
o mamusi śnij,
Mrokiem się nie przejmuj,
choć jest bardzo zły.
O Roszpunce nie myśl,
to zaszkodzi Ci,
będziesz upośledzona,
tak wydaje się mi.
Lecz gdy zaśniesz słodko,
Roszpunka pójdzie precz,
Mrok to taka idiotka,
co...nie wie co to mecz.
- Jack... piękna kołysanka, ale ona chyba jest trochę za mała na Roszpunkę i Mroka. - powiedziałam.
Jack wyszczerzył do mnie zęby i podał mi Lenę.
- Teraz ty.
- Co teraz ja?
- Teraz ty śpiewasz. - Jack usiadł na ziemi po turecku.
Westchnęłam i zaśpiewałam:
- Śpij Lenusiu, śpij,
o mamusi śnij,
Niczym się nie przejmuj,
Tak śpiewamy Ci.
Chociaż Jack tu siedzi,
i rozśmiesza nas,
wszyscy dawno wiedzą,
że na sen już czas.
W tym momencie weszła Anna.
- Bałam się trochę, że Jack... - zaczęła, ale widząc, że Lena zasnęła uśmiechnęła się, wzięła ją ode mnie i położyła w kołysce.
- Jak to zrobiliście? - zapytała szeptem.
- Zaśpiewałem jej kołysankę. - odrzekł Jack dumnie wypinając pierś.
- Tak. - powiedziałam. - Jack to bardzo uzdolniony wujek.
- Matka. - poprawił Jack.
I poszliśmy do sypialni.
Na balu nie działo się nic ciekawego, oprócz tego, że wszyscy zachwycali się Leną. A ostatnie dni i noce spędziliśmy na siedzeniu w jej pokoiku.
- Elsa.
czwartek, 8 stycznia 2015
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Witamy, Lenuś!
Witajcie,
Dziś w nocy stało się coś co zmieniło nasze życie na zawsze.
Około jedenastej w nocy pracowałam w swojej komnacie. Nagle usłyszałam Kristoff'a zza ściany:
- Teraz?! Tak teraz?! Elsa!!! Jack!!!
Pobiegłam szybko do sypialni jego i Anny. Na korytarzu prawie dobiłam do Jack'a.
- Co się dzieje? - zapytał zdezorientowany.
- Nie wiem! - odrzekłam i wbiegliśmy do pokoju. Anna siedziała na łóżku i trzymała się za brzuch.
- Dziecko!! - krzyknął Kristoff. - Rodzi się!!
- Lekarza! - krzyknął Jack i zaczął biegać w kółko.
Szybko przeanalizowałam całą sytuację i zamroziłam niechcący podłogę. Jednak opanowałam się i rozkazałam Jack'owi pobiec po medyków. Sama podbiegłam do Anny i chwyciłam ją mocno za rękę.
- Oddychaj głęboko. Spokojnie. - próbowałam tak naprawdę uspokoić samą siebie.
W jednej chwili do pokoju wpadło kilkunastu lekarzy.
- Proszę wyjść. Musimy przeprowadzić poród spokojnie i bez tłumu.
- Nie! - krzyknęła Anna. - Niech ktoś ze mną zostanie!
Mężczyźni otoczyli Annę zakładając lekarskie kitle.
- Ja zostanę! - krzyknęłam nie chcąc puścić Anny.
- Nie, proszę wyjść Wasza Wysokość. - odrzekł jeden z lekarzy. - Mąż może zostać.
- Nie! - zobaczyłam zrozpaczoną Annę, ale Jack pociągnął mnie na zewnątrz, a lekarze zamknęli pokój od wewnątrz. Usłyszałam krzyk Anny.
- Aniu!! - z rozpaczą wyrwałam się Jack'owi i zaczęłam dobijać się do środka.
- Elsa, zostaw! Wszystko będzie dobrze! - odciągnął mnie i przytulił mocno. Cały korytarz pokrył się warstwą lodu, ale odwzajemniłam uścisk Jack'a. Spędziliśmy ponad godzinę na korytarzu słysząc krzyki Anny. Nie mogąc się opanować chodziłam to w jedną, to w drugą stronę przed drzwiami.
- Uspokój, się, bo dostaniesz zawału. - odezwał się Jack siadając pod ścianą.
- Jak mam nie dostać zawału?! Moja siostra rodzi! - odrzekłam.
Przez dwie następne godziny, to chodziłam w te i we wte, to siedziałam wtulona w Jack'a, to mówiłam zrozpaczona sama do siebie. W końcu z pokoju wyszedł jeden z lekarzy. Podbiegłam do niego i zaczęłam wypytywać:
- Co z Anną? Urodziła? Wszystko w porządku? Dziecko jest zdrowe? Kristoff żyje?
Lekarz uśmiechnął się i ukłonił lekko.
- Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Mama, tata i dziecko są zdrowi i szczęśliwi.
Jack wstał i podszedł do nas.
- Możemy do nich wejść? - zapytał.
- Oczywiście. - lekarz otworzył nam drzwi.
Z prędkością światła znalazłam się w środku i podbiegłam do łóżka. Siedziała na nim Anna w koszuli szpitalnej, obok niej Kristoff, a ona w różowym kocyku trzymała na rękach maleńkie niemowlę.
- Hej maleńka... - Jack podleciał do Anny.
Ja stałam z otwartymi ustami i nie mogłam wydusić ani słowa. Anna widząc moją minę zaśmiała się i powiedziała do dziecka:
- Widzisz, Lenuś? Jesteś taka śliczna, że ciocię zamroziło.
Uśmiechnęłam się i podeszłam bliżej.
- Jaka ona...maleńka. - odezwałam się. - Hej, Lenuś. Nawet nie wiesz jak miło Cię widzieć...
- Elsa, czy ty płaczesz? - Jack wyszczerzył do mnie zęby.
Otarłam łzę z policzka.
- Nie. Może trochę...ze szczęścia. - odrzekłam z uśmiechem przyglądając się siostrzenicy.
- Nie no, ludzie, Elsa się wzruszyła! - zawołał Kristoff.
- Hej, Jack! - zawołała Anna. - Chcesz potrzymać Lenkę jako pierwszy oprócz mnie?
- Ee... może lepiej nie... - jęknął Jack, ale Anna podała mu delikatnie dziecko.
Wziął je i uśmiechnął się od razu.
- No spójrzcie tylko. Żywy ja.
- Jasne. - zaśmiał się Kristoff. - Odziedziczyła geny po wujku.
Ja w tym czasie wyczarowałam małego, lodowego misia z kokardką na szyi.
- Proszę. - położyłam go na łóżku przy Annie. - Prezent od cioci.
- Eee...wujek też się pod nim podpisze. - dodał Jack.
Zaśmialiśmy się wszyscy. Nagle wszedł lekarz.
- Musimy poprosić o zostawienie samych księżniczki i dziecka. Zostały do wykonania ostatnie badania.
Kiwnęłam głową. Jack przekazał Annie Lenę i wyszliśmy razem z Kristoff'em, a ja zabrałam lodowego misia aby położyć go w kołysce Leny. Poszliśmy w trójkę do jej ślicznego pokoiku.
- I co, Kristoff? - zaczął Jack. - Jak się czujesz z faktem iż zostałeś właśnie ojcem?
- Cudownie. Lena wyrośnie na piękną dziewczynkę, jak mama. - odrzekł Kristoff poprawiając zasłony w oknach.
Włożyłam misia do kołyski i westchnęłam.
- A jak królowa? - Jack podleciał do mnie. - Jak wrażenia...?
- Jack uspokój się. - uśmiechnęłam się do niego.
Do pokoju wpadły trzy służące.
- Królowo! - ukłoniły się nie mogąc powstrzymać śmiechu i ogólnej radości. - Wszyscy czekają na odpowiedź czy dziecko i księżniczka Anna są zdrowe.
- Są zdrowe. - odrzekłam z uśmiechem.
- A... imię dziecka? - dodała druga kobieta.
- Lena. - powiedział Kristoff.
Służące wybiegły z piskiem i po chwili usłyszeliśmy z dołu:
- Księżniczka nazywa się Lena! I jest zdrowa! Hurraaa!
Zaśmialiśmy się. Jakiś czas później wróciliśmy do Anny i Leny i zostaliśmy z nimi na długo. Zaś jutro wieczorem odbędzie się bal narodzinowy. Mam nadzieję, że z Leną będzie wszystko w porządku. Życzmy jej aby rosła na śliczną, i mądrą dziewczynkę.
- Elsa.
Dziś w nocy stało się coś co zmieniło nasze życie na zawsze.
Około jedenastej w nocy pracowałam w swojej komnacie. Nagle usłyszałam Kristoff'a zza ściany:
- Teraz?! Tak teraz?! Elsa!!! Jack!!!
Pobiegłam szybko do sypialni jego i Anny. Na korytarzu prawie dobiłam do Jack'a.
- Co się dzieje? - zapytał zdezorientowany.
- Nie wiem! - odrzekłam i wbiegliśmy do pokoju. Anna siedziała na łóżku i trzymała się za brzuch.
- Dziecko!! - krzyknął Kristoff. - Rodzi się!!
- Lekarza! - krzyknął Jack i zaczął biegać w kółko.
Szybko przeanalizowałam całą sytuację i zamroziłam niechcący podłogę. Jednak opanowałam się i rozkazałam Jack'owi pobiec po medyków. Sama podbiegłam do Anny i chwyciłam ją mocno za rękę.
- Oddychaj głęboko. Spokojnie. - próbowałam tak naprawdę uspokoić samą siebie.
W jednej chwili do pokoju wpadło kilkunastu lekarzy.
- Proszę wyjść. Musimy przeprowadzić poród spokojnie i bez tłumu.
- Nie! - krzyknęła Anna. - Niech ktoś ze mną zostanie!
Mężczyźni otoczyli Annę zakładając lekarskie kitle.
- Ja zostanę! - krzyknęłam nie chcąc puścić Anny.
- Nie, proszę wyjść Wasza Wysokość. - odrzekł jeden z lekarzy. - Mąż może zostać.
- Nie! - zobaczyłam zrozpaczoną Annę, ale Jack pociągnął mnie na zewnątrz, a lekarze zamknęli pokój od wewnątrz. Usłyszałam krzyk Anny.
- Aniu!! - z rozpaczą wyrwałam się Jack'owi i zaczęłam dobijać się do środka.
- Elsa, zostaw! Wszystko będzie dobrze! - odciągnął mnie i przytulił mocno. Cały korytarz pokrył się warstwą lodu, ale odwzajemniłam uścisk Jack'a. Spędziliśmy ponad godzinę na korytarzu słysząc krzyki Anny. Nie mogąc się opanować chodziłam to w jedną, to w drugą stronę przed drzwiami.
- Uspokój, się, bo dostaniesz zawału. - odezwał się Jack siadając pod ścianą.
- Jak mam nie dostać zawału?! Moja siostra rodzi! - odrzekłam.
Przez dwie następne godziny, to chodziłam w te i we wte, to siedziałam wtulona w Jack'a, to mówiłam zrozpaczona sama do siebie. W końcu z pokoju wyszedł jeden z lekarzy. Podbiegłam do niego i zaczęłam wypytywać:
- Co z Anną? Urodziła? Wszystko w porządku? Dziecko jest zdrowe? Kristoff żyje?
Lekarz uśmiechnął się i ukłonił lekko.
- Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Mama, tata i dziecko są zdrowi i szczęśliwi.
Jack wstał i podszedł do nas.
- Możemy do nich wejść? - zapytał.
- Oczywiście. - lekarz otworzył nam drzwi.
Z prędkością światła znalazłam się w środku i podbiegłam do łóżka. Siedziała na nim Anna w koszuli szpitalnej, obok niej Kristoff, a ona w różowym kocyku trzymała na rękach maleńkie niemowlę.
- Hej maleńka... - Jack podleciał do Anny.
Ja stałam z otwartymi ustami i nie mogłam wydusić ani słowa. Anna widząc moją minę zaśmiała się i powiedziała do dziecka:
- Widzisz, Lenuś? Jesteś taka śliczna, że ciocię zamroziło.
Uśmiechnęłam się i podeszłam bliżej.
- Jaka ona...maleńka. - odezwałam się. - Hej, Lenuś. Nawet nie wiesz jak miło Cię widzieć...
- Elsa, czy ty płaczesz? - Jack wyszczerzył do mnie zęby.
Otarłam łzę z policzka.
- Nie. Może trochę...ze szczęścia. - odrzekłam z uśmiechem przyglądając się siostrzenicy.
- Nie no, ludzie, Elsa się wzruszyła! - zawołał Kristoff.
- Hej, Jack! - zawołała Anna. - Chcesz potrzymać Lenkę jako pierwszy oprócz mnie?
- Ee... może lepiej nie... - jęknął Jack, ale Anna podała mu delikatnie dziecko.
Wziął je i uśmiechnął się od razu.
- No spójrzcie tylko. Żywy ja.
- Jasne. - zaśmiał się Kristoff. - Odziedziczyła geny po wujku.
Ja w tym czasie wyczarowałam małego, lodowego misia z kokardką na szyi.
- Proszę. - położyłam go na łóżku przy Annie. - Prezent od cioci.
- Eee...wujek też się pod nim podpisze. - dodał Jack.
Zaśmialiśmy się wszyscy. Nagle wszedł lekarz.
- Musimy poprosić o zostawienie samych księżniczki i dziecka. Zostały do wykonania ostatnie badania.
Kiwnęłam głową. Jack przekazał Annie Lenę i wyszliśmy razem z Kristoff'em, a ja zabrałam lodowego misia aby położyć go w kołysce Leny. Poszliśmy w trójkę do jej ślicznego pokoiku.
- I co, Kristoff? - zaczął Jack. - Jak się czujesz z faktem iż zostałeś właśnie ojcem?
- Cudownie. Lena wyrośnie na piękną dziewczynkę, jak mama. - odrzekł Kristoff poprawiając zasłony w oknach.
Włożyłam misia do kołyski i westchnęłam.
- A jak królowa? - Jack podleciał do mnie. - Jak wrażenia...?
- Jack uspokój się. - uśmiechnęłam się do niego.
Do pokoju wpadły trzy służące.
- Królowo! - ukłoniły się nie mogąc powstrzymać śmiechu i ogólnej radości. - Wszyscy czekają na odpowiedź czy dziecko i księżniczka Anna są zdrowe.
- Są zdrowe. - odrzekłam z uśmiechem.
- A... imię dziecka? - dodała druga kobieta.
- Lena. - powiedział Kristoff.
Służące wybiegły z piskiem i po chwili usłyszeliśmy z dołu:
- Księżniczka nazywa się Lena! I jest zdrowa! Hurraaa!
Zaśmialiśmy się. Jakiś czas później wróciliśmy do Anny i Leny i zostaliśmy z nimi na długo. Zaś jutro wieczorem odbędzie się bal narodzinowy. Mam nadzieję, że z Leną będzie wszystko w porządku. Życzmy jej aby rosła na śliczną, i mądrą dziewczynkę.
- Elsa.
sobota, 3 stycznia 2015
Już niedługo...
Witajcie,
Dziś w nocy około pierwszej obudził mnie odgłos otwieranych drzwi. Usiadłam na łóżku i przetarłam oczy.
- Jack? - wymamrotałam.
- To ja, Elsuś. - zobaczyłam siostrę ze słabym uśmiechem zbliżającą się do łóżka.
- Coś się stało? - zapytałam.
Anna usiadła przy mnie i pogładziła się po brzuchu.
- Nie czuję się za dobrze. - odrzekła. - W dodatku miałam taki straszny sen...
Nagle jej oczy wypełniły się łzami.
Szybko przytuliłam ją.
- Boję się, Elsuś. To już naprawdę niedługo. - spojrzała na swój brzuch. - A jak sobie nie poradzę?
- Przecież już to przerabiałyśmy. - pogłaskałam ją po głowie. - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy.
- Mogę dzisiaj spać z tobą? - zapytała Ania pociągając nosem.
- Oczywiście. Tylko nie zdziw się jak rano wparuje tu Jack. - uśmiechnęłam się.
Anna zaśmiała się i położyła obok mnie. Przykryłam ją i pocałowałam w czoło.
- Dobranoc Anuś.
I obie zasnęłyśmy.
- Elsa.
Dziś w nocy około pierwszej obudził mnie odgłos otwieranych drzwi. Usiadłam na łóżku i przetarłam oczy.
- Jack? - wymamrotałam.
- To ja, Elsuś. - zobaczyłam siostrę ze słabym uśmiechem zbliżającą się do łóżka.
- Coś się stało? - zapytałam.
Anna usiadła przy mnie i pogładziła się po brzuchu.
- Nie czuję się za dobrze. - odrzekła. - W dodatku miałam taki straszny sen...
Nagle jej oczy wypełniły się łzami.
Szybko przytuliłam ją.
- Boję się, Elsuś. To już naprawdę niedługo. - spojrzała na swój brzuch. - A jak sobie nie poradzę?
- Przecież już to przerabiałyśmy. - pogłaskałam ją po głowie. - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy.
- Mogę dzisiaj spać z tobą? - zapytała Ania pociągając nosem.
- Oczywiście. Tylko nie zdziw się jak rano wparuje tu Jack. - uśmiechnęłam się.
Anna zaśmiała się i położyła obok mnie. Przykryłam ją i pocałowałam w czoło.
- Dobranoc Anuś.
I obie zasnęłyśmy.
- Elsa.
czwartek, 1 stycznia 2015
Sylwester!
Witajcie,
Wczoraj spędziliśmy Sylwestra w jadalni, choć przed północą musiałam wyjść na dziedziniec do zebranych tam poddanych. Wszyscy tańczyli, puszczali fajerwerki i bawili się przed pałacem. Z wybiciem północy wyczarowałam nad dziedzińcem ogromne lodowe fajerwerki, przybierające kształty śnieżynek. Kiedy kilka minut później wróciłam do jadalni zobaczyłam Kristoff'a i Jack'a siłujących się z otwarciem szampana. Anna siedziała przy stole i zanosiła się śmiechem.
- Weź...to trzymaj! - krzyknął Jack i w jednej chwili udało im się otworzyć szampana przez co Kristoff wylądował z butelką pod ścianą, a Jack oblany szampanem, który trysnął z butelki wpadł na mnie.
- Nie można Was na chwilę samych zostawić. - uśmiechnęłam się i pomogłam Jack'owi wstać.
Anna wstała i przytuliła nas wszystkich krzycząc:
- Nowy roook! Hurraaaaa!
Kristoff zaśmiał się i uniósł szampana mówiąc:
- No, to komu nalać?
Anna posmutniała.
- Mi nie...
- Aniu.. - przytuliłam ją. - Nie smuć się.
- Skoro Anka nie może to ja też nie. - oświadczył Kristoff oddając szampana Jack'owi.
- Krzysiuniu, nie... - Anna pokręciła głową.
- Ależ właśnie, że tak, słoneczko. - pocałował ją w czoło.
Jack spojrzał na mnie z uśmiechem w jednej ręce z butelką, a w drugiej z kieliszkami.
- Może znajdziemy sobie bardziej ustronne miejsce?
- Ale...Anna i Kristoff... - odrzekłam spoglądając na siostrę.
- Idźcie, idźcie. - uśmiechnęła się Anna. - My sobie tu posiedzimy... pod kocykiem...
Jack pociągnął mnie korytarzem prowadzącym... na zewnątrz?
- Jack, gdzie my idziemy?
- Jak to gdzie? - Jack trochę zwolnił i podał mi jeden kieliszek.
- Chyba wolałabym iść... do sypialni?
Jack uniósł brwi i zastąpił mi drogę.
- Do sypialni? Elsa? Elsa chce do sypialni? Ludzie, ludzie!
I zaczął biegać w kółko po korytarzu.
- Jack, zamknij się. - złapałam go rękę.
On przybrał swój chytry uśmiech.
- Elso...Eelsoo...
- Czy ty już coś piłeś?
- Nie. Nie, nie, nie. Ale cieszy mnie ogromnie twa nagła chęć. - Jack zmienił kierunek i poszliśmy na górę.
- Ja... - zaczęłam. - Nie chciałam do sypialni po to...tylko żeby tam...być.
- Mhm.. już ja cię dobrze znam, śnieżynko.
W tej chwili weszliśmy do mojej sypialni. Jack od razu pobiegł do łóżka, usiadł i nalał szampana do dwóch kieliszków. Wzięłam jeden z ich i usiadłam obok niego.
- Za zdrowie jej Królewskiej Mości! - zawołał Jack.
I nie spaliśmy chyba do czwartej. Rano obudziła nas Anna.
- Hej, śpiochy! Upiliście się bardzo? - zawołała siadając po mojej stronie łóżka.
- Mhm... - mruknął Jack i schował się pod kołdrą.
Ania pociągnęła za kołdrę z chytrym uśmiechem.
- Aniu... nie. - jęknęłam podciągając kołdrę z powrotem.
- Ooooch... - westchnęła Anna i wyszła.
I tak leżeliśmy w łóżku chyba do jedenastej.
- Elsa.
Wczoraj spędziliśmy Sylwestra w jadalni, choć przed północą musiałam wyjść na dziedziniec do zebranych tam poddanych. Wszyscy tańczyli, puszczali fajerwerki i bawili się przed pałacem. Z wybiciem północy wyczarowałam nad dziedzińcem ogromne lodowe fajerwerki, przybierające kształty śnieżynek. Kiedy kilka minut później wróciłam do jadalni zobaczyłam Kristoff'a i Jack'a siłujących się z otwarciem szampana. Anna siedziała przy stole i zanosiła się śmiechem.
- Weź...to trzymaj! - krzyknął Jack i w jednej chwili udało im się otworzyć szampana przez co Kristoff wylądował z butelką pod ścianą, a Jack oblany szampanem, który trysnął z butelki wpadł na mnie.
- Nie można Was na chwilę samych zostawić. - uśmiechnęłam się i pomogłam Jack'owi wstać.
Anna wstała i przytuliła nas wszystkich krzycząc:
- Nowy roook! Hurraaaaa!
Kristoff zaśmiał się i uniósł szampana mówiąc:
- No, to komu nalać?
Anna posmutniała.
- Mi nie...
- Aniu.. - przytuliłam ją. - Nie smuć się.
- Skoro Anka nie może to ja też nie. - oświadczył Kristoff oddając szampana Jack'owi.
- Krzysiuniu, nie... - Anna pokręciła głową.
- Ależ właśnie, że tak, słoneczko. - pocałował ją w czoło.
Jack spojrzał na mnie z uśmiechem w jednej ręce z butelką, a w drugiej z kieliszkami.
- Może znajdziemy sobie bardziej ustronne miejsce?
- Ale...Anna i Kristoff... - odrzekłam spoglądając na siostrę.
- Idźcie, idźcie. - uśmiechnęła się Anna. - My sobie tu posiedzimy... pod kocykiem...
Jack pociągnął mnie korytarzem prowadzącym... na zewnątrz?
- Jack, gdzie my idziemy?
- Jak to gdzie? - Jack trochę zwolnił i podał mi jeden kieliszek.
- Chyba wolałabym iść... do sypialni?
Jack uniósł brwi i zastąpił mi drogę.
- Do sypialni? Elsa? Elsa chce do sypialni? Ludzie, ludzie!
I zaczął biegać w kółko po korytarzu.
- Jack, zamknij się. - złapałam go rękę.
On przybrał swój chytry uśmiech.
- Elso...Eelsoo...
- Czy ty już coś piłeś?
- Nie. Nie, nie, nie. Ale cieszy mnie ogromnie twa nagła chęć. - Jack zmienił kierunek i poszliśmy na górę.
- Ja... - zaczęłam. - Nie chciałam do sypialni po to...tylko żeby tam...być.
- Mhm.. już ja cię dobrze znam, śnieżynko.
W tej chwili weszliśmy do mojej sypialni. Jack od razu pobiegł do łóżka, usiadł i nalał szampana do dwóch kieliszków. Wzięłam jeden z ich i usiadłam obok niego.
- Za zdrowie jej Królewskiej Mości! - zawołał Jack.
I nie spaliśmy chyba do czwartej. Rano obudziła nas Anna.
- Hej, śpiochy! Upiliście się bardzo? - zawołała siadając po mojej stronie łóżka.
- Mhm... - mruknął Jack i schował się pod kołdrą.
Ania pociągnęła za kołdrę z chytrym uśmiechem.
- Aniu... nie. - jęknęłam podciągając kołdrę z powrotem.
- Ooooch... - westchnęła Anna i wyszła.
I tak leżeliśmy w łóżku chyba do jedenastej.
- Elsa.
wtorek, 30 grudnia 2014
Oj, Aniu, Aniu.
Witajcie,
Dzisiaj wstałam z myślą, że będę miała dzień zawalony obowiązkami. Przetarłam oczy, włożyłam szlafrok i usiadłam do biurka.
- Chwila... - mruknęłam sama do siebie. - Gdzie są wszystkie papiery?
Siedziałam chwilę nieruchomo zastanawiając się jakim w ogóle cudem mogły zniknąć. Rozmyślanie przerwał mi hałas na korytarzu. Podeszłam do drzwi i lekko się wychyliłam. Na końcu korytarza rozmawiały dość głośno dwie służące.
- E tam, nie gadaj. Chyba powinna jeszcze spać..? - mówiła jedna z nich.
- Ale wcale nie śpi. Zamknęła się w pralni i nie wiemy dlaczego nie chce nikogo wpuścić. - odpowiedziała druga.
Wyszłam z pokoju i skierowałam się w ich stronę.
- Och, Wasza Wysokość! - zawołała jedna i ukłoniły się.
- Kto zamknął się w pralni? - zapytałam zawiązując troszkę ciaśniej szlafrok.
Spojrzały na siebie z niepokojem.
- Księżniczka.
- Anna?! - krzyknęłam i nie czekając na odpowiedź pobiegłam na dół, do pralni. Minęłam na pierwszym piętrze Jack'a.
- Elsa? - zawołał za mną.
Przewróciłam oczami i zatrzymałam się.
- Gdzie tak lecisz? - uśmiechnął się. - Śniadanie nie ucieknie.
- Anna... - wydyszałam z trudem łapiąc oddech.
- Dziecko?
- Nie. Zamknęła się w pralni. - oparłam się o ścianę.
Jack uniósł jedną brew.
- Śnieżynko... czy ty się przypadkiem nie uderzyłaś...? - pogłaskał mnie po głowie.
- Jack! Tak powiedziały...a zresztą, nie wierzysz to nie, nie mam na Ciebie czasu.
I pobiegłam dalej. Jack zaczął lecieć za mną.
- Wierzę Ci, wierzę. Ale po co Anna zamknęła się w...
- Nie wiem. Właśnie chcę to ustalić.
Po chwili dotarliśmy do drzwi pralni. Zapukałam i zawołałam:
- Anno?! Jesteś tam?
- Ee...Elsa? - usłyszeliśmy z wnętrza głos Anny. - Co ty tu robisz?
- Raczej co TY tu robisz! - odrzekłam. - Otwieraj!
Po chwili drzwi uchyliły się. Stała za nimi Anna ze stosem kartek w rękach.
- Co..to... - zatkało mnie.
Jack wleciał do środka.
- Ania przyszła zrobić pranie. - stwierdził rozglądając się. - Piorąc... papier.
- Elsuś, posłuchaj... - zaczęła Anna trochę przestraszonym głosem. - Ja chciałam Ci pomóc... Wzięłam twoje papiery i chciałam je wypełnić... Nie wiedziałam gdzie iść, żeby nikogo tam nie było i żeby nikt mi nie przeszkadzał. No i wpadłam na pomysł...widać głupi... żeby pójść tutaj.
Spróbowałam coś powiedzieć, ale siostra nie dała mi dojść do słowa.
- Proszę, nie złość się na mnie, nie chciałam nic złego zrobić, ale... część kartek się trochę zmoczyła...a część...no, nie nadaje się do niczego.
Spuściła głowę.
- Tylko nie krzycz, proszę...
Wzięłam głęboki oddech.
- Aniu... - uniosłam jej głowę. - Nie gniewam się. Cieszę się, że chciałaś mi pomóc... - Anna słysząc to przytuliła się do mnie mocno. - Po prostu, następnym razem pomyśl zanim coś zrobisz.
Siostra uśmiechnęła się.
- A teraz może chodźmy coś zjeść, dobrze? - zapytał Jack łapiąc mnie za rękę.
- Bardzo chętnie. - zaśmiała się Anna i chwyciła mnie za drugą rękę.
- Ale potem, musimy tu wrócić i to wszystko posprzątać. - odrzekłam.
Oboje kiwnęli głowami i poszliśmy do jadalni.
- Elsa.
Dzisiaj wstałam z myślą, że będę miała dzień zawalony obowiązkami. Przetarłam oczy, włożyłam szlafrok i usiadłam do biurka.
- Chwila... - mruknęłam sama do siebie. - Gdzie są wszystkie papiery?
Siedziałam chwilę nieruchomo zastanawiając się jakim w ogóle cudem mogły zniknąć. Rozmyślanie przerwał mi hałas na korytarzu. Podeszłam do drzwi i lekko się wychyliłam. Na końcu korytarza rozmawiały dość głośno dwie służące.
- E tam, nie gadaj. Chyba powinna jeszcze spać..? - mówiła jedna z nich.
- Ale wcale nie śpi. Zamknęła się w pralni i nie wiemy dlaczego nie chce nikogo wpuścić. - odpowiedziała druga.
Wyszłam z pokoju i skierowałam się w ich stronę.
- Och, Wasza Wysokość! - zawołała jedna i ukłoniły się.
- Kto zamknął się w pralni? - zapytałam zawiązując troszkę ciaśniej szlafrok.
Spojrzały na siebie z niepokojem.
- Księżniczka.
- Anna?! - krzyknęłam i nie czekając na odpowiedź pobiegłam na dół, do pralni. Minęłam na pierwszym piętrze Jack'a.
- Elsa? - zawołał za mną.
Przewróciłam oczami i zatrzymałam się.
- Gdzie tak lecisz? - uśmiechnął się. - Śniadanie nie ucieknie.
- Anna... - wydyszałam z trudem łapiąc oddech.
- Dziecko?
- Nie. Zamknęła się w pralni. - oparłam się o ścianę.
Jack uniósł jedną brew.
- Śnieżynko... czy ty się przypadkiem nie uderzyłaś...? - pogłaskał mnie po głowie.
- Jack! Tak powiedziały...a zresztą, nie wierzysz to nie, nie mam na Ciebie czasu.
I pobiegłam dalej. Jack zaczął lecieć za mną.
- Wierzę Ci, wierzę. Ale po co Anna zamknęła się w...
- Nie wiem. Właśnie chcę to ustalić.
Po chwili dotarliśmy do drzwi pralni. Zapukałam i zawołałam:
- Anno?! Jesteś tam?
- Ee...Elsa? - usłyszeliśmy z wnętrza głos Anny. - Co ty tu robisz?
- Raczej co TY tu robisz! - odrzekłam. - Otwieraj!
Po chwili drzwi uchyliły się. Stała za nimi Anna ze stosem kartek w rękach.
- Co..to... - zatkało mnie.
Jack wleciał do środka.
- Ania przyszła zrobić pranie. - stwierdził rozglądając się. - Piorąc... papier.
- Elsuś, posłuchaj... - zaczęła Anna trochę przestraszonym głosem. - Ja chciałam Ci pomóc... Wzięłam twoje papiery i chciałam je wypełnić... Nie wiedziałam gdzie iść, żeby nikogo tam nie było i żeby nikt mi nie przeszkadzał. No i wpadłam na pomysł...widać głupi... żeby pójść tutaj.
Spróbowałam coś powiedzieć, ale siostra nie dała mi dojść do słowa.
- Proszę, nie złość się na mnie, nie chciałam nic złego zrobić, ale... część kartek się trochę zmoczyła...a część...no, nie nadaje się do niczego.
Spuściła głowę.
- Tylko nie krzycz, proszę...
Wzięłam głęboki oddech.
- Aniu... - uniosłam jej głowę. - Nie gniewam się. Cieszę się, że chciałaś mi pomóc... - Anna słysząc to przytuliła się do mnie mocno. - Po prostu, następnym razem pomyśl zanim coś zrobisz.
Siostra uśmiechnęła się.
- A teraz może chodźmy coś zjeść, dobrze? - zapytał Jack łapiąc mnie za rękę.
- Bardzo chętnie. - zaśmiała się Anna i chwyciła mnie za drugą rękę.
- Ale potem, musimy tu wrócić i to wszystko posprzątać. - odrzekłam.
Oboje kiwnęli głowami i poszliśmy do jadalni.
- Elsa.
niedziela, 28 grudnia 2014
Meblowanie zakończone.
Witajcie,
Dziś meblowaliśmy do końca pokoik dla Leny. Jest to nieduża komnata z jednymi drzwiami na korytarz, a drugimi do sypialni Anny i Kristoff'a. Właśnie dlatego jakiś czas temu uznaliśmy, że byłoby to idealne miejsce dla ich córeczki. Kiedy przenieśliśmy tam złożoną już kołyskę, którą przysłała Merida, zaczęliśmy zastanawiać się nad resztą.
- A może by pomalować jakoś ładnie? - zastanawiała się Anna rozglądając się wkoło.
- To chyba trochę za dużo kombinowania, nie mam tyle czasu. - odrzekłam.
- To nic. Kristoff może mi pomóc.
- A...w sumie co złego w tych ścianach? - wtrącił Jack. - Są takie fioletowe... i...majestatyczne.
Kristoff przewrócił oczami.
- No dobrze, nieważne. - Ania machnęła ręką. - Co z resztą mebli? Mamy mnóstwo zabawek...
- I ubranek. - dodał Kristoff - Czkawka i Astrid przysłali milion pudeł z nimi.
- Czyli potrzebna jest szafa. - odezwał się Jack. - Chodź Kristoff, przeniesiemy jakąś z nieużywanych pokoi gościnnych.
I Kristoff i Jack wyszli.
- Już nie mogę się doczekać, aż Lena się urodzi. - powiedziała Anna. - To będzie takie super!
Podeszłam do niej i pogłaskałam ją po brzuchu.
- Tak...ciocia Elsa też już nie może się doczekać... - uśmiechnęłam się krzywo na myśl o nieprzespanych nocach.
- Łołołołoooł! Uważaj na drzwi! - do środka weszli Kristoff i Jack niosąc niedużą, drewnianą szafę.
- Postawcie ją...ee...tam! - Anna wskazała na ścianę naprzeciw drzwi.
- Uff...okej, szafa na miejscu. To może my tu trochę sprzątniemy, a wy powsadzacie tam wszystkie te sukieneczki czy cośtam...? - powiedział Jack.
- Jasne... - westchnęłam. Uklęknęłyśmy z Anną przy szafie i zaczęłyśmy układać w niej ubranka. I tak w małym pokoiku spędziłyśmy czas do wieczora. W końcu komnata wyglądała naprawdę uroczo.
- Gotowe. - Kristoff pocałował Annę.
- Może tym razem my Was zostawimy? - uśmiechnęłam się.
- Jest to bardzo pożądane. - zaśmiał się Kristoff i wypchnął lekko mnie i Jack'a z pokoju.
Jack od razu spojrzał na mnie i zaczął:
- To możemy...
- Nie. - przerwałam mu. - Nie, nie, nie, nie.
- No to idziemy do ogrodu. - powiedział Jack, chwycił mnie za rękę i nie czekając na reakcję pociągnął na dół.
- Elsa.
Dziś meblowaliśmy do końca pokoik dla Leny. Jest to nieduża komnata z jednymi drzwiami na korytarz, a drugimi do sypialni Anny i Kristoff'a. Właśnie dlatego jakiś czas temu uznaliśmy, że byłoby to idealne miejsce dla ich córeczki. Kiedy przenieśliśmy tam złożoną już kołyskę, którą przysłała Merida, zaczęliśmy zastanawiać się nad resztą.
- A może by pomalować jakoś ładnie? - zastanawiała się Anna rozglądając się wkoło.
- To chyba trochę za dużo kombinowania, nie mam tyle czasu. - odrzekłam.
- To nic. Kristoff może mi pomóc.
- A...w sumie co złego w tych ścianach? - wtrącił Jack. - Są takie fioletowe... i...majestatyczne.
Kristoff przewrócił oczami.
- No dobrze, nieważne. - Ania machnęła ręką. - Co z resztą mebli? Mamy mnóstwo zabawek...
- I ubranek. - dodał Kristoff - Czkawka i Astrid przysłali milion pudeł z nimi.
- Czyli potrzebna jest szafa. - odezwał się Jack. - Chodź Kristoff, przeniesiemy jakąś z nieużywanych pokoi gościnnych.
I Kristoff i Jack wyszli.
- Już nie mogę się doczekać, aż Lena się urodzi. - powiedziała Anna. - To będzie takie super!
Podeszłam do niej i pogłaskałam ją po brzuchu.
- Tak...ciocia Elsa też już nie może się doczekać... - uśmiechnęłam się krzywo na myśl o nieprzespanych nocach.
- Łołołołoooł! Uważaj na drzwi! - do środka weszli Kristoff i Jack niosąc niedużą, drewnianą szafę.
- Postawcie ją...ee...tam! - Anna wskazała na ścianę naprzeciw drzwi.
- Uff...okej, szafa na miejscu. To może my tu trochę sprzątniemy, a wy powsadzacie tam wszystkie te sukieneczki czy cośtam...? - powiedział Jack.
- Jasne... - westchnęłam. Uklęknęłyśmy z Anną przy szafie i zaczęłyśmy układać w niej ubranka. I tak w małym pokoiku spędziłyśmy czas do wieczora. W końcu komnata wyglądała naprawdę uroczo.
- Gotowe. - Kristoff pocałował Annę.
- Może tym razem my Was zostawimy? - uśmiechnęłam się.
- Jest to bardzo pożądane. - zaśmiał się Kristoff i wypchnął lekko mnie i Jack'a z pokoju.
Jack od razu spojrzał na mnie i zaczął:
- To możemy...
- Nie. - przerwałam mu. - Nie, nie, nie, nie.
- No to idziemy do ogrodu. - powiedział Jack, chwycił mnie za rękę i nie czekając na reakcję pociągnął na dół.
- Elsa.
piątek, 26 grudnia 2014
Prezenty, prezenty i prezenty.
Witajcie,
We wtorek obudziła mnie Anna.
- Teraz możemy pogadać? - zapytała.
- Och, tak, tak, co wtedy chciałaś? - ziewnęłam.
- Tak sobie myślę, że powinnyśmy poszukać jakichś ubranek dla Leny. Wiesz, to może już niedługo...
- Nie martw się. - przytuliłam ją. - Coś wymyślimy.
A w Wigilię spędziliśmy razem przemiły wieczór w jadalni, przy kominku.
- W następne święta będzie już z nami Lenusia. - powiedział Kristoff głaszcząc Annę po brzuchu.
- Taa, cieszmy się wolnością. - ziewnął Jack przeciągając się na krześle.
Trzepnęłam go w ramię.
- Żartowałem. - zaśmiał się. - Wiesz, jak kocham dzieci.
- Możemy iść już po prezenty? - Anna spojrzała na mnie nie kryjąc podekscytowania.
Kiwnęłam głową z uśmiechem.
- Pomogę ci. - powiedział Kristoff i razem z Anną poszli po prezenty do sali tronowej, gdzie stała choinka.
- To zostaliśmy sa... - zaczął Jack, ale mu przerwałam:
- Jack, nawet o tym nie myśl. Wytrzymasz.
- Wytrzymasz? To znaczy, że za niedługo będziemy mogli skorzystać z prywatności?
Przewróciłam oczami.
- Może.
Jack uśmiechnął się chytrze i objął mnie ramieniem. W tym momencie Anna i Kristoff wrócili dźwigając stos prezentów. Położyli je na stole i usiedli z powrotem.
- Uch... dużo ich. - odezwała się Ania.
- Nie powinnaś nic dźwigać.- powiedziałam.
- Oj, Elsa, nie zaczynaj gadki tylko pokaż pierwszy prezent. - uciął Kristoff i uśmiechnął się.
Podniosłam prezent leżący najbliżej mnie i przeczytałam z przyczepionej karteczki:
- Dla Kristoff'ka.
I podałam prezent Kristoff'owi. On otworzył go i zaśmiał się wyjmując wielkie, świąteczne skarpety.
- Jakie piękne!
Po czym sięgnął po kolejny prezent.
- Dla mojej kaczuszki?
Spojrzeliśmy na Jack'a.
- Czyżby Puncia przysłała Ci prezent? - odezwałam się.
Jack skrzywił się i niechętnie odebrał fioletową paczkę. Rozwiązał kokardkę i otworzył prezent. W środku znajdowały się trzy pary bokserek z reniferami i koperta. Jack otworzył ją, i wyjął ze środka mały obraz. Była na nim namalowana Roszpunka. W samej bieliźnie. Jack znieruchomiał z przerażoną miną.
- Co ona sobie wyobraża? - odezwała się Anna, wyjmując mu obraz z rąk. - Wysyła mu jakieś porn...
- Nie denerwuj się Anka. - Kristoff położył jej dłoń na ramieniu.
- Jack, wszystko dobrze? - pomachałam mu ręką przed oczami, ale nie zmienił miny. Pocałowałam go. Wtedy uśmiechnął i się i powiedział:
- Już tak.
Po czym przysunął do siebie dużą paczkę.
- Dla Ani i Lenki. - przeczytał i posunął prezent w stronę Anny.
Ona z uśmiechem odpakowała go i wyciągnęła ze środka kilka ślicznych, maleńkich sukieneczek.
- Oooo.... jakie słodziutkie. Już nie muszę się martwić. - dodała spoglądając na mnie z uśmiechem.
Po chwili wyciągnęła jeszcze jedną sukienkę, tym razem dużą, zieloną.
- Będziecie razem wyglądały przeuroczo. - Kristoff pocałował Anię w policzek i przytulił do siebie. - Ale dlaczego dla mnie nie ma sukienki?
Zaśmialiśmy się, po czym Anna przyczytała karteczkę z następnego prezentu:
- Dla Elsy.
I z uśmiechem podała go mi. Ostrożnie otworzyłam pudło i wyciągnęłam ze środka długie, srebrne rękawiczki.
- Są piękne. - powiedziałam. Brzegi rękawiczek ozdabiały maleńkie śnieżynki.
Wzięłam następny prezent i przeczytałam:
- Dla Ani.
I podałam go siostrze. Anna z radością wyciągnęła ze środka trzy pudełka czekoladek. Następny prezent trafił do Kristoff'a. Był w nim, mały, zdobiony kompas. Kolejne pudełko powędrowało do Jack'a.
- Tym razem na szczęście nie z Corony. - ucieszył się i wyciągnął parę niebieskich skarpet w śnieżynki. - Cudowne, wzruszyłem się. - dodał ocierając oczy rękawem. - A teraz ostatni prezent dla... - spojrzał na karteczkę przy małym, białym pudełeczku. - ...mojej Śnieżynki! Zamknij oczy.
- Myślałam, że to ja mam go otworzyć. - uśmiechnęłam się.
- Zaufaj mi. - odwzajemnił uśmiech. Zamknęłam oczy i po chwili poczułam zimne dłonie na szyi.
- Gotowe. - szepnął Jack.
Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że Jack powiesił mi na szyi piękny łańcuszek. Był cały srebrny z zawieszoną małą, srebrną śnieżynką z niebieskim kamyczkiem w środku.
- Jack... ja... nie wiem co powiedzieć. - odezwałam się przyglądając się śnieżynce. - Jest taki piękny!
- Nic nie mów. - Jack pocałował mnie delikatnie.
- Eee... - nagle odezwała się Anna. - To może my Was zostawimy, co? Idźcie sobie do sypialni i róbcie sobie co tam chcecie.
- Tylko nie za głośno... - dodał Kristoff.
Jack parsknął śmiechem.
- Znaczy... okej, okej. - powiedział szybko widząc mój wzrok. - Postaramy się...
I pociągnął mnie na górę.
- Elsa.
We wtorek obudziła mnie Anna.
- Teraz możemy pogadać? - zapytała.
- Och, tak, tak, co wtedy chciałaś? - ziewnęłam.
- Tak sobie myślę, że powinnyśmy poszukać jakichś ubranek dla Leny. Wiesz, to może już niedługo...
- Nie martw się. - przytuliłam ją. - Coś wymyślimy.
A w Wigilię spędziliśmy razem przemiły wieczór w jadalni, przy kominku.
- W następne święta będzie już z nami Lenusia. - powiedział Kristoff głaszcząc Annę po brzuchu.
- Taa, cieszmy się wolnością. - ziewnął Jack przeciągając się na krześle.
Trzepnęłam go w ramię.
- Żartowałem. - zaśmiał się. - Wiesz, jak kocham dzieci.
- Możemy iść już po prezenty? - Anna spojrzała na mnie nie kryjąc podekscytowania.
Kiwnęłam głową z uśmiechem.
- Pomogę ci. - powiedział Kristoff i razem z Anną poszli po prezenty do sali tronowej, gdzie stała choinka.
- To zostaliśmy sa... - zaczął Jack, ale mu przerwałam:
- Jack, nawet o tym nie myśl. Wytrzymasz.
- Wytrzymasz? To znaczy, że za niedługo będziemy mogli skorzystać z prywatności?
Przewróciłam oczami.
- Może.
Jack uśmiechnął się chytrze i objął mnie ramieniem. W tym momencie Anna i Kristoff wrócili dźwigając stos prezentów. Położyli je na stole i usiedli z powrotem.
- Uch... dużo ich. - odezwała się Ania.
- Nie powinnaś nic dźwigać.- powiedziałam.
- Oj, Elsa, nie zaczynaj gadki tylko pokaż pierwszy prezent. - uciął Kristoff i uśmiechnął się.
Podniosłam prezent leżący najbliżej mnie i przeczytałam z przyczepionej karteczki:
- Dla Kristoff'ka.
I podałam prezent Kristoff'owi. On otworzył go i zaśmiał się wyjmując wielkie, świąteczne skarpety.
- Jakie piękne!
Po czym sięgnął po kolejny prezent.
- Dla mojej kaczuszki?
Spojrzeliśmy na Jack'a.
- Czyżby Puncia przysłała Ci prezent? - odezwałam się.
Jack skrzywił się i niechętnie odebrał fioletową paczkę. Rozwiązał kokardkę i otworzył prezent. W środku znajdowały się trzy pary bokserek z reniferami i koperta. Jack otworzył ją, i wyjął ze środka mały obraz. Była na nim namalowana Roszpunka. W samej bieliźnie. Jack znieruchomiał z przerażoną miną.
- Co ona sobie wyobraża? - odezwała się Anna, wyjmując mu obraz z rąk. - Wysyła mu jakieś porn...
- Nie denerwuj się Anka. - Kristoff położył jej dłoń na ramieniu.
- Jack, wszystko dobrze? - pomachałam mu ręką przed oczami, ale nie zmienił miny. Pocałowałam go. Wtedy uśmiechnął i się i powiedział:
- Już tak.
Po czym przysunął do siebie dużą paczkę.
- Dla Ani i Lenki. - przeczytał i posunął prezent w stronę Anny.
Ona z uśmiechem odpakowała go i wyciągnęła ze środka kilka ślicznych, maleńkich sukieneczek.
- Oooo.... jakie słodziutkie. Już nie muszę się martwić. - dodała spoglądając na mnie z uśmiechem.
Po chwili wyciągnęła jeszcze jedną sukienkę, tym razem dużą, zieloną.
- Będziecie razem wyglądały przeuroczo. - Kristoff pocałował Anię w policzek i przytulił do siebie. - Ale dlaczego dla mnie nie ma sukienki?
Zaśmialiśmy się, po czym Anna przyczytała karteczkę z następnego prezentu:
- Dla Elsy.
I z uśmiechem podała go mi. Ostrożnie otworzyłam pudło i wyciągnęłam ze środka długie, srebrne rękawiczki.
- Są piękne. - powiedziałam. Brzegi rękawiczek ozdabiały maleńkie śnieżynki.
Wzięłam następny prezent i przeczytałam:
- Dla Ani.
I podałam go siostrze. Anna z radością wyciągnęła ze środka trzy pudełka czekoladek. Następny prezent trafił do Kristoff'a. Był w nim, mały, zdobiony kompas. Kolejne pudełko powędrowało do Jack'a.
- Tym razem na szczęście nie z Corony. - ucieszył się i wyciągnął parę niebieskich skarpet w śnieżynki. - Cudowne, wzruszyłem się. - dodał ocierając oczy rękawem. - A teraz ostatni prezent dla... - spojrzał na karteczkę przy małym, białym pudełeczku. - ...mojej Śnieżynki! Zamknij oczy.
- Myślałam, że to ja mam go otworzyć. - uśmiechnęłam się.
- Zaufaj mi. - odwzajemnił uśmiech. Zamknęłam oczy i po chwili poczułam zimne dłonie na szyi.
- Gotowe. - szepnął Jack.
Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że Jack powiesił mi na szyi piękny łańcuszek. Był cały srebrny z zawieszoną małą, srebrną śnieżynką z niebieskim kamyczkiem w środku.
- Jack... ja... nie wiem co powiedzieć. - odezwałam się przyglądając się śnieżynce. - Jest taki piękny!
- Nic nie mów. - Jack pocałował mnie delikatnie.
- Eee... - nagle odezwała się Anna. - To może my Was zostawimy, co? Idźcie sobie do sypialni i róbcie sobie co tam chcecie.
- Tylko nie za głośno... - dodał Kristoff.
Jack parsknął śmiechem.
- Znaczy... okej, okej. - powiedział szybko widząc mój wzrok. - Postaramy się...
I pociągnął mnie na górę.
- Elsa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)