Witajcie,
- Elsa... wstawaj... - usłyszałam szept Anny.
Otworzyłam oczy. Było jeszcze ciemno.
- Która godzina...? - zapytałam siadając i przecierając oczy.
- Piętnaście po czwartej. - odrzekła Ania, ściągnęła mnie z łóżka, wygładziła ładnie pościel i ułożyła poduszki. - Ale mamy mnóstwo roboty, a nad morzem na horyzoncie widziałam smoki i okręty. To na pewno Merida, Astrid i Czkawka z rodzinami.
- Obudziłaś chłopaków? - zapytałam próbując ułożyć jakoś włosy.
- Już nie śpią, słyszałam jakieś huki, pewnie już się ubierają. Ty jeszcze w żadnym wypadku się nie ubieraj, tylko ubrudzisz suknię. A ja się ubiorę, z Kristoff'em powitamy tych, którzy już przyjadą, zaprowadzimy ich do sali balowej, chociaż Merida i Astrid na pewno tu przylecą.
- Dobrze. - powiedziałam i usiadłam na łóżku.
Anna ubrała się w piękną zieloną suknię - jej ulubiony kolor - i związała włosy w dwa śliczne warkocze wplatając w nie zielone wstążki. Potem wyszła i usłyszałam jak na korytarzu spotyka się z Kristoff'em. Wzięłam głęboki wdech. Za kilka godzin odbędzie się mój ślub. Strasznie się stresowałam. Niedługo potem do komnaty wpadły jedna po drugiej Anka, Merida i Astrid z szerokimi uśmiechami na twarzy. Astrid i Merida także miały piękne suknie. Merida zielono-złotą, a Astrid niebiesko-srebrną. Wyglądały ślicznie.
- Elsa!!!! - Astrid rzuciła mi się na szyję. - Kocham Cię kobieto!!!
- No, no Elsa, śliczna suknia ślubna. - Merida zaśmiała się na widok mojej koszuli nocnej.
Uśmiechnęłam się. Przez okna do pokoju zaczęły wdzierać się promienie wschodzącego słońca.
- Musicie mi pomóc się ubrać. Czkawka poszedł do Jack'a i Kristoff'a? - zapytałam.
Astrid kiwnęła głową.
- Gdzie masz tę kieckę? Dawaj ją! - zawołała rozglądając się.
- A w ogóle to super ozdobiliście Arendelle i pałac. - uśmiechnęła się Merida. - A teraz rozbieraj się, królowo.
- Ej, ej, spokojnie. - Anna położyła ręce na biodrach. - W tym to ja jej pomogę.
I rozpięła mi koszulę. Merida uniosła brwi z uśmiechem. Kiedy ściągnęłam piżamę, Anna ostrożnie podała mi suknię.
- Ja nie mogę... - westchnęły jednocześnie Astrid i Merida kiedy stanęłam w sukni przed lustrem.
- To jeszcze nie koniec. - uśmiechnęłam się i pokazałam im tiarę z welonem.
- Jeszcze jej nie ubieraj. - Anka posadziła mnie na krześle. - Najpierw fryzura.
I ułożyła mi włosy spinając je srebrnymi, połyskującymi wsuwkami w piękny, luźny kok. Następnie zrobiła mi cudny makijaż,(ja posypałam powieki i rzęsy jeszcze maleńkimi kryształkami lodu) a usta pomalowała na bordowo. Następnie ułożyła mi we włosach tiarę i rozprostowała welon, żeby ładnie opadał mi na ramiona. Na końcu ubrałam jeszcze buty i całą pokryłam się bardzo małymi, lśniącymi śnieżynkami.
- Bosko. Brak mi słów. - powiedziała Merida.
Spojrzałam na zegar. Było już po szóstej. Nagle do pokoju zajrzał Kristoff. Miał na sobie czarny garnitur.
- Gotowe? - zapytał.
- Gdzie Jack i Czkawka? - zapytała Merida.
- Są u Jack'a w pokoju. Z Czkawką chcemy iść już na dół witać gości, bo za niedługo chyba przybędą.
- Dobrze. - powiedziałam. - Ja i Jack zostaniemy, a wy idźcie. O dziewiątej zaproście wszystkich do kaplicy niech sobie usiądą. Aniu - zwróciłam się do siostry. - proszę dopilnuj żeby wszystko było gotowe. Kiedy przyjdzie ksiądz, niech wszyscy się już ustawią i tak dalej. Ty i Kristoff jako świadkowie będziecie chwile stali przy nas, a potem usiądźcie przy innych. Ja i Jack zejdziemy wpół do dziesiątej i zaczniemy ceremonię. Po ceremonii poprowadźcie gości na dziedziniec, a ja i Jack wyjdziemy na balkon nad dziedzińcem, a potem do Was przyjdziemy.
- Dobrze. - Anna przytuliła mnie i razem z Meridą, Astrid i Kristoff'em wyszli.
Usłyszałam jak na korytarzu dołącza do nich Czkawka i jak schodzą na dół. Zgodnie z planem o wpół do dziesiątej wyszłam z pokoju i skierowałam się do kaplicy. Na szczęście nie spotkałam Jack'a. Kiedy otworzyłam drzwi zobaczyłam, że wszyscy już tam są i zajęli swoje miejsca. Ksiądz stał na ołtarzu, a Jack, Anna i Kristoff obok niego. W pierwszym rzędzie siedzieli Merida, jej rodzice i bracia, Astrid, Czkawka i jego matka oraz czwórka przyjaciół, Flynn i rodzice Roszpunki. Jednak jej nigdzie nie było. Nagle podbiegły do mnie dwie dziewczyny, które przystroiły Arendelle.
- Wasza Wysokość! Pięknie królowa wygląda! Chciałyśmy nieść królowej welon... - zaczęła jedna z nich, a ja uśmiechnęłam się i skinęłam głową.
Udawałam opanowaną, ale serce biło mi jak szalone. Wszyscy ucichli i skierowali oczy pełne podziwu i radości na mnie, Jack wpatrywał się we mnie z otwartymi ustami, a Anna i Kristoff zajęli miejsca po dwóch stronach ołtarza. Dziewczyny uniosły mój welon z tyłu, ja wzięłam głęboki wdech i zaczęłam iść. Mała orkiestra zaczęła grać marsz weselny. Nogi zrobiły mi się jak z waty, poczułam jakbym zaraz się miała przewrócić. Jednak szłam dalej ledwo oddychając. Uśmiechałam się do poddanych po moich dwóch stronach. Szczególną moją uwagę przykuło kilka dziewczyn siedzących w trzecim rzędzie uśmiechających się do mnie od ucha do ucha. Nie zdążyłam się im dokładnie przyjrzeć, bo doszłam już do ołtarza i muzyka ucichła. Spostrzegłam, że Anna trzyma w rękach białą poduszeczkę, na której leżały dwie złoto-srebrne obrączki. Uśmiechnęła się do mnie, żeby dodać mi odwagi. Odwzajemniłam uśmiech i stanęłam na przeciwko Jack'a. Uśmiechnął się i figlarnie uniósł brwi. Ksiądz zaczął przemowę:
- Zebraliśmy się tutaj, aby połączyć Jack'a Overlanda Frost'a i Królową Elsę Grace Arendelle.
Dalszej części przemowy nie będę Wam opisywać, bo była bardzo długa. W końcu ksiądz doszedł do:
- Czy Ty Elso, chcesz wziąć Jack'a za męża i żyć z nim w wierności i miłości póki śmierć Was nie rozdzieli?
Serce zaczęło walić mi jak oszalałe. Właśnie miałam wypowiedzieć najważniejsze słowo w swoim życiu. Nogi znowu zrobiły mi się jak z waty. Jack uśmiechnął się do mnie. Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki oddech i...
- STOP!!!
Wszyscy odwrócili głowy do drzwi. Stała w nich Roszpunka. Miała wściekłą minę, była cała czerwona, a włosy miała okropnie rozczochrane.
- Co ty tu robisz?! - krzyknął Jack.
- O nie, Jack! - krzyknęła podchodząc. - Co TY tu robisz?!
- Biorę ślub!
Wszyscy wpatrywali się w Roszpunkę ze zdziwieniem, nawet jej matka i ojciec.
- Z tą wiedźmą?! - krzyknęła.
- Nie waż się jej obrażać. - Jack podszedł do niej z groźną miną.
- Straże! - zawołałam.
Natychmiast zjawiło się pięciu strażników.
- Proszę ją zabrać. - powiedziałam.
- Co?! Jak śmiesz wiedźmo! Zabierać mi męża i jeszcze wypraszać!! - wrzeszczała Roszpunka, jednak mężczyźni wyprowadzili ją.
Kiedy wrota zamknęły się za nimi wszyscy spojrzeli na mnie i na Jack'a ze zdziwieniem.
- Cóż... kontynuujmy, spokojnie. - powiedziałam.
Ksiądz lekko zdezorientowany powtórzył więc ostatnie pytanie. Uśmiechnęłam się do Jack'a i powiedziałam głośno i wyraźnie:
- Tak.
- A czy ty Jack'u chcesz wziąć Elsę za żonę i... - zaczął ksiądz, ale Jack przerwał mu:
- Tak, tak i to bardzo.
Anna podała nam obrączki i wzajemnie je sobie włożyliśmy.
- Możesz pocałować... - ksiądz znów chciał się wypowiedzieć, ale Jack nie dał mu dojść do słowa przyciągając mnie do siebie, obejmując i całując namiętnie.
Wybuchły oklaski i wiwaty, dziewczyny z trzeciego rzędu wyrzuciły w powietrze kolorowe konfetti i wszyscy zaczęli się cieszyć i śmiać. Jack chwycił mnie za rękę i pobiegliśmy do mojej komnaty. W tym czasie wszyscy przeszli na dziedziniec gdzie czekały już zastawione stoły i muzyka. Kiedy razem z Jack'iem wyszliśmy na taras znów wybuchły oklaski i wiwaty. Zaczęliśmy machać, a potem Jack znowu mnie pocałował. Wszystko było po prostu cudowne. Kiedy zeszliśmy na dziedziniec wszyscy otoczyli nas i zaczęli gratulować i klaskać. W końcu przedostaliśmy się do ogromnego stołu, na którym stał nasz tort i pokroiliśmy go razem. Kiedy wszyscy zasiedli do stołu aby coś zjeść mieliśmy chwilę żeby porozmawiać. Usiedliśmy razem z Anną, Kristoff'em, Meridą, Astrid i Czkawką.
- Bombowy ślub! - powiedziała Merida.
- Gdzie oni zabrali tą Roszpunkę? - zapytał Kristoff.
- Oj, Kristoff. - westchnęła Anka. - Nie gadajmy teraz o tym.
- Właśnie. - Czkawka kiwnął głową. - Radujmy się miłością młodej pary!
Zaśmialiśmy się wszyscy.
- Elso. - Jack szepnął mi do ucha. - Wyglądasz przepięknie.
Uśmiechnęłam się do niego.
- Ej, poszepczecie sobie podczas nocy poślubnej. - zaśmiała się Astrid.
Kiedy goście już się najedli Jack chwycił mnie za rękę i poprosił mnie żebym gdzieś z nim poszła a także, żeby goście szli z nami. Zanim jednak odeszliśmy podbiegła do nas grupka dziewczyn, które siedziały w trzecim rzędzie. Jedna z nich - brązowowłosa w morskiej sukience podeszła do mnie i wręczyła mi bukiet białych róż.
- Niech królowa rzuci bukiet do poddanych, to przecież tradycja. - powiedziała.
- Dziękuję. - uśmiechnęłam się, odebrałam kwiaty i poszłam za Jack'iem.
Cały orszak gości z Anną i Kristoff'em na czele ruszył za nami.
- Gdzie my idziemy? - szepnęłam do Jack'a.
- Niespodzianka. - odrzekł.
W końcu doszliśmy do miasta. Na środku placu stała "niespodzianka". Była to ogromna, piękna, lodowa karoca.
- Sama jeździ. - mrugnął Jack.
- Jack! Jest niesamowita! - zawołałam i przytuliłam go.
Niespodziewanie podniósł mnie i zaniósł do karocy. Wszyscy wiwatowali i śmiali się otaczając karocę. Kiedy usiedliśmy rzuciłam przez okienko bukiet. Kiedy złapała go Merida wszyscy wybuchnęli śmiechem i zaczęli klaskać. Następnie Anna zawołała do wszystkich i poprowadziła ich do sali balowej, a my ruszyliśmy karocą. Przejechaliśmy całe Arendelle, a potem skierowaliśmy się w stronę... Lodowego Wierchu!
- Jack? - szturchnęłam go z uśmiechem.
- Znalazłem świetne miejsce na naszą noc poślubną. - powiedział. - Nie wiem czy znasz, jakiś taki lodowy pałac w górach.
Zaśmiałam się.
- Ale jest trochę pusty, wyczarowałem coś w nim. - dodał.
- Naprawdę? - uśmiechnęłam się.
- Mhm. - odwzajemnił uśmiech i pocałował mnie.
Kiedy dojechaliśmy pod Lodowy Wierch, Jack pomógł mi wyjść z karocy i znowu mnie podniósł. Wzbił się w powietrze i wylądowaliśmy na moim ukochanym lodowym tarasie. Weszliśmy do środka i zobaczyłam pod ścianą wielkie, lodowo-śniegowe łóżko.
- Jack... - uśmiechnęłam się do niego.
Uśmiechnął się figlarnie i objął mnie w talii.
- Och, Elso... - sięgnął do moich lodowych guziczków z boku sukni.
Pocałował mnie i rozpiął suknię. Jakiś czas później (straciłam rachubę czasu, ale było już ciemno) leżałam przytulona do Jack'a, szczęśliwa jak nigdy dotąd.
- Kocham Cię Jack. - szepnęłam.
- Ja Ciebie też, Śnieżynko. Kocham Cię najbardziej na świecie.
- Elsa.
sobota, 9 maja 2015
piątek, 8 maja 2015
Wszystko gotowe, zostaje tylko przetrwać do jutra!
Witajcie,
Dziś rano Anka (znowu) wskoczyła na mnie wołając:
- Ja Cię kręcę!! Elsa ty masz jutro ślub!!
- Mhm... - mruknęłam nie podnosząc głowy z poduszki.
- To genialne!! Ja nie mogę! Umrę ze szczęścia!
- Aniu... - jęknęłam. - Cieszę się, że się cieszysz, ale zejdź ze mnie, bo śpię.
Przekrzywiła głowę z uśmiechem.
- Co się dzieje...? - mruknął Jack, którego najwyraźniej też obudziła.
- Wy... macie... jutro... ślub!! - krzyknęła skacząc nam po nogach. - Ej, Elsa! - ściągnęła ze mnie kołdrę. - Co ze świadkami?
- Z kim..? - ziewnął Jack.
Usiadłam.
- Myślałam, że będziesz ty i Kristoff. - powiedziałam.
- Świetny pomysł. - Anna poklepała mnie po plecach.
- To może jak już sobie wszystko ustaliliśmy to dasz nam jeszcze spać? - jęknął Jack.
Ania zastanowiła się chwilę, po czym kiwnęła głową, uśmiechnęła się i wyszła. Opadłam na poduszki z jękiem.
- Co jest, śnieżynko? Chyba nie obmyślasz właśnie jak uciec sprzed ołtarza? - zapytał Jack.
- Co?! Absolutnie nie, jak możesz tak myśleć! - uderzyłam go poduszką. - Boję się, że część gości może przyjechać dzisiaj wieczorem.
- Nawet jeśli, to nic. - wzruszył ramionami. Po chwili jednak wzdrygnął się. - No chyba, że to będzie Roszpunka.
- Mam nadzieję, że nie... - westchnęłam. - Dziś pieczemy tort, nie?
Kiwnął głową.
- Masz jakiś pomysł?
- Tak i to dużo. - odrzekłam z uśmiechem. - Będziemy musieli wybrać razem.
- Dobra, ale... - Jack zrobił zamyśloną minę. - Na szczycie muszą być nasze lodowe figurki.
- Dobrze. - pocałowałam go.
Po południu przystąpiliśmy do owego zadania. Anna chciała nam pomóc, ale przekonaliśmy ją, że chcemy zrobić to sami. Kiedy doszliśmy już do przystrajania (w międzyczasie zdążyliśmy pocałować się chyba dwadzieścia razy, obsypać całą kuchnię - oczywiście przypadkiem - mąką, poślizgnąć się na jakiejś ścierce i wiele innych rzeczy) zaczęliśmy się poważnie zastanawiać. Tort był kilku warstwowy, ogromny i czekoladowy. Jack chciał żeby był cały niebieski i żeby przystroić go szronem, różami i figurkami, a ja wolałam żeby był biały z niebieskimi-śnieżynkowymi wzorami po bokach, różami na dole i figurkami u góry. W końcu przekonałam Jack'a do mojej wersji, ale dodał jeszcze błękitną polewę. Ostatecznie tort wyglądał bardzo okazale i smakowicie. Zamroziliśmy go, żeby się nie zepsuł i schowaliśmy przed Anną. Wieczorem do mojej komnaty zapukała jedna z kucharek.
- Ładnyście tort sobie upichcili. - skinęła głową. - Jedzenie i picie będzie gotowe jutro rano, wszystko same wystawimy na stoły i ułożymy. Tort też.
- Bardzo dziękuję. - uśmiechnęłam się.
Kucharka odwzajemniła uśmiech i odeszła. Odwróciłam się do Jack'a siedzącego na łóżku.
- Jack, myślę, że dzisiaj lepiej będzie spać osobno. - powiedziałam.
- Jak to...? - zrobił najsmutniejszą minę jaką kiedykolwiek u niego widziałam.
- Rano będę się szykować, Anka będzie mi pomagać, będzie tu straszne zamieszanie, a ty pewnie też chcesz się przygotować z Kristoff'em. A jeszcze jak przyjadą Merida i Astrid to już w ogóle będzie tu tłok.
- No tak, masz rację. - kiwnął głową. - Ale noc poślubna...
- Tak, tak. - uśmiechnęłam się i pocałowałam go.
Jakąś godzinę potem do pokoju wpadła Anna.
- Wybłagałam go! - wydyszała podbiegając do mnie.
- Em...kogo? - zdziwiłam się.
- No Kristoff'a! Pomyślałam, że lepiej by było jakbym spała dzisiaj z Tobą, wcześnie rano Cię obudziła i razem się przygotujemy! A potem wyślemy Kristoff'a do witania gości!
- Świetny plan. - ucieszyłam się.
Anna podeszła do drzwi i zamknęła je od środka na klucz.
- Gdzie masz sukienkę i wszystko do niej? - zapytała.
Wyciągnęłam suknię, welon i buty z szafy.
- Dobra. Połóż wszystko na stoliku, żeby rano było gotowe. Potem zrobię Ci fryzurę i makijaż. - powiedziała.
- Dziękuję Ci Aniu. - przytuliłam siostrę. - Nie wiem co bym bez Ciebie zrobiła.
Uśmiechnęła się i odwzajemniła uścisk.
- Oczywiście pomagam Ci pod warunkiem, że kiedyś będę ciocią. - zaśmiała się po chwili.
- Co? To był podstęp! - zaśmiałam się i rzuciłam w nią poduszką. I tak jak pewnie się domyślacie rozpętała się chyba piętnasta Wojna Na Poduszki w Arendelle. Jakąś godzinę później podekscytowane jak nigdy dotąd i pełne nadziei poszłyśmy spać. Trzymajcie kciuki za jutro!
- Elsa.
Dziś rano Anka (znowu) wskoczyła na mnie wołając:
- Ja Cię kręcę!! Elsa ty masz jutro ślub!!
- Mhm... - mruknęłam nie podnosząc głowy z poduszki.
- To genialne!! Ja nie mogę! Umrę ze szczęścia!
- Aniu... - jęknęłam. - Cieszę się, że się cieszysz, ale zejdź ze mnie, bo śpię.
Przekrzywiła głowę z uśmiechem.
- Co się dzieje...? - mruknął Jack, którego najwyraźniej też obudziła.
- Wy... macie... jutro... ślub!! - krzyknęła skacząc nam po nogach. - Ej, Elsa! - ściągnęła ze mnie kołdrę. - Co ze świadkami?
- Z kim..? - ziewnął Jack.
Usiadłam.
- Myślałam, że będziesz ty i Kristoff. - powiedziałam.
- Świetny pomysł. - Anna poklepała mnie po plecach.
- To może jak już sobie wszystko ustaliliśmy to dasz nam jeszcze spać? - jęknął Jack.
Ania zastanowiła się chwilę, po czym kiwnęła głową, uśmiechnęła się i wyszła. Opadłam na poduszki z jękiem.
- Co jest, śnieżynko? Chyba nie obmyślasz właśnie jak uciec sprzed ołtarza? - zapytał Jack.
- Co?! Absolutnie nie, jak możesz tak myśleć! - uderzyłam go poduszką. - Boję się, że część gości może przyjechać dzisiaj wieczorem.
- Nawet jeśli, to nic. - wzruszył ramionami. Po chwili jednak wzdrygnął się. - No chyba, że to będzie Roszpunka.
- Mam nadzieję, że nie... - westchnęłam. - Dziś pieczemy tort, nie?
Kiwnął głową.
- Masz jakiś pomysł?
- Tak i to dużo. - odrzekłam z uśmiechem. - Będziemy musieli wybrać razem.
- Dobra, ale... - Jack zrobił zamyśloną minę. - Na szczycie muszą być nasze lodowe figurki.
- Dobrze. - pocałowałam go.
Po południu przystąpiliśmy do owego zadania. Anna chciała nam pomóc, ale przekonaliśmy ją, że chcemy zrobić to sami. Kiedy doszliśmy już do przystrajania (w międzyczasie zdążyliśmy pocałować się chyba dwadzieścia razy, obsypać całą kuchnię - oczywiście przypadkiem - mąką, poślizgnąć się na jakiejś ścierce i wiele innych rzeczy) zaczęliśmy się poważnie zastanawiać. Tort był kilku warstwowy, ogromny i czekoladowy. Jack chciał żeby był cały niebieski i żeby przystroić go szronem, różami i figurkami, a ja wolałam żeby był biały z niebieskimi-śnieżynkowymi wzorami po bokach, różami na dole i figurkami u góry. W końcu przekonałam Jack'a do mojej wersji, ale dodał jeszcze błękitną polewę. Ostatecznie tort wyglądał bardzo okazale i smakowicie. Zamroziliśmy go, żeby się nie zepsuł i schowaliśmy przed Anną. Wieczorem do mojej komnaty zapukała jedna z kucharek.
- Ładnyście tort sobie upichcili. - skinęła głową. - Jedzenie i picie będzie gotowe jutro rano, wszystko same wystawimy na stoły i ułożymy. Tort też.
- Bardzo dziękuję. - uśmiechnęłam się.
Kucharka odwzajemniła uśmiech i odeszła. Odwróciłam się do Jack'a siedzącego na łóżku.
- Jack, myślę, że dzisiaj lepiej będzie spać osobno. - powiedziałam.
- Jak to...? - zrobił najsmutniejszą minę jaką kiedykolwiek u niego widziałam.
- Rano będę się szykować, Anka będzie mi pomagać, będzie tu straszne zamieszanie, a ty pewnie też chcesz się przygotować z Kristoff'em. A jeszcze jak przyjadą Merida i Astrid to już w ogóle będzie tu tłok.
- No tak, masz rację. - kiwnął głową. - Ale noc poślubna...
- Tak, tak. - uśmiechnęłam się i pocałowałam go.
Jakąś godzinę potem do pokoju wpadła Anna.
- Wybłagałam go! - wydyszała podbiegając do mnie.
- Em...kogo? - zdziwiłam się.
- No Kristoff'a! Pomyślałam, że lepiej by było jakbym spała dzisiaj z Tobą, wcześnie rano Cię obudziła i razem się przygotujemy! A potem wyślemy Kristoff'a do witania gości!
- Świetny plan. - ucieszyłam się.
Anna podeszła do drzwi i zamknęła je od środka na klucz.
- Gdzie masz sukienkę i wszystko do niej? - zapytała.
Wyciągnęłam suknię, welon i buty z szafy.
- Dobra. Połóż wszystko na stoliku, żeby rano było gotowe. Potem zrobię Ci fryzurę i makijaż. - powiedziała.
- Dziękuję Ci Aniu. - przytuliłam siostrę. - Nie wiem co bym bez Ciebie zrobiła.
Uśmiechnęła się i odwzajemniła uścisk.
- Oczywiście pomagam Ci pod warunkiem, że kiedyś będę ciocią. - zaśmiała się po chwili.
- Co? To był podstęp! - zaśmiałam się i rzuciłam w nią poduszką. I tak jak pewnie się domyślacie rozpętała się chyba piętnasta Wojna Na Poduszki w Arendelle. Jakąś godzinę później podekscytowane jak nigdy dotąd i pełne nadziei poszłyśmy spać. Trzymajcie kciuki za jutro!
- Elsa.
czwartek, 7 maja 2015
Niechaj ustawiają stoły!
Witajcie,
Dziś rano obudziłam się dość wcześnie. Usiadłam na łóżku i pogładziłam śpiącego obok Jack'a po włosach. Po chwili wstałam, narzuciłam szlafrok i wyszłam na taras wychodzący na dziedziniec. Był tak pięknie ozdobiony. Odetchnęłam głęboko chłodnym, porannym powietrzem i przymknęłam oczy. Dalej nie umiałam uwierzyć, że za dwa dni mam ślub. To takie... cudowne, ale jednak boję się, że coś pójdzie nie tak. Nagle ktoś objął mnie od tyłu.
- Od kiedy to królowa tak wcześnie wstaje? - odezwał się Jack.
- Nie skradaj się tak. - odwróciłam się do niego. - Dostanę zawału.
Przewrócił oczami z uśmiechem.
- To już pojutrze... - powiedziałam. - Trochę się boję.
- Czego? - zdziwił się.
- A jeśli coś się nie uda, coś źle zrobię, albo...
- Elso. - złapał mnie za ręce. - Nic się nie stanie. Zobaczysz, ten dzień będzie najpiękniejszy w Twoim... naszym życiu.
Uśmiechnęłam się i pocałowałam go. Po południu gdy szłam do Anny pomóc jej zająć się Leną, wpadłam na Kristoff'a niosącego biały, okrągły stół.
- Co ty robisz? - zapytałam.
- Pomagam służącym ustawiać stoły na dziedzińcu. - odrzekł stawiając stół.
- Ustawiają stoły? Nikt im nie kazał.
Wzruszył ramionami.
- Wszystko wygląda super, więc nie masz się czym martwić, dopilnuję ich. Przynajmniej stoły będą z głowy. - powiedział.
- No dobrze...dziękuję.
Uśmiechnął się i poszedł dalej.
- Tylko uważajcie na dekoracje! - zawołałam za nim.
- Masz to jak w banku, szwagierko droga! - odkrzyknął.
Uniosłam brwi. Po chwili jednak pokręciłam głową i poszłam do Anny. Jutro razem z Jack'iem będziemy robić tort. Może macie co do niego jakieś pomysły czy propozycje? :)
- Elsa.
Dziś rano obudziłam się dość wcześnie. Usiadłam na łóżku i pogładziłam śpiącego obok Jack'a po włosach. Po chwili wstałam, narzuciłam szlafrok i wyszłam na taras wychodzący na dziedziniec. Był tak pięknie ozdobiony. Odetchnęłam głęboko chłodnym, porannym powietrzem i przymknęłam oczy. Dalej nie umiałam uwierzyć, że za dwa dni mam ślub. To takie... cudowne, ale jednak boję się, że coś pójdzie nie tak. Nagle ktoś objął mnie od tyłu.
- Od kiedy to królowa tak wcześnie wstaje? - odezwał się Jack.
- Nie skradaj się tak. - odwróciłam się do niego. - Dostanę zawału.
Przewrócił oczami z uśmiechem.
- To już pojutrze... - powiedziałam. - Trochę się boję.
- Czego? - zdziwił się.
- A jeśli coś się nie uda, coś źle zrobię, albo...
- Elso. - złapał mnie za ręce. - Nic się nie stanie. Zobaczysz, ten dzień będzie najpiękniejszy w Twoim... naszym życiu.
Uśmiechnęłam się i pocałowałam go. Po południu gdy szłam do Anny pomóc jej zająć się Leną, wpadłam na Kristoff'a niosącego biały, okrągły stół.
- Co ty robisz? - zapytałam.
- Pomagam służącym ustawiać stoły na dziedzińcu. - odrzekł stawiając stół.
- Ustawiają stoły? Nikt im nie kazał.
Wzruszył ramionami.
- Wszystko wygląda super, więc nie masz się czym martwić, dopilnuję ich. Przynajmniej stoły będą z głowy. - powiedział.
- No dobrze...dziękuję.
Uśmiechnął się i poszedł dalej.
- Tylko uważajcie na dekoracje! - zawołałam za nim.
- Masz to jak w banku, szwagierko droga! - odkrzyknął.
Uniosłam brwi. Po chwili jednak pokręciłam głową i poszłam do Anny. Jutro razem z Jack'iem będziemy robić tort. Może macie co do niego jakieś pomysły czy propozycje? :)
- Elsa.
wtorek, 5 maja 2015
Przystrajanie i dekorowanie zaliczone.
Witajcie,
Dziś od rana razem z Anną, Kristoff'em, Jack'iem i prawie całą służbą przystrajaliśmy pałac i kaplicę. Wszędzie w korytarzach zawiesiliśmy na ścianach długie, białe kotary u góry i u dołu przystrojone niebieskimi różami i śnieżynkami. Służba zamieniła czerwone dywany na białe, a w sali balowej (jak i na dziedzińcu) rozwiesiła mnóstwo róż, serpentyn, śnieżynek i kotar tak, że wszystko wyglądało razem przecudnie. W sali balowej wyczarowałam na suficie ogromny, lodowy żyrandol. Jack zaczarował sufity korytarzy i dziedziniec, tak żeby z sufitu (lub z nieba) spadały śnieżynki i różowe serduszka, ale znikając tuż nad głowami. Kaplica po ukończeniu pracy wyglądała po prostu obłędnie. Biały dywan (ze śnieżynkowymi wzorkami po bokach) rozciągał się od samych wrót aż do ołtarza. Pod sufitem i na ścianach zostały rozwieszone lodowo-serduszkowe girlandy, a ławki dokładnie obłożono wygodnym, białym materiałem. Po środku, tam gdzie jest przejście między ławkami i dywan, u boku każdej ławki zawieszono białe i blado-różowe róże. Przy ołtarzu porozstawiane były duże wazony z białymi różami, a nad ołtarzem wisiały dwa lodowe serca, jedno zrobione przeze mnie, drugie przez Jack'a. Około piętnastej wszystko było gotowe i wyglądało pięknie. Anna zaproponowała, aby przejść się i zobaczyć jak idą prace w Arendelle. Zgodziłam się, kiedy nagle przy wrotach do zamku wpadły na nas dwie dziewczyny, które miały zająć się przystrajaniem.
- Wszystko gotowe, Wasza Wysokość! - zawołała jedna z nich i ukłoniły się.
- Bardzo Wam dziękuję, zaraz wszystko obejrzę. - odrzekłam. - Należy Wam się nagroda.
Zarumieniły się i spojrzały na siebie.
- Tak sobie pomyślałyśmy... - zaczęła jedna. - ...czy mogłybyśmy...
- Śmiało. - uśmiechnęła się Anna.
- ...czy mogłybyśmy nieść królowej welon na ceremonii? - dokończyła.
Zaśmiałam się.
- Oczywiście. - powiedziałam.
Dziewczyny pisnęły ze szczęścia i pobiegły do domu. Ja i Anna zeszłyśmy do miasta i wprost.... oniemiałyśmy. Wyglądało tam po prostu przepięknie. Wszędzie ozdoby, róże, serca, śnieżynki, girlandy, a wszystko utrzymane i ułożone tak, żeby nie wydawało się to przesadą. Całe Arendelle przybrało wręcz biało-niebiesko-różowy kolor i wyglądało cudnie. Jednak czymś co przykuło naszą uwagę najbardziej był ogromny obraz na płótnie wywieszony na wieży zegarowej. Byliśmy na nim namalowani ja i Jack, stojący do siebie przodem i trzymający się za obie ręce.
- Jakie to...urocze! Przeurocze! - Anna zaczęła tańczyć dookoła mnie. - Przepiękne! Przecudne!
- Tak... przepiękne. - westchnęłam z uśmiechem wpatrując się w obraz. - Naprawdę, te dziewczyny spisały się na medal. Nie pamiętam czy kiedykolwiek Arendelle wyglądało równie pięknie.
Anna kiwnęła głową. Chwilę potem wróciłyśmy do pałacu. Jack na wiadomość, że na wieży zegarowej wisi wielki obraz, na którym jesteśmy namalowani oświadczył, że koniecznie musi go zobaczyć. Dlatego wieczorem, gdy już robiło się ciemno wybrałam się z nim do miasta. Wieża zegarowa była pięknie podświetlona, więc obraz wyglądał jeszcze piękniej.
- Ja nie mogę... - westchnął Jack wpatrując się w obraz. - Naprawdę jestem taki przystojny?
- Jack! - szturchnęłam go ze śmiechem.
- Nie no, przepiękny obraz. - zaśmiał się i chwycił mnie za rękę. - Chodź.
- Gdzie?
Uśmiechnął się tylko i przytulił mnie do siebie po czym wzbił się w powietrze.
- Jack! Nie! Wiesz, ze tego nie...! Wracaj....na....ziemię!! - krzyknęłam.
- Ciii, śnieżynko. - powiedział Jack i wylądował na drewnianej platformie tuż przed tarczą zegara, za płótnem obrazu.
W południe i północ zza drzwiczek przy tarczy zegara wychodzą na platformę drewniane figurki na szynach i zaczynają machać rączkami i kręcić się w kółko. Widziałam to tylko raz i wyglądało dość zabawnie. Jack objął mnie i powiedział:
- Och, śnieżynko... Jak ja Cię kocham...
- Ja Ciebie też. - odrzekłam wpatrując się mu głęboko w oczy. - Ale jeśli jeszcze raz bez ostrzeżenia podniesiesz mnie w powietrze...
- Oj, Elsuś, Elsuś. - uśmiechnął się. - To było ostatni raz.
- Jasne... - uśmiechnęłam się.
Jack pocałował mnie delikatnie jedną ręką gładząc mnie po policzku. Do zamku wróciliśmy dość późno, większość spała. Wkrótce my też zasnęliśmy.
- Elsa.
Dziś od rana razem z Anną, Kristoff'em, Jack'iem i prawie całą służbą przystrajaliśmy pałac i kaplicę. Wszędzie w korytarzach zawiesiliśmy na ścianach długie, białe kotary u góry i u dołu przystrojone niebieskimi różami i śnieżynkami. Służba zamieniła czerwone dywany na białe, a w sali balowej (jak i na dziedzińcu) rozwiesiła mnóstwo róż, serpentyn, śnieżynek i kotar tak, że wszystko wyglądało razem przecudnie. W sali balowej wyczarowałam na suficie ogromny, lodowy żyrandol. Jack zaczarował sufity korytarzy i dziedziniec, tak żeby z sufitu (lub z nieba) spadały śnieżynki i różowe serduszka, ale znikając tuż nad głowami. Kaplica po ukończeniu pracy wyglądała po prostu obłędnie. Biały dywan (ze śnieżynkowymi wzorkami po bokach) rozciągał się od samych wrót aż do ołtarza. Pod sufitem i na ścianach zostały rozwieszone lodowo-serduszkowe girlandy, a ławki dokładnie obłożono wygodnym, białym materiałem. Po środku, tam gdzie jest przejście między ławkami i dywan, u boku każdej ławki zawieszono białe i blado-różowe róże. Przy ołtarzu porozstawiane były duże wazony z białymi różami, a nad ołtarzem wisiały dwa lodowe serca, jedno zrobione przeze mnie, drugie przez Jack'a. Około piętnastej wszystko było gotowe i wyglądało pięknie. Anna zaproponowała, aby przejść się i zobaczyć jak idą prace w Arendelle. Zgodziłam się, kiedy nagle przy wrotach do zamku wpadły na nas dwie dziewczyny, które miały zająć się przystrajaniem.
- Wszystko gotowe, Wasza Wysokość! - zawołała jedna z nich i ukłoniły się.
- Bardzo Wam dziękuję, zaraz wszystko obejrzę. - odrzekłam. - Należy Wam się nagroda.
Zarumieniły się i spojrzały na siebie.
- Tak sobie pomyślałyśmy... - zaczęła jedna. - ...czy mogłybyśmy...
- Śmiało. - uśmiechnęła się Anna.
- ...czy mogłybyśmy nieść królowej welon na ceremonii? - dokończyła.
Zaśmiałam się.
- Oczywiście. - powiedziałam.
Dziewczyny pisnęły ze szczęścia i pobiegły do domu. Ja i Anna zeszłyśmy do miasta i wprost.... oniemiałyśmy. Wyglądało tam po prostu przepięknie. Wszędzie ozdoby, róże, serca, śnieżynki, girlandy, a wszystko utrzymane i ułożone tak, żeby nie wydawało się to przesadą. Całe Arendelle przybrało wręcz biało-niebiesko-różowy kolor i wyglądało cudnie. Jednak czymś co przykuło naszą uwagę najbardziej był ogromny obraz na płótnie wywieszony na wieży zegarowej. Byliśmy na nim namalowani ja i Jack, stojący do siebie przodem i trzymający się za obie ręce.
- Jakie to...urocze! Przeurocze! - Anna zaczęła tańczyć dookoła mnie. - Przepiękne! Przecudne!
- Tak... przepiękne. - westchnęłam z uśmiechem wpatrując się w obraz. - Naprawdę, te dziewczyny spisały się na medal. Nie pamiętam czy kiedykolwiek Arendelle wyglądało równie pięknie.
Anna kiwnęła głową. Chwilę potem wróciłyśmy do pałacu. Jack na wiadomość, że na wieży zegarowej wisi wielki obraz, na którym jesteśmy namalowani oświadczył, że koniecznie musi go zobaczyć. Dlatego wieczorem, gdy już robiło się ciemno wybrałam się z nim do miasta. Wieża zegarowa była pięknie podświetlona, więc obraz wyglądał jeszcze piękniej.
- Ja nie mogę... - westchnął Jack wpatrując się w obraz. - Naprawdę jestem taki przystojny?
- Jack! - szturchnęłam go ze śmiechem.
- Nie no, przepiękny obraz. - zaśmiał się i chwycił mnie za rękę. - Chodź.
- Gdzie?
Uśmiechnął się tylko i przytulił mnie do siebie po czym wzbił się w powietrze.
- Jack! Nie! Wiesz, ze tego nie...! Wracaj....na....ziemię!! - krzyknęłam.
- Ciii, śnieżynko. - powiedział Jack i wylądował na drewnianej platformie tuż przed tarczą zegara, za płótnem obrazu.
W południe i północ zza drzwiczek przy tarczy zegara wychodzą na platformę drewniane figurki na szynach i zaczynają machać rączkami i kręcić się w kółko. Widziałam to tylko raz i wyglądało dość zabawnie. Jack objął mnie i powiedział:
- Och, śnieżynko... Jak ja Cię kocham...
- Ja Ciebie też. - odrzekłam wpatrując się mu głęboko w oczy. - Ale jeśli jeszcze raz bez ostrzeżenia podniesiesz mnie w powietrze...
- Oj, Elsuś, Elsuś. - uśmiechnął się. - To było ostatni raz.
- Jasne... - uśmiechnęłam się.
Jack pocałował mnie delikatnie jedną ręką gładząc mnie po policzku. Do zamku wróciliśmy dość późno, większość spała. Wkrótce my też zasnęliśmy.
- Elsa.
niedziela, 3 maja 2015
Część roboty za nami.
Witajcie,
Dziś gdy po śniadaniu usiadłam na tronie licząc na chwilę spokoju po całej nocy wysłuchiwania Jack'a "Jak to on bardzo się cieszy, że może spać ze mną", wrota sali tronowej otworzyły się i stanęła w nich dwójka strażników.
- Wasza Wysokość. - skłonili się. - Jakieś dwie kobiety przyszły do królowej.
- Wpuśćcie je. - powiedziałam trochę zdziwiona.
Do sali weszły dwie kobiety, a nawet nie kobiety - mogły mieć maksymalnie po siedemnaście lat. Gestem pokazałam im, aby się zbliżyły więc zrobiły to kłaniając się co dwa kroki.
- Więc... - zaczęłam. - Czy coś się stało?
- Wasza Wysokość... - zaczęła nieśmiało jedna z nich.
Obie były dość niskie i miały blond włosy do ramion. Uśmiechnęłam się żeby dodać im odwagi.
- No więc... - kontynuowała. - ...bo my bardzo się ucieszyłyśmy kiedy usłyszałyśmy o ślubie królowej... i tak sobie pomyślałyśmy... bo my bardzo kochamy królową i księżniczkę...
Druga dziewczyna szturchnęła ją i sama kontynuowała:
- Bardzo interesujemy się też sztuką, malowaniem i takimi artystycznymi sprawami. - uśmiechnęła się. - Pomyślałyśmy, że gdybyśmy mogły przystroić Arendelle na ślub... wywiesić jakieś ozdoby i malowidła... - spojrzała z uśmiechem na koleżankę. - ... to byłby to dla nas wielki zaszczyt.
Zastanowiłam się chwilę i odrzekłam:
- To świetny pomysł.
Spojrzały na siebie i uśmiechnęły się od ucha do ucha.
- Ale musicie wiedzieć, że to bardzo dużo pracy. - kontynuowałam. - Trzeba udekorować wszystko od portu po dziedziniec. Pałacem i kaplicą zajmiemy się sami.
- To żaden problem Wasza Wysokość! - zawołała blondynka, która mówiła jako pierwsza. - Dziękujemy bardzo! Jakie kolory mają przeważać?
- Hmm... - westchnęłam. - Niebieski, biały i... różowy.
Spojrzały na mnie zdziwione.
- Życzenie pana młodego. - mrugnęłam do nich.
Zaśmiały się i powiedziały:
- Za dwa dni będzie gotowe! Dziękujemy!
I wybiegły. Odetchnęłam z ulgą i oparłam się wygodnie. W tej chwili weszła Anna.
- Co to za dwie panienki? - zapytała.
- Przybiegły zapytać czy mogą przystroić Arendelle.
- Całe?
Kiwnęłam głową.
- To mamy to z głowy. - uśmiechnęła się Ania. - Ale teraz musisz iść ze mną, bo inaczej chyba nie wytrzymam i zabiję swojego niedoszłego szwagra.
- Słucham? - wstałam i Anna zaczęła mnie gdzieś prowadzić. - Co on znowu zrobił?
- Przylazł do mnie w jakimś worku, żebym mu pomogła z garniturem na ślub. - pokręciła głową.
Uśmiechnęłam się wyobrażając sobie Jack'a w worku na śmieci błagającego o coś Annę na kolanach. Po chwili doszłyśmy do jej pokoju. W środku na łóżku siedział Jack z kołdrą na głowie.
- Elsa! Jak dobrze, że przyszłaś! Musisz mi pomóc, proszę, proszę ja sam nie umiem... - zaczął jęczeć.
Pocałowałam go i powiedziałam:
- Zaraz coś wymyślimy. Siedź sobie spokojnie i patrz.
Anna pokazała mi coś co miało być pierwotnie garniturem Jack'a. Była to niebieska koszula i białe spodnie.
- Hm. - mruknęłam i wzięłam to od niej.
Ściągnęłam rękawiczki i wzięłam się do roboty. Koszulę przerobiłam na białą, zapinaną marynarkę. Z boku stworzyłam srebrny wzór, aby pasował do mojej sukni, a kołnierz zrobiłam granatowy. Spodnie także przerobiłam na granatowe z białymi paskami po bokach. Jack przymierzył garnitur i z dumnym uśmiechem stanął przed lustrem.
- No nieźle. - stwierdziła Anka. - Wyglądasz super.
Jack odwrócił się do i objął mnie.
- Gdyby nie Ty, śnieżynko wyglądałbym jak strach na wróble. - pocałował mnie. - Dziękuję.
- Nie ma za co. - uśmiechnęłam się.
Nagle do pokoju wpadł Kristoff z Leną na rękach.
- Jakieś wściekłe kucharki Was wołają. - wydyszał.
- Co? - Anna ledwo powstrzymała śmiech.
Wzruszyłam ramionami. Kiedy zeszliśmy do kuchni podeszła do nas jedna z kucharek.
- Wasza Wysokość. - powiedziała. - Ślub zbliża się wielkimi krokami, a my nie wiemy co ugotować.
- Na razie nic. - powiedziałam. - Przecież wszystko by się zepsuło do ślubu.
- Tak, tak. - kiwnęła głową. - Ale musimy mieć informacje żeby przygotować wszystkie składniki. Nie wie królowa jak trudno niektóre zdobyć? A skąd mamy wiedzieć co Wy sobie zażyczycie...
- Dobrze, masz rację. - ucięłam. - Za chwilkę przyniesiemy Wam listę.
I wróciłam z Jack'iem do mojej komnaty.
- To co? - zapytałam.
- Pisz jakieś podstawowe dania, zupa, mięso i tak dalej. - powiedział. - Przyda się też wino i jakiś deser. Proponuję Algidę. - mrugnął do mnie.
Uśmiechnęłam się i zaczęłam pisać. Po jakimś czasie mieliśmy zapisaną dość długą listę. Zeszliśmy więc na dół i wręczyliśmy ją kucharce.
- A tort? - zapytała. - Weselny tort to podstawa.
- No tak, zapomnieliśmy o tym... - jęknęłam.
- Mam propozycję. - powiedział Jack. - Sami go zrobimy. Trochę może z pomocą mocy.
- Ale kiedy?
- Na dzień przed ślubem, żeby się nie zepsuł. - powiedział.
- Świetny pomysł. - uśmiechnęłam się do niego.
Kucharka pomyślała chwilę, ale w końcu kiwnęła głową i wróciła do kuchni.
- Jesteś genialny. - pocałowałam Jack'a w policzek.
- To będzie takie romantyczne. - odrzekł. - Już nie mogę się doczekać.
Uśmiechnęłam się i poszliśmy do sypialni.
- Elsa.
Dziś gdy po śniadaniu usiadłam na tronie licząc na chwilę spokoju po całej nocy wysłuchiwania Jack'a "Jak to on bardzo się cieszy, że może spać ze mną", wrota sali tronowej otworzyły się i stanęła w nich dwójka strażników.
- Wasza Wysokość. - skłonili się. - Jakieś dwie kobiety przyszły do królowej.
- Wpuśćcie je. - powiedziałam trochę zdziwiona.
Do sali weszły dwie kobiety, a nawet nie kobiety - mogły mieć maksymalnie po siedemnaście lat. Gestem pokazałam im, aby się zbliżyły więc zrobiły to kłaniając się co dwa kroki.
- Więc... - zaczęłam. - Czy coś się stało?
- Wasza Wysokość... - zaczęła nieśmiało jedna z nich.
Obie były dość niskie i miały blond włosy do ramion. Uśmiechnęłam się żeby dodać im odwagi.
- No więc... - kontynuowała. - ...bo my bardzo się ucieszyłyśmy kiedy usłyszałyśmy o ślubie królowej... i tak sobie pomyślałyśmy... bo my bardzo kochamy królową i księżniczkę...
Druga dziewczyna szturchnęła ją i sama kontynuowała:
- Bardzo interesujemy się też sztuką, malowaniem i takimi artystycznymi sprawami. - uśmiechnęła się. - Pomyślałyśmy, że gdybyśmy mogły przystroić Arendelle na ślub... wywiesić jakieś ozdoby i malowidła... - spojrzała z uśmiechem na koleżankę. - ... to byłby to dla nas wielki zaszczyt.
Zastanowiłam się chwilę i odrzekłam:
- To świetny pomysł.
Spojrzały na siebie i uśmiechnęły się od ucha do ucha.
- Ale musicie wiedzieć, że to bardzo dużo pracy. - kontynuowałam. - Trzeba udekorować wszystko od portu po dziedziniec. Pałacem i kaplicą zajmiemy się sami.
- To żaden problem Wasza Wysokość! - zawołała blondynka, która mówiła jako pierwsza. - Dziękujemy bardzo! Jakie kolory mają przeważać?
- Hmm... - westchnęłam. - Niebieski, biały i... różowy.
Spojrzały na mnie zdziwione.
- Życzenie pana młodego. - mrugnęłam do nich.
Zaśmiały się i powiedziały:
- Za dwa dni będzie gotowe! Dziękujemy!
I wybiegły. Odetchnęłam z ulgą i oparłam się wygodnie. W tej chwili weszła Anna.
- Co to za dwie panienki? - zapytała.
- Przybiegły zapytać czy mogą przystroić Arendelle.
- Całe?
Kiwnęłam głową.
- To mamy to z głowy. - uśmiechnęła się Ania. - Ale teraz musisz iść ze mną, bo inaczej chyba nie wytrzymam i zabiję swojego niedoszłego szwagra.
- Słucham? - wstałam i Anna zaczęła mnie gdzieś prowadzić. - Co on znowu zrobił?
- Przylazł do mnie w jakimś worku, żebym mu pomogła z garniturem na ślub. - pokręciła głową.
Uśmiechnęłam się wyobrażając sobie Jack'a w worku na śmieci błagającego o coś Annę na kolanach. Po chwili doszłyśmy do jej pokoju. W środku na łóżku siedział Jack z kołdrą na głowie.
- Elsa! Jak dobrze, że przyszłaś! Musisz mi pomóc, proszę, proszę ja sam nie umiem... - zaczął jęczeć.
Pocałowałam go i powiedziałam:
- Zaraz coś wymyślimy. Siedź sobie spokojnie i patrz.
Anna pokazała mi coś co miało być pierwotnie garniturem Jack'a. Była to niebieska koszula i białe spodnie.
- Hm. - mruknęłam i wzięłam to od niej.
Ściągnęłam rękawiczki i wzięłam się do roboty. Koszulę przerobiłam na białą, zapinaną marynarkę. Z boku stworzyłam srebrny wzór, aby pasował do mojej sukni, a kołnierz zrobiłam granatowy. Spodnie także przerobiłam na granatowe z białymi paskami po bokach. Jack przymierzył garnitur i z dumnym uśmiechem stanął przed lustrem.
- No nieźle. - stwierdziła Anka. - Wyglądasz super.
Jack odwrócił się do i objął mnie.
- Gdyby nie Ty, śnieżynko wyglądałbym jak strach na wróble. - pocałował mnie. - Dziękuję.
- Nie ma za co. - uśmiechnęłam się.
Nagle do pokoju wpadł Kristoff z Leną na rękach.
- Jakieś wściekłe kucharki Was wołają. - wydyszał.
- Co? - Anna ledwo powstrzymała śmiech.
Wzruszyłam ramionami. Kiedy zeszliśmy do kuchni podeszła do nas jedna z kucharek.
- Wasza Wysokość. - powiedziała. - Ślub zbliża się wielkimi krokami, a my nie wiemy co ugotować.
- Na razie nic. - powiedziałam. - Przecież wszystko by się zepsuło do ślubu.
- Tak, tak. - kiwnęła głową. - Ale musimy mieć informacje żeby przygotować wszystkie składniki. Nie wie królowa jak trudno niektóre zdobyć? A skąd mamy wiedzieć co Wy sobie zażyczycie...
- Dobrze, masz rację. - ucięłam. - Za chwilkę przyniesiemy Wam listę.
I wróciłam z Jack'iem do mojej komnaty.
- To co? - zapytałam.
- Pisz jakieś podstawowe dania, zupa, mięso i tak dalej. - powiedział. - Przyda się też wino i jakiś deser. Proponuję Algidę. - mrugnął do mnie.
Uśmiechnęłam się i zaczęłam pisać. Po jakimś czasie mieliśmy zapisaną dość długą listę. Zeszliśmy więc na dół i wręczyliśmy ją kucharce.
- A tort? - zapytała. - Weselny tort to podstawa.
- No tak, zapomnieliśmy o tym... - jęknęłam.
- Mam propozycję. - powiedział Jack. - Sami go zrobimy. Trochę może z pomocą mocy.
- Ale kiedy?
- Na dzień przed ślubem, żeby się nie zepsuł. - powiedział.
- Świetny pomysł. - uśmiechnęłam się do niego.
Kucharka pomyślała chwilę, ale w końcu kiwnęła głową i wróciła do kuchni.
- Jesteś genialny. - pocałowałam Jack'a w policzek.
- To będzie takie romantyczne. - odrzekł. - Już nie mogę się doczekać.
Uśmiechnęłam się i poszliśmy do sypialni.
- Elsa.
piątek, 1 maja 2015
Nareszcie suknia skończona!
Witajcie,
Dziś rano obudziłam się z myślą, że w końcu będę mogła skończyć sukienkę. Jednak ledwie sekundę potem prawie dostałam zawału. Przewróciłam się na drugi bok, a tam leżał wyszczerzony od ucha do ucha Jack wpatrując się we mnie.
- Jack! - usiadłam i trzepnęłam go w ramię. - Dostałam przez Ciebie zawału, co Ty tu w ogóle robisz?!
Usiadł także i powiedział:
- No cóż, zastanowiłem się i uznałem, że jednak mogę spać w Twoim łóżku.
Przez chwilę patrzyłam na niego ze zdziwieniem, ale potem przypomniałam sobie jego słowa z ostatnich dni i kiwnęłam głową.
- Czyli teraz mogę legalnie tu leżeć, spać i się z Tobą...
- Tak, tak. - powiedziałam wstając i podchodząc do szafy. - A teraz wybacz, ale potrzebuję trochę prywatności.
Jack wzruszył ramionami i wyszedł. Ja ubrałam się, wzięłam moją suknię i nie zastanawiając się długo wybiegłam z nią z zamku tylnym wyjściem. Następnie udałam się do ogrodów pałacowych. Usiadłam na trawie, wśród pięknie kwitnących krzewów i zaczęłam kończyć suknię. Wdychając świeże powietrze i patrząc na te wszystkie rośliny przypominają mi się zawsze moje pierwsze chwile z Jack'iem. To tu często przychodziliśmy żeby pobyć sam na sam. Dzięki tym wspomnieniom zyskałam mnóstwo świetnych pomysłów na wykończenie sukienki. Miałam Wam ją opisać dopiero w dniu ślubu, ale myślę (oczywiście jeśli obiecacie, że nikomu nie zdradzicie), że mogę już ją opisać. Po skończeniu wyglądała tak: swoim krojem przypominała syrenkę, dzięki czemu mogła idealnie podkreślić moją figurę, u góry wyglądała jak góra gorsetu w kształcie serca, ale na ramiona opadały krótkie, lodowe rękawki mieniące się jak śnieg w słońcu. Cała suknia była biała, ale w każdym miejscu połyskiwały maleńkie, widoczne jedynie z bliska śnieżynki. Na piersiach i biodrach lśniły srebrne wzory przypominające symbol Arendelle. Z tyłu sukni wyczarowałam bardzo długą, lodowo-śnieżynkową tkaninę, zaczynającą się tuż pod łopatkami. Podobną mam w swojej ukochanej niebieskiej sukni, którą stworzyłam na Lodowym Wierchu, jednak ta jest biało-srebrzysta. Chciałam ją dodać, bo ona symbolizuję wolność i radość, czuję się dzięki niej piękna i szczęśliwa. Stworzyłam dla siebie także śliczny, lodowy diadem i przymocowałam do niego cudowny welon, równie długi jak tył sukni. Obiecałam sobie, że tego dnia nie założę rękawiczek. W przeciwieństwie do "pelerynki" przypominały mi lata spędzone samotnie w pokoju. Dlatego na ręce planowałam założyć tylko i wyłącznie pierścionek matki, który podarowała mi bardzo dawno, zanim dorosłam. Nie nosiłam go na co dzień, zastępowały go rękawiczki. Ale ten dzień miał być wyjątkowy, więc... sami rozumiecie. Mało co nie zapomniałam o butach. Wyczarowałam z lodu piękne pantofelki. Pewnie gdybyście je zobaczyli, skojarzyłyby Wam się z Kopciuszkiem. Ale to prawda, są bardzo podobne do obuwia naszej starej znajomej. Suknię wraz z dodatkami przymierzyłam od razu po powrocie do pałacu. Oczywiście na ślubie będę miała specjalną fryzurę i makijaż, ale muszę przyznać, że i bez tego wszystko wyglądało cudownie. Po ściągnięciu sukni schowałam ją z powrotem razem z butami i diademem. Nagle usłyszałam śmiech na korytarzu.
- Co Wy robicie? - zapytałam wychylając się.
Zobaczyłam Jack'a i Kristoff'a niosących jakieś pudło. Kiedy mnie spostrzegli szybko schowali je za siebie i uśmiechnęli się nerwowo.
- Nic, nic, śnieżynko. - powiedział Jack. - Papa!
I pobiegli do pokoju Jack'a. Przewróciłam oczami i wróciłam do sypialni. Chwilę potem weszła Anna.
- Widziałaś Jack'a i Kristoff'a? Kręcą się po pałacu z jakimś pudłem. - powiedziała siadając obok mnie na łóżku.
Kiwnęłam głową.
- Pewnie próbują stworzyć dla Jack'a jakiś garnitur. - stwierdziła.
- Może. - odrzekłam.
- Założę się.
W tym momencie usłyszałyśmy Kristoff'a:
- Wyglądasz jak strach na wróble!
I Jack'a:
- Cicho!! Wcale nie!
Uśmiechnęłyśmy się obie.
- Miałam rację. Jak zawsze. - zaśmiała się Anna.
Kiwnęłam głową z uśmiechem. Ciekawe cóż takiego ubierze Jack...
- Elsa.
Dziś rano obudziłam się z myślą, że w końcu będę mogła skończyć sukienkę. Jednak ledwie sekundę potem prawie dostałam zawału. Przewróciłam się na drugi bok, a tam leżał wyszczerzony od ucha do ucha Jack wpatrując się we mnie.
- Jack! - usiadłam i trzepnęłam go w ramię. - Dostałam przez Ciebie zawału, co Ty tu w ogóle robisz?!
Usiadł także i powiedział:
- No cóż, zastanowiłem się i uznałem, że jednak mogę spać w Twoim łóżku.
Przez chwilę patrzyłam na niego ze zdziwieniem, ale potem przypomniałam sobie jego słowa z ostatnich dni i kiwnęłam głową.
- Czyli teraz mogę legalnie tu leżeć, spać i się z Tobą...
- Tak, tak. - powiedziałam wstając i podchodząc do szafy. - A teraz wybacz, ale potrzebuję trochę prywatności.
Jack wzruszył ramionami i wyszedł. Ja ubrałam się, wzięłam moją suknię i nie zastanawiając się długo wybiegłam z nią z zamku tylnym wyjściem. Następnie udałam się do ogrodów pałacowych. Usiadłam na trawie, wśród pięknie kwitnących krzewów i zaczęłam kończyć suknię. Wdychając świeże powietrze i patrząc na te wszystkie rośliny przypominają mi się zawsze moje pierwsze chwile z Jack'iem. To tu często przychodziliśmy żeby pobyć sam na sam. Dzięki tym wspomnieniom zyskałam mnóstwo świetnych pomysłów na wykończenie sukienki. Miałam Wam ją opisać dopiero w dniu ślubu, ale myślę (oczywiście jeśli obiecacie, że nikomu nie zdradzicie), że mogę już ją opisać. Po skończeniu wyglądała tak: swoim krojem przypominała syrenkę, dzięki czemu mogła idealnie podkreślić moją figurę, u góry wyglądała jak góra gorsetu w kształcie serca, ale na ramiona opadały krótkie, lodowe rękawki mieniące się jak śnieg w słońcu. Cała suknia była biała, ale w każdym miejscu połyskiwały maleńkie, widoczne jedynie z bliska śnieżynki. Na piersiach i biodrach lśniły srebrne wzory przypominające symbol Arendelle. Z tyłu sukni wyczarowałam bardzo długą, lodowo-śnieżynkową tkaninę, zaczynającą się tuż pod łopatkami. Podobną mam w swojej ukochanej niebieskiej sukni, którą stworzyłam na Lodowym Wierchu, jednak ta jest biało-srebrzysta. Chciałam ją dodać, bo ona symbolizuję wolność i radość, czuję się dzięki niej piękna i szczęśliwa. Stworzyłam dla siebie także śliczny, lodowy diadem i przymocowałam do niego cudowny welon, równie długi jak tył sukni. Obiecałam sobie, że tego dnia nie założę rękawiczek. W przeciwieństwie do "pelerynki" przypominały mi lata spędzone samotnie w pokoju. Dlatego na ręce planowałam założyć tylko i wyłącznie pierścionek matki, który podarowała mi bardzo dawno, zanim dorosłam. Nie nosiłam go na co dzień, zastępowały go rękawiczki. Ale ten dzień miał być wyjątkowy, więc... sami rozumiecie. Mało co nie zapomniałam o butach. Wyczarowałam z lodu piękne pantofelki. Pewnie gdybyście je zobaczyli, skojarzyłyby Wam się z Kopciuszkiem. Ale to prawda, są bardzo podobne do obuwia naszej starej znajomej. Suknię wraz z dodatkami przymierzyłam od razu po powrocie do pałacu. Oczywiście na ślubie będę miała specjalną fryzurę i makijaż, ale muszę przyznać, że i bez tego wszystko wyglądało cudownie. Po ściągnięciu sukni schowałam ją z powrotem razem z butami i diademem. Nagle usłyszałam śmiech na korytarzu.
- Co Wy robicie? - zapytałam wychylając się.
Zobaczyłam Jack'a i Kristoff'a niosących jakieś pudło. Kiedy mnie spostrzegli szybko schowali je za siebie i uśmiechnęli się nerwowo.
- Nic, nic, śnieżynko. - powiedział Jack. - Papa!
I pobiegli do pokoju Jack'a. Przewróciłam oczami i wróciłam do sypialni. Chwilę potem weszła Anna.
- Widziałaś Jack'a i Kristoff'a? Kręcą się po pałacu z jakimś pudłem. - powiedziała siadając obok mnie na łóżku.
Kiwnęłam głową.
- Pewnie próbują stworzyć dla Jack'a jakiś garnitur. - stwierdziła.
- Może. - odrzekłam.
- Założę się.
W tym momencie usłyszałyśmy Kristoff'a:
- Wyglądasz jak strach na wróble!
I Jack'a:
- Cicho!! Wcale nie!
Uśmiechnęłyśmy się obie.
- Miałam rację. Jak zawsze. - zaśmiała się Anna.
Kiwnęłam głową z uśmiechem. Ciekawe cóż takiego ubierze Jack...
- Elsa.
środa, 29 kwietnia 2015
Brak czasu na sukienkę, spacer i łóżkowe komplikacje.
Witajcie,
We wtorek rano zgodnie z prośbą Anny wstałam, wzięłam moją suknię i zamknęłam się w łazience. Tam z pomocą mich mocy chciałam ją skończyć. W pewnej chwili usłyszałam pukanie.
- Elsa? Jesteś tam? Chodź coś zjeść! - usłyszałam głos Anny.
- Em... tak, tak zaraz przyjdę. Poczekaj na mnie na korytarzu. - odpowiedziałam szybko.
Niestety suknia nie była jeszcze gotowa. Po śniadaniu chciałam wrócić do siebie i ją skończyć, ale Jack zatrzymał mnie mówiąc, że przyszły odpowiedzi od zaproszonych gości. Musiałam więc siedzieć z nim w jadalni jeszcze przez dwie godziny. Później Ania poprosiła mnie żebym wyszła z nią na spacer z Leną. Uznałam więc, że dzisiaj raczej nie uda mi się dokończyć sukni.
- I co, Elsuś, skończyłaś swoją cud-sukienkę? - zapytała siostra kiedy szłyśmy z wózkiem drogą do miasta.
- Może tak, może nie. Nie powiem Ci. - odrzekłam.
- Hmm... no dobra. - wzruszyła ramionami. - Jutro musimy znaleźć coś dla mnie!
Kiwnęłam głową z uśmiechem. Nagle podbiegły do nas trzy dziewczynki.
- Kto to? - zapytała najmłodsza z nich pokazując na Lenę.
- To księżniczka Lena, głuptasie! - powiedziała do niej druga, trochę wyższa. - Jest super śliczna.
I obie uśmiechnęły się słodko do Anny. Trzecia dziewczynka, chyba najstarsza przytuliła mnie i powiedziała:
- Bardzo bym chciała przyjść na Pani ślub. Będzie taki piękny i bajkowy jak w książkach!
- Ależ możesz przyjść. - powiedziałam uśmiechając się do niej. - Każdy może przyjść.
- Naprawdę? - dziewczynka zrobiła zdziwioną minkę, ale po chwili podskoczyła i powiedziała do dwóch pozostałych - Słyszałyście? Będziemy na królewskim ślubie!
I wszystkie zaczęły piszczeć i skakać.
- Dobrze, dobrze. - zaśmiała się Anna. - Może wróćcie pochwalić się mamom?
Kiwnęły główkami i pobiegły do miasta.
- Ale słodziaki, nie? - uśmiechnęła się do mnie.
- Tak. - odwzajemniłam uśmiech.
Kiedy wróciłyśmy i uśpiłyśmy Lenę poszłyśmy poszukać Kristoff'a i Jack'a. Znalazłyśmy ich w pokoju Jack'a. Dziwne było to, że usiłowali podnieść łóżko.
- Co wy robicie? - zapytałyśmy jednocześnie.
Odwrócili się i wyszczerzyli do nas zęby.
- Zastanawialiśmy się które łóżko jest wygodniejsze: Elsy czy moje i uznaliśmy, że moje. No więc zamieniamy je miejscami, żeby móc spać razem w miłości na wieczną wieczność. - powiedział Jack.
- Co? - zatkało mnie.
- Przecież taka była umowa. - Jack zrobił smutną minkę.
- Tak, ale nie zgodziłam się na wymienianie łóżek. - odrzekłam. - Nie możesz spać w moim?
Jack podrapał się po głowie.
- Wiesz... muszę to przemyśleć. - powiedział i wyszedł całując mnie na pożegnanie w policzek.
Anna spojrzała ze zdziwieniem na Kristoff'a. Ten wzruszył ramionami i też wyszedł.
- Czego oni nie wymyślą... - westchnęła kręcąc głową.
- Elsa.
We wtorek rano zgodnie z prośbą Anny wstałam, wzięłam moją suknię i zamknęłam się w łazience. Tam z pomocą mich mocy chciałam ją skończyć. W pewnej chwili usłyszałam pukanie.
- Elsa? Jesteś tam? Chodź coś zjeść! - usłyszałam głos Anny.
- Em... tak, tak zaraz przyjdę. Poczekaj na mnie na korytarzu. - odpowiedziałam szybko.
Niestety suknia nie była jeszcze gotowa. Po śniadaniu chciałam wrócić do siebie i ją skończyć, ale Jack zatrzymał mnie mówiąc, że przyszły odpowiedzi od zaproszonych gości. Musiałam więc siedzieć z nim w jadalni jeszcze przez dwie godziny. Później Ania poprosiła mnie żebym wyszła z nią na spacer z Leną. Uznałam więc, że dzisiaj raczej nie uda mi się dokończyć sukni.
- I co, Elsuś, skończyłaś swoją cud-sukienkę? - zapytała siostra kiedy szłyśmy z wózkiem drogą do miasta.
- Może tak, może nie. Nie powiem Ci. - odrzekłam.
- Hmm... no dobra. - wzruszyła ramionami. - Jutro musimy znaleźć coś dla mnie!
Kiwnęłam głową z uśmiechem. Nagle podbiegły do nas trzy dziewczynki.
- Kto to? - zapytała najmłodsza z nich pokazując na Lenę.
- To księżniczka Lena, głuptasie! - powiedziała do niej druga, trochę wyższa. - Jest super śliczna.
I obie uśmiechnęły się słodko do Anny. Trzecia dziewczynka, chyba najstarsza przytuliła mnie i powiedziała:
- Bardzo bym chciała przyjść na Pani ślub. Będzie taki piękny i bajkowy jak w książkach!
- Ależ możesz przyjść. - powiedziałam uśmiechając się do niej. - Każdy może przyjść.
- Naprawdę? - dziewczynka zrobiła zdziwioną minkę, ale po chwili podskoczyła i powiedziała do dwóch pozostałych - Słyszałyście? Będziemy na królewskim ślubie!
I wszystkie zaczęły piszczeć i skakać.
- Dobrze, dobrze. - zaśmiała się Anna. - Może wróćcie pochwalić się mamom?
Kiwnęły główkami i pobiegły do miasta.
- Ale słodziaki, nie? - uśmiechnęła się do mnie.
- Tak. - odwzajemniłam uśmiech.
Kiedy wróciłyśmy i uśpiłyśmy Lenę poszłyśmy poszukać Kristoff'a i Jack'a. Znalazłyśmy ich w pokoju Jack'a. Dziwne było to, że usiłowali podnieść łóżko.
- Co wy robicie? - zapytałyśmy jednocześnie.
Odwrócili się i wyszczerzyli do nas zęby.
- Zastanawialiśmy się które łóżko jest wygodniejsze: Elsy czy moje i uznaliśmy, że moje. No więc zamieniamy je miejscami, żeby móc spać razem w miłości na wieczną wieczność. - powiedział Jack.
- Co? - zatkało mnie.
- Przecież taka była umowa. - Jack zrobił smutną minkę.
- Tak, ale nie zgodziłam się na wymienianie łóżek. - odrzekłam. - Nie możesz spać w moim?
Jack podrapał się po głowie.
- Wiesz... muszę to przemyśleć. - powiedział i wyszedł całując mnie na pożegnanie w policzek.
Anna spojrzała ze zdziwieniem na Kristoff'a. Ten wzruszył ramionami i też wyszedł.
- Czego oni nie wymyślą... - westchnęła kręcąc głową.
- Elsa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)