niedziela, 24 maja 2015

Rejs powrotny.

Witajcie,
Kiedy wróciliśmy na statek Clint uśmiechał się oparty o burtę.
- Jak tam wasza misja? - zapytał.
Jack przeszedł obok niego z ponurą miną.
- Poszło... w miarę dobrze. - odrzekłam wchodząc na pokład.
Kapitan uniósł brwi.
- Wyszło na jaw trochę spraw... - wzruszyłam ramionami. -...ale już jest dobrze.
- Nie widać tego po twoim mężusiu.
Spuściłam głowę.
- Jack trochę... - zmarszczyłam brwi. -...się zmieszał.
Clint zaśmiał się.
- To go lepiej odmieszaj, bo nie wytrzymam z nim na statku. - I podszedł do steru.
Zeszłam pod pokład. Jack siedział na łóżku podpierając głowę rękami.
- Zachowałem się okropnie, Elso. - powiedział. - Chodziłem z tą świnią i jeszcze nic Ci nie powiedziałem. Nie zasługujesz na kogoś takiego jak ja.
- Jack proszę Cię, nie mów tak. - usiadłam przy nim i szybko chwyciłam jego zimną dłoń. - Wszyscy popełniamy błędy, a ty go zrozumiałeś. Wybaczam Ci. Nie ma już o czym mówić.
Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
- Jesteś najwspanialsza na świecie, Elso. Sam bym sobie nie wybaczył. Kocham Cię. - przytulił mnie mocno.
Odwzajemniłam uścisk i wyszeptałam:
- Ja Ciebie też. Bardzo.
Kiedy weszliśmy na górę Clint zawołał:
- Chodźcie tu, gołąbeczki! Pogawędzimy sobie.
Podeszliśmy do niego.
- Panie Jack'u. - zaczął kapitan. - Chcę panu powiedzieć, że ma pan naprawdę super żonę. Królowa i w ogóle...
- Wiem. - przerwał mu Jack i objął mnie.
- Świetnie... - ciągnął Clint. - ...ale musisz jej sobie pilnować. Młoda, piękna, nie wiadomo co jej przyjdzie do głowy.
- Clint! - krzyknęłam.
Wyszczerzył do mnie zęby.
- To nieprawda. - powiedziałam do Jack'a. - Z nikim bym Cię...
- Wiem. - powtórzył i pocałował mnie w czoło.
Po chwili Clint kontynuował kazanie:
- No a w mieście wiele krąży opowieści o królowej. I mężczyźni i kobiety wiedzą, że tak seksownej królowej nie było...
- Wiesz, co Jack, tak sobie myślę, że będzie padać. - ucięłam. - Chodźmy na dół.
Clint zaśmiał się.
- Proszę bardzo! Ale Jack, ja tylko ostrzegam. Strzeż jej sobie jak oka w głowie.
Jack zmarszczył brwi, ale pociągnęłam go szybko na dół.
- Nie słuchaj go. - powiedziałam. - Gada same bzdury.
- No nie wiem. - odrzekł Jack z poważną miną.
- Ale... - zaniepokoił mnie jego ton. - ...przecież...
- W jednym się z nim zgadzam, Elso. - Jack podszedł do mnie.
Uniosłam brwi i podłoga pokryła się szronem.
- Tak seksownej królowej Arendelle nigdy nie miało. - Jack przybrał swoją chytrą minę i pocałował mnie.
Odetchnęłam z ulgą i pozwoliłam mu "przejąć dowodzenie".

- Elsa.

piątek, 22 maja 2015

Roszpunkę mamy z głowy!

Witajcie,
Ciotka stała bez ruchu przez chwilę, a w końcu pokręciła głową i odezwała się:
- Co Was tu... sprowadza?
- Przyjechaliśmy w odwiedziny. - uśmiechnęłam się słodko, zanim Jack zdążył coś powiedzieć. - Chcemy... pogodzić się z Roszpunką.
Spojrzała na nas podejrzliwie i powiedziała zapraszając nas gestem do środka:
- Punci nie ma w domu, wróci wieczorem. Razem z jej mężem pojechali do miasta. Ale wejdźcie, możecie na nią poczekać.
- Dziękujemy ciociu. - powiedziałam.
Gdy prowadziła nas przez korytarz odezwałam się ponownie:
- I przepraszam za tą całą niezręczną sytuację w Arendelle. Nie chciałam... zamykać Roszpunki.
- Nie ma sprawy, sama do końca nie rozumiałam zachowania Punci. - powiedziała ciotka. - Oczywiście też bym się zdenerwowała gdyby ktoś ukradł mi ukochanego... - spojrzała na mnie groźnie - ...ale szczerze mówiąc myślałam, że już jej przeszło i, że Jackson jej się odwidział.
Jack uniósł brwi kiedy powiedziała "Jackson" i spojrzał na mnie. Wzruszyłam tylko ramionami i kontynuowałam rozmowę z ciotką:
- Taak...my...też tak myśleliśmy.
Jack pokiwał głową udając powagę. Ciotka zaprowadziła nas do pokoju z dwoma fioletowymi sofami i kominkiem.
- Poczekajcie, a ja wyślę jakiegoś służącego po Puncię.
I wyszła.
- No to... co dokładnie zamierzamy powiedzieć jaśnie pani R.? - zapytał Jack rozsiadając się przed kominkiem.
- Nie wiem, nie zaplanowałam żadnej przemowy. - odrzekłam siadając obok niego. - Musimy powiedzieć jej całą prawdę od początku.
- I żeby w końcu się odwaliła. - dodał Jack.
Spojrzałam na niego karcącym wzrokiem.
- No co? - uśmiechnął się.
Pokręciłam głową i pocałowałam go w policzek. Jakiś czas tak siedzieliśmy gdy nagle wszedł Flynn.
- Cześć Flynn! - zawołałam.
Spojrzał na nas smętnie i usiadł obok Jack'a.
- Co jest, brachu? - zapytał Jack.
- Ja już nie wiem... - jęknął. - Roszpunka wyznała mi właśnie całą prawdę. Że kocha Jack'a i w ogóle.
- Flynn, spoko. Przecież ja jej nie kocham. - powiedział Jack.
- Wiem, wiem. Rzecz w tym, że ona nie kocha mnie.
Nagle drzwi otworzyły się i stanęła w nich Roszpunka.
Gdy tylko zobaczyła Jack'a podbiegła do niego, odepchnęła mnie i Flynn'a i przytuliła mojego męża. Natychmiast odepchnął ją i wstał.
- Jesteśmy tu żeby poważnie pogadać. Koniec tych nielegalnych przytulanek, dobra?! - krzyknął. - Ja mam żonę! Ty masz męża!
- Och, Jacusiu. - zaśmiała się i pogładziła go po podbródku. - Ale jesteś seksi jak się złościsz. Hihi.
- Zabieraj łapy. - wbiegłam między nią, a Jack'a.
- Wiedźma!! Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!! - Roszpunka zaczęła biegać w kółko.
Jack spojrzał na mnie i uniósł brwi.
- Kobieto czy Ciebie już całkiem pogięło? - Flynn także wstał. - Jak możesz ją tak nazywać?
- A ty kochanie, to już się lepiej w ogóle nie odzywaj. - zamrugała do niego rzęsami.
- Słuchaj. - Jack podszedł do niej. - Masz się ode mnie od-wa-lić. Zrozumiano? Nie kocham Cię!
Roszpunka podeszła do niego i uśmiechnęła się.
- Inaczej mówiłeś gdy byliśmy razem.
- CO?! - krzyknęliśmy jednocześnie ja i Flynn.
Jack zdezorientowany patrzył to na nas to na Roszpunkę. Ona jednak uśmiechała się chytrze i gładziła Jack'a po policzku.
- Nie pamiętasz jak było nam dobrze? Byłam Twoją pierwszą dziewczyną. - mówiła. - A potem pojawiła się ta wiedźma i zacząłeś zupełnie się mnie wypierać! Czyż to nie jest nie fair?
- To było ponad rok temu... - wycedził Jack.
- Jack... co...? - wpatrywałam się w Jack'a i czułam jak powoli zamrażam podłogę.
- Ojeju, Jack'usiu. - zaśmiała się Roszpunka. - Pomyśl tylko. Gdybyś do mnie wrócił znów mogłoby tak być!
- Roszpunka?! - krzyknął Flynn.
- Jack...?
- Jack'usiu...
- Przestań! Przestań! Odwal się ode mnie! - ryknął Jack. - Rujnujesz wszystko co dobre w moim życiu! Chcesz rozbić mój związek z Elsą!! A wiesz co ci powiem?! To najlepsza kobieta na świecie, a ty... ty jesteś nawiedzona! Odbiło ci już całkiem! Zrozum, że nic do ciebie nie czuję!!
Podniósł mnie i wylecieliśmy przez okno. Lecieliśmy długo i szybko. Przytuliłam Jack'a mocno żeby się trochę uspokoił. W końcu wylądowaliśmy niedaleko plaży. Jack usiadł na piasku i zaczął rwać pojedyncze źdźbła trawy. Usiadłam obok niego i położyłam mu dłoń na nadgarstku.
- Jack... dokonaliśmy tego. Nieźle jej dogadałeś. - uśmiechnęłam się próbując nie myśleć o wątku dawnego związku jego z Roszpunką.
Pokręcił głową.
- Nie powiedziałem Ci.
- Jack... - westchnęłam.
- Chodziłem z nią zanim poznałem Ciebie. To prawda. To był chyba najgorszy błąd mojego życia. Ale potem poznałem Ciebie i... sama wiesz. Błagam Cię, nie zostawiaj mnie.
 - Jack! - usiadłam na przeciwko niego i spojrzałam mu w oczy. - Nawet nie przyszło mi to do głowy! Roszpunka to... nie, nie chce mi się nawet o niej myśleć.
- To znaczy... - Jack spojrzał na mnie z nadzieją w oczach. - ...wybaczasz mi?
W odpowiedzi przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam. Odwzajemnił pocałunek.Mam nadzieję, że Roszpunkę mamy z głowy.

- Elsa.

środa, 20 maja 2015

Podróż do Corony.

Witajcie,
- Śnieżynko... - wczoraj obudził mnie szept Jack'a.
- Która godzina? Jeszcze jest ciemno. - stwierdziłam.
Kiwnął głową.
- Najlepiej wypłynąć wcześnie, nie wiemy ile się tam płynie. - powiedział.
- No tak. - wstałam i ubrałam się.
Następnie zeszliśmy po cichu do jadalni coś zjeść. Napisałam krótki liścik do Anny, żeby się nie martwiła i położyłam go na stole.
- Chodźmy. - powiedziałam i razem z Jack'iem wymknęliśmy się do portu.
Ja i Anna mamy kilka własnych statków królewskich. Kiedy wybraliśmy jeden z nich zapukałam do małej chatki, którą zamieszkiwał kapitan starszy ode mnie o kilka lat. Służył królewskiej rodzinie właściwie od urodzenia, bo kapitanem był także jego ojciec i dziadek. Prawie od razu otworzył drzwi. Był niezwykle wysoki, miał czarne, krótkie włosy, lekki zarost i niebieskie oczy. Ku naszemu zdziwieniu był ubrany mimo wczesnej pory. Ukłonił się i powiedział z uśmiechem:
- Cóż tu sprowadza królową?
- Chciałabym abyś pomógł nam dostać się do Corony. - powiedziałam.
Kiwnął głową i wyszedł na zewnątrz zamykając drzwi chaty na klucz.
- Statek wybrany? - rozejrzał się.
- Tak, popłyniemy Loyal Swan'em. - powiedział Jack.
Loyal Swan to jeden z królewskich statków średniej wielkości. Ma dwa wielkie żagle i jest pomalowany na biało-złoto ze złotym łabędziem z przodu. Kapitan spojrzał na Jack'a i uniósł brwi.
- Nasz przyszły król! Kłaniam się. - skinął głową.
Jack uśmiechnął się dumnie, ale po chwili dodał:
- Wystarczy Jack.
- Jestem Clint. - wymienili się uściskami dłoni. - No dobrze, zapraszam na pokład!
Kiedy wyszliśmy na pełne morze, Clint powiedział:
- Obejrzyjcie sobie okręt. Pod pokładem...
- Dobrze znam ten okręt. - przerwałam mu.
- No tak, Wasza Wysokość wybaczy. - powstrzymał śmiech i skupił się na sterowaniu.
Złapałam Jack'a za rękę i poprowadziłam pod pokład.
- Mam nadzieję, że ten cały kapitan nie będzie się do Ciebie dostawiał. - mruknął Jack.
- Jack. - spojrzałam na niego. - Spokojnie, znam go od dzieciństwa. Zanim rodzice... - wzięłam głęboki oddech. - ... wtedy czasem przychodził do nas z ojcem. Ale potem zamknęliśmy wrota i... no wiesz.
- To nie poprawia sytuacji. - Jack zaczął przeszukiwać szafki.
- Nie masz się czym przejmować. - zapewniłam.
Jakąś godzinę później stałam oparta o burtę i oglądałam fale. Zobaczyłam kątem oka jak Jack podchodzi do Clinta.
- Ile jeszcze będziemy płynąć? - zapytał.
- Niedługo. Dotrzemy na miejsce przed południem. - odrzekł kapitan.
- Mhm.
- Po co tam jedziecie? Wyglądasz na zestresowanego Jack'ie. - Clint szturchnął Jack'a.
Odwróciłam się w stronę pokładu żeby lepiej widzieć.
- Nie wiem czy mogę Ci powiedzieć. To raczej prywatna sprawa. - odrzekł Jack ze zniesmaczoną miną.
Clint uniósł brwi i zaśmiał się. Jack pokręcił głową, podszedł do mnie i objął mnie.
- Jakiś pomyleniec. - szepnął.
Uśmiechnęłam się i pocałowałam go. Około jedenastej dobiliśmy do brzegu Corony.
- Zaczekam na statku. - powiedział Clint.
- Dobrze. - odrzekłam. - Pilnuj go.
- Jak tylko sobie słodka królowa zażyczy. - ukłonił się i mrugnął do mnie.
Jack natychmiast podleciał do mnie i wziął mnie w ramiona.
- Jack..!
- Chodź, śnieżynko, nie zmoczysz sobie stópek, wylądujemy na stałym gruncie. - powiedział i polecieliśmy. Kątem oka zobaczyłam jak Clint się śmieje. Wylądowaliśmy na chodniku prowadzącym do miasta. Spojrzałam na Jack'a pytającym wzrokiem.
- On się do Ciebie dostawia! Nie będzie tak! - powiedział rozdrażnionym tonem.
- Dobrze, Jack, spokojnie. - pogładziłam go po policzku. - Pamiętasz po co tu jesteśmy?
- Żeby wtłuc Roszpunce. - uśmiechnął się.
Kiwnęłam głową i skierowaliśmy się do miasta. Ludzie patrzyli na nas jak na kosmitów. Uśmiechałam się do nich przyjaźnie, ale oni wymieniali tylko przestraszone spojrzenia i schodzili nam z drogi.
- Nie przejmuj się, Elsuś, oni żyją pod rozkazami Roszpunki. Pewnie im coś nagadała. - Jack chwycił mnie za rękę.
- Tak... - westchnęłam i poszliśmy dalej.
W końcu doszliśmy do zamku. Wzięłam głęboki wdech i zapukałam w wielkie drzwi. Przez chwilę nic się nie działo, a nagle drzwi uchyliły się i stanęła w nich moja ciotka. Widząc nas zamarła bez ruchu.

- Elsa.

poniedziałek, 18 maja 2015

List.

Witajcie,
Dziś rano obudziłam się i zobaczyłam przy łóżku Kristoff'a jakby nigdy nic przyglądającego się rybce w akwarium.
- Kristoff!! - wrzasnęłam przykrywając się kołdrą po samą brodę. - Kto Ci pozwolił tu wleźć?!
Odwrócił się i położył palec na ustach.
- Chciałem zobaczyć czy Lodzia jeszcze żyje. - szepnął. - I nie krzycz, królowo, bo obudzisz swojego mężusia.
Spojrzałam na śpiącego po mojej prawej stronie Jack'a. Wyglądał naprawdę bardzo słodko.
- No dobra. - Kristoff wstał. - Skoro mnie tu nie chcecie, to sobie pójdę. - Przy drzwiach odwrócił się gwałtownie. - Przyszedł do Ciebie jakiś list.
- List? - zdziwiłam się.
Kiwnął głową, zasalutował i wyszedł. Po chwili wstałam po cichu i narzuciłam szlafrok, a następnie zeszłam na dół gdzie zaczepiła mnie jedna z służących - Tamara.
- Wasza Wysokość. - powiedziała. - Przyszedł do królowej list.
- Od kogo?
- Z Corony.
Nogi się pode mną ugięły. No tak, pewnie Roszpunka chce mi wygarnąć, że ukradłam jej męża.
- Dziękuję. - odebrałam list od Tamary i wróciłam na górę.
Tam zastałam Jack'a siedzącego na łóżku z uśmiechem.
- Witam, żono. - powiedział udając poważny ton. - Jakie wieści przynosisz?
- Roszpunka przysłała list. - powiedziałam.
Od razu przestał się wygłupiać i jęknął. Pokazał mi gestem żebym usiadła obok niego. Otworzyłam kopertę, wyjęłam pergamin i przeczytałam:

********* KUZYNKO!!!
JAK MOGŁAŚ ZABRAĆ MI JACK'USIA! NIE DARUJĘ CI TEGO!
Cóż, mam Ci do powiedzenia tylko tyle, że jesteś okropną, brudną, przeklętą, ohydną, złą, okrutną, bezduszną, *********, ******** jędzą, wiedźmą i ****. 
ŻEGNAM. 
                                                                                 - Roszpunka. 

- Co za... - zaczął Jack, ale przerwałam mu gestem. - Nie ma prawa Cię tak nazywać! Nikt nie ma do tego prawa!
- Jack, spokojnie. - powiedziałam. - Musiała się wygadać, więc się wygadała. I już.
- Elso, tak nie może być. - Jack wstał. - My nigdy byśmy nie napisali jej czegoś takiego. A ona Cię wyzywa od... nie, tak nie może być. To po prostu... nienormalne, nie widzisz tego?
Westchnęłam.
- Obiecaj mi, Elso. Jutro popłyniemy do Corony i wszystko sobie wyjaśnimy raz na zawsze. - Jack spojrzał na mnie poważnie.
- Jack, nie wiem jak... - zaczęłam, ale Jack klęknął przede mną i chwycił mnie za dłonie.
- Elso, tak nie może być. Nie pozwolę żeby ta smarkula się tak do Ciebie odnosiła. Załatwimy to raz na zawsze. - powiedział patrząc mi w oczy.
- Dobrze. - powiedziałam.
Jack uśmiechnął się i przytulił mnie. Czyli jutro czeka nas trudna podróż...

- Elsa.

sobota, 16 maja 2015

Rozmowy, zawał, rozmowy i rozmowy.

Witajcie,
Wczoraj rozmawiałam z Jack'iem na temat naszego miesiąca miodowego.
- Lodowy Wierch?
- Nie i już o to pytałaś. - odrzekł Jack leżąc na plecach obok mnie.
- Jack, no powiedz! - jęknęłam wzruszając bezwładnie ramionami.
Przewrócił się na brzuch i przyczołgał się bliżej.
- Nie powiem, śnieżynko. - pocałował mnie w policzek. - Mówię po raz pięćdziesiąty ósmy i ostatni: to ma być nie-spo-dzian-ka. Znasz takie słowo?
- Nie lubię niespodzianek. - udałam obrażoną.
- Ta Ci się spodoba, gwarantuję.
- Nie lubię Cię, idę do Anny. - wstałam i ruszyłam w stronę drzwi.
- Elsuś, mnie nie nabierzesz. - Jack uśmiechnął się do mnie. - W głębi duszy umierasz z podniecenia, powtarzasz jak bardzo mnie kochasz i marzysz żebym Cię...
- Czyżby? - uśmiechnęłam się i wyszłam.
Tak naprawdę jego słowa były bardzo bliskie prawdzie. Kochałam go bardzo i nie umiałam sobie wyobrazić życia bez niego. Nie poszłam do Anny, tylko skierowałam do tylnego wyjścia z zamku i wymknęłam się do ogrodów pałacowych. Przeszłam przez różaną alejkę i usiadłam na trawie przy małym oczku wodnym. Było dość ciepło, ale co jakiś czas można było poczuć chłodny wietrzyk. Zanurzyłam dłoń w krystalicznie czystej wodzie i wzięłam głęboki wdech. Nagle usłyszałam za sobą dziwny dźwięk, odwróciłam się i krzyknęłam ze strachu na widok konio-podobnego pyska i wielkiego poroża. Po chwili z ulgą spostrzegłam, że to tylko Sven.
- Nie strasz mnie tak. - powiedziałam i pogładziłam do po łbie.
Spojrzał na mnie przyjaźnie i położył się przy mnie. Usłyszałam śmiech. Po chwili zza drzewa wyszedł Kristoff.
- Królowa nigdy renifera nie widziała? - zaśmiał się siadając po drugiej stronie oczka wodnego. - Nie są takie strasznie, gwarantuję.
- Czemu nie jesteś z Anną? - zignorowałam jego wypowiedź.
Zastanowił się chwilę.
- Rano powiedziała, że chce nauczyć Lenę mówić. - zaczął. - I, że zrobi to sama.
- Nie za wcześnie na to? - zdziwiłam się.
- Teoretycznie tak. - odrzekł. - Ale Ania uważa, że ona sama nauczyła się mówić bardzo wcześnie i, że Lenie też się uda.
Zaśmiałam się.
- Osobiście uczyłam ją mówić. Miała rok.
- A Lena nawet nie ma pół. - Kristoff uderzył się w czoło. - Anka będzie rozczarowana.
- Myślę, że dobrze jest zacząć ćwiczyć jak najwcześniej, i tak szybciej się nauczy. - powiedziałam wstając. - Ale może do niej pójdę.
Kristoff kiwnął głową.
- Powodzenia. - pomachał mi.
Gdy dotarłam do pokoju Anny, siedziała na łóżku z Leną na rękach.
- Powiedz "mama". Czemu nie chcesz powiedzieć? - podniosła głowę i zobaczyła mnie. - Cześć, Elsuś. Powiesz mi może dlaczego ta młoda dama odmawia posłuszeństwa i nie chce powiedzieć nawet "mama"?
Usiadłam przy niej i pogładziłam Lenę po główce.
- Nie znam się na dzieciach,- wyznałam. - ale coś mi mówi, że na mówienie może być jeszcze za wcześnie.
- Jedna z służących powiedziała mi, że jest bardzo różnie. - odrzekła Anna. - Postanowiłam nauczyć Lenę już teraz.
- Chyba nie da się dziecka tak po prostu nauczyć mówić. Ono samo musi się przyzwyczaić do mowy. Dlatego lepiej czytać książki i dużo przy nim rozmawiać. A dopiero gdy troszkę podrośnie, spróbować z nią "pogadać". - powiedziałam.
- I to jest ta, która się nie zna na dzieciach. - uśmiechnęła się siostra. - Skąd to wiesz?
- Pomagałam mamie się Tobą zajmować. - odwzajemniłam uśmiech. - Wiesz, że to ja nauczyłam Cię mówić?
- Naprawdę? - Anna wybałuszyła oczy.
Kiwnęłam głową. Ania odłożyła Lenę do kołyski.
- Jakie było moje pierwsze słowo?
- Twoje pierwsze słowo... - spróbowałam myślami cofnąć się kilkanaście lat wstecz. - Elsa. Jak nauczyłaś się jak mam na imię, to potem bez przerwy wrzeszczałaś to na cały pałac. To i tylko to. W kółko Elsa, Elsa, Elsa. Można było zwariować.
Anna zaśmiała się.
- To słodkie. - powiedziała. - No dobra. Skoro mówisz, że trzeba czytać dzieciom, będziemy czytać.
I podała mi książkę o dwóch reniferkach, którą Lena (jeśli tylko umiałaby mówić) na pewno potrafiłaby opowiedzieć z pamięci.
- No to do roboty. - westchnęłam i otworzyłam książkę.

- Elsa.

środa, 13 maja 2015

Powinniście pojechać na miesiąc miodowy

Witajcie,
Od poniedziałku Jack usiłuje na wszelkie sposoby udowodnić wszystkim, że jestem jego żoną. Na przykład wczoraj latał w kółko po dziedzińcu i śpiewał "Mam piękną żonę Elsę!" dopóki nie wyciągnęłam go stamtąd za kaptur. Obrazy Anny własnoręcznie wywiesił w jadalni i obramował lodowymi wzorkami. Dzisiaj razem z służbą ściągaliśmy resztę dekoracji. Oczywiście na początku Jack powiedział, żeby zostawić je na stałe, ale po długim jęku Anny i Kristoff'a zgodził się bardzo niechętnie je zdjąć. Wielki obraz na płótnie z wieży zegarowej powiesił jednak w sali balowej nad tronem.
- Trochę wiocha. - skomentowała Anna przyglądając się mu. - Przychodzi ktoś do królowej, a tu wielkie obwieszczenie, że jest zajęta.
Po tych słowach Jack się obraził i schował się w sypialni, a ja i Anna przeniosłyśmy obraz do wielkiej sali, gdzie zwykłyśmy wieszać większość obrazów. Kiedy wróciłam do komnaty Jack siedział pod kołdrą.
- Jack... - westchnęłam siadając przy nim. - Będziesz się obrażał o ten obraz..?
Brak odpowiedzi. Przewróciłam oczami i odwróciłam się od niego. Po chwili poczułam jego dłoń na talii.
- Już królewiczowi przeszło, tak?
W odpowiedzi pocałował mnie. Nagle do środka wpadli Anna i Kristoff z Leną na rękach.
- Ee... coś się stało? - zapytałam odrywając się od Jack'a.
- Chcieliśmy z Wami posiedzieć. - Anka podbiegła do nas i usiadła na łóżku.
- Jesteśmy zajęci... - burknął Jack.
Kristoff usiadł także z Leną.
- Nie narzekaj brachu. - powiedział.- Już i tak jesteśmy bardzo wyrozumiali.
- Niby w jaki sposób? - prychnął Jack.
- Mamy pokój za ścianą. - wtrąciła Anna. - Noc z Jack'iem i Elsą za ścianą....
Spojrzałam na Jack'a. Spojrzał także na mnie i uniósł figlarnie brwi. Pokręciłam głową z uśmiechem wiedząc dokładnie o czym myśli.
- Powinniście pojechać na jakiś miesiąc miodowy. Wtedy byście sobie mogli... - zaczęła Anna.
- Tak, już o tym rozmawialiśmy. - przerwałam jej. - Wkrótce wakacje, więc pojedziemy pod koniec czerwca. Ale nie znamy jeszcze szczegółów.
Kristoff parsknął śmiechem.
- Spokojnie, nie będziemy chcieli ich znać. - powiedział.
- A gdzie pojedziecie? - zapytała Anna.
Wzruszyłam ramionami.
- Jeszcze nie wiemy.
- Ty nie wiesz, śnieżynko. - powiedział Jack. - Zrobię Ci niespodziankę.
Uśmiechnęłam się do niego. Anna zagwizdała cicho.
- My mieliśmy miesiąc miodowy w postaci pogoni za Roszpunką. - westchnęła.
- E tam. - Kristoff poklepał ją po plecach. - Nie było tak źle.
Kiwnęła głową.
- No, było nawet zabawnie. - zaśmiała się.
- Tak, tak. - uciął Jack. - Powspominacie sobie może w waszym pokoiku, bo my musimy coś ważnego załatwić.
- No to na pewno nie idziemy do naszej komnaty... - jęknął Kristoff. - Albo ściany są bardzo nieszczelne, albo wy jesteście bardzo...
- Dobrze, dobrze szwagierku, papa! - pomachał Jack.
Kiedy wyszli zwróciłam się do niego:
- Nie jestem pewna czy Kristoff jest Twoim szwagrem...
- A co tam... - zaśmiał się i pocałował mnie.

- Elsa. 

poniedziałek, 11 maja 2015

Powrót do Arendelle.

Witajcie,
W niedzielę rano obudziłam się w moim ukochanym lodowym pałacu, w wygodnym łóżku, przytulona do męża. Było mi tak cudownie, że pomyślałam, że nigdy mogłabym nie wstawać. Jednak przypomniała mi się Roszpunka - strażnicy zamknęli ją na jakiś czas w lochach i nie wiem czy już wypuścili. I czy wesele do końca trwało już bez komplikacji? Aby się dowiedzieć musiałam oczywiście wrócić do Arendelle. Jednak na razie postanowiłam spróbować zasnąć jeszcze choć na chwilę. Niestety nie udało mi się to i pomyślałam, żeby obudzić Jack'a. Wyczarowałam dwie malutkie śnieżynki, które sfrunęły mu na nos. Mruknął tylko i przytulił mnie mocniej. Zaśmiałam się i pocałowałam go.
- Lodóweczko... - szepnęłam.
- Mhm...? - mruknął.
- Wstaniesz, czy mam zawołać Puszka...? - uśmiechnęłam się.
Usiadł i przetarł oczy. Na widok jego umięśnionej klaty ledwo powstrzymałam się, żeby znowu go przytulić. Spojrzał na mnie jakby czytał mi w myślach i przejechał mi dłonią po talii.
- Jak królowa ocenia naszą noc poślubną? - zapytał.
- Idealna. - zarumieniłam się.
Nagle usłyszeliśmy ryk z zewnątrz.
- To Puszek. - powiedziałam, wstałam i wyczarowałam sobie szybko szlafrok.
Wyszłam na taras i zobaczyłam mojego kochanego, śnieżnego ochroniarza stojącego na dole. Przekrzywił głowę ze zdziwieniem.
- Spokojnie, kochany, nic się nie dzieje. - zapewniłam go. - Możesz iść spać.
Obok mnie stanął Jack naciągając bokserki.
- Hej, potworku! - zawołał. - Już w nocy się bardzo martwiłeś o Elsę, chociaż powiedziałem Ci, że ona ma po prostu or...
- Jack, on i tak nie zrozumie. - przerwałam mu z uśmiechem. - Dobranoc, Puszku!
Wróciliśmy do środka. Po lekkim śniadaniu ubraliśmy się (nie mając wyboru w suknię ślubną i garnitur) i wróciliśmy do Arendelle. Tam czekała na nas niespodzianka. Otóż Anna i Kristoff wraz z gośćmi, którzy jeszcze zostali (Merida, Astrid, Czkawka i Flynn) wyskoczyli na nas zza wrót i zaczęli śpiewać coś w stylu:
- Oł jeee! Jesteście małżeństwem! To takie słodkie! My śpiewamy Wam dziś! I bardzo Was kochamy!!
Zaśmialiśmy się i uściskaliśmy wszystkich.
- To nie koniec. - uśmiechnęła się tajemniczo Anka. - Mamy dla Was wspólny prezent.
- Łooł, już się boję. - zaśmiał się Jack.
Ania wyciągnęła zza pleców... szklaną kulę otwartą u góry, pełną wody. Pływała w niej malutka, niebieska rybka.
- O ja Cię! -  Jack uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Ale cudna! - uśmiechnęłam się i odebrałam kulę.
- Mieliście sami ją nazwać, ale nie mogliśmy się powstrzymać. - wyznał Czkawka ze śmiechem. - Poznajcie Lodzię.
- Och... - westchnęłam. - Śliczna, dziękujemy!
- Tylko mi jej nie zagłodzić. - dodała Merida. - I ma stać obok Waszego łóżka.
- Ma się rozumieć, kapitanie. - uśmiechnął się Jack, odebrał mi akwarium i poleciał do góry.
- Co z Roszpunką? - przypomniało mi się nagle.
- Jej matka ją uwolniła i wróciły do domu jak wszyscy. - powiedział Flynn. - Ale ja jakoś nie miałem ochoty z nią wracać, po tym jaki numer mi wywinęła. Nie wiedziałem, że zdradza mnie z Jack'iem.
- Nie zdradza. - powiedziała szybko Anka. - Tylko to sobie uroiła.
Flynn wzruszył ramionami.
- No dobra, może jej przejdzie. - westchnął. - Ale teraz nie ma co o niej rozmyślać.
- Masz rację, brachu. - objął go Kristoff. - Chodźcie, wypijemy resztę wina.
I chłopcy pobiegli do jadalni. Służba powoli zdejmowała już wszystkie dekoracje, ale gdzieniegdzie stały butelki czy talerze. Nagle Anna pociągnęła mnie do mojej komnaty, a Astrid i Merida pobiegły za nami.
- Co jest? - zapytałam.
- Wpadłam wczoraj na super pomysł. - odrzekła siostra. - Muszę koniecznie Was namalować! Ciebie i Jack'a, w strojach ślubnych! Na pamiątkę, no wiesz! Nie mam oczywiście wielkiego talentu, ale... ważne, że będzie!
- Świetny pomysł. - uśmiechnęłam się.
W sypialni zastałyśmy Jack'a oglądającego rybkę, którą postawił na etażerce przy łóżku.
- Co za napad? - zapytał.
- Chodź tu i stój nieruchomo. - poleciła Anna i kiwnęła głową na Meridę, która wybiegła na korytarz.
- Co one knują? - Jack spojrzał na mnie.
Uśmiechnęłam się tylko.
- Chcę uwiecznić Wasz wygląd ślubny. - powiedziała Anna. - Namaluję Was.
- O, to super! - zaśmiał się Jack stając na łóżku w pozie Supermena.
- Weź, przyjmij jakąś bardziej normalną pozę, dobra? - jęknęła Astrid z uśmiechem.
Ostatecznie nie dał się całkowicie namówić na normalną pozę i stanął w lekkim rozkroku, z rękami na biodrach, szczerząc się od ucha do ucha. Kiedy Merida wróciła ze sztalugą, Anna zaczęła rysować. Muszę przyznać, że szło jej nawet nieźle, choć upierała się, że bardzo źle. Potem namalowała też mnie. Kiedy skończyła, Jack poszedł do chłopaków wykańczać zapasy wina, a my grałyśmy trochę w butelkę. Wieczorem wszyscy goście odlecieli, czy też odpłynęli, a ja i Jack mogliśmy cieszyć się prywatnością.

A oto obrazy Anny:
 Jack

I ja.


- Elsa.