Hejo,
Dziś rano wstałam i pobiegłam do gabinetu Elsy, wbiegłam do gabinetu bez pukania.
- Elsa wiesz co jest...- nie dokończyłam, bo w gabinecie nikogo nie było, więc pobiegłam do sypialni Elsy, ale tym razem zapukałam cichutko na korytarz wyszła Elsa w szlafroku.
- Aniu czy coś się stało?- zpytała zaspanym głosem.
- Elsa, wiesz co jest jutro?
- Jutro, jutro jest 5 stycznia.
- No właśnie.
- No i? Aniu to zwykły dzień.- Elsa nie rozumiała.
- Elsuś, co było rok temu?- zapytałam naprowadzając Elsę na właściwą drogę.
- Aha... PIERWSZE URODZINY LENY!!!- wykrzyczała to tak głośno że zaraz obok niej pojawił się przerażony Jack.
- Elsa, czy coś się stało?
- Jack, Lena ma jutro swoje pierwsze urodziny.
- Jeeeeeeeej- Jack krzyknął i wzbił się w powietrze.- Trzeba przygotować bal.
- Nie, ja myślałam o małym przyjęciu dla nas i dla was.
- Dobrze.- zgodziła się Elsa, a ja poszłam do kuchni i poprosiłam o upieczenie małego tortu.
- Księżniczko, a czy nie lepiej zrobić dwa torty, jeden mały na przyjęcie, a drugi duży dla poddanych i wystawić jutro na dziedziniec, skoro to pierwsze urodziny małej ksężniczki.- zaproponowała jedna z kucharek.
- Dobry pomysł, więc jeden mały, a drugi duży. Więc ja teraz idę po prezent do miasta, a jak wrócę to przyjdę pomóc.- i pobiegłam do miasta, a jak wróciłam to poszłam do kuchni pomóc w pieczeniu ciasteczek, tortów i kolacji, a gdy skończyłyśmy poszłam wykąpać Lenę i gdy już usnęła przygotowałam jej ubranko na jutro i pobiegłam po Elsę, Jack'a i Kristoff'a. Zaczęliśmy ozdabiać cały pałac, skończyliśmy bardzo późno, więc poszliśmy się wykąpać i teraz idziemy spać.
- Anna
poniedziałek, 4 stycznia 2016
niedziela, 3 stycznia 2016
Annowe opowieści i rozmyślania.
Witajcie,
Po tym jak obudziłam się w Nowy Rok przytulona do Jack'a, wstałam i wyszłam na balkon zakładając satynowy szlafrok. Owiało mnie lodowate powietrze, ale niezbyt mi to przeszkadzało. Rozejrzałam się po oszronionych ogrodach w dole. Przypomniały mi się słowa dziewcząt, z którymi rozmawiałam ostatnio. Czy powinnam doprowadzić do koronacji Jack'a? Na razie pełni funkcję królewicza i szczerze wolałabym aby tak zostało. Nie jestem pewna czy potrafiłby dobrze sprawić się jako król. Myślę, że to dla niego zbyt ważna posada. Oczywiście nie uważam, że nie jest na tyle mądry, bynajmniej, Jack jest wyjątkowo inteligenty, ale po prostu nie potrafię wyobrazić go sobie za biurkiem czy na audiencji. Ale może to tylko moje głupie uprzedzenia. Może jednak należy mu się szansa. Tyle przecież dla mnie zrobił, a w dodatku jest osobą, którą darzę największym zaufaniem (może prócz Anny) i spędziliśmy razem tak dużo czasu... i w ogóle jesteśmy małżeństwem. Mimo wszystko mam mętlik w głowie. Poddani na pewno byliby wniebowzięci koronacją i królem. Od tak dawna czekali przecież, aż znajdę mężczyznę odpowiedniego do objęcia tronu i rządzenia państwem wraz ze mną. Byliby zachwyceni parą królewską. No i w dodatku, przecież spodziewamy się dziedzica tronu. To kolejny, jeden z najmocniejszych argumentów, abym "zrobiła" Jack'a królem Arendelle. Przecież i tak byłabym głównym władcą, jako prawowita dziedziczka tronu... mógłby mi pomagać, wspierać, doradzać.
Tak wiele różnych myśli kołatało mi się w głowie, jednak dalej nie potrafiłam podjąć ostatecznej decyzji. Nagle usłyszałam pukanie w głębi pokoju, więc szybko weszłam do środka, zamknęłam drzwi balkonowe i otworzyłam cicho drzwi, nie chcąc budzić Jack'a. Ujrzałam za nimi Annę z bardzo podekscytowaną miną.
- Wszystko gra? - zapytałam, podczas gdy ona weszła do środka i usiadła przy mojej toaletce.
- Jak najbardziej! - zawołała nie mogąc powstrzymać śmiechu.
Położyłam palec na ustach i pokazałam na śpiącego w dość dziwnej pozycji Jack'a. Ania wyciągnęła mnie na korytarz.
- Muszę Ci opowiedzieć co robiliśmy w Sylwestra. - powiedziała. - Było po prostu genialnie!
Uśmiechnęłam się i przestawiłam mózg na tryb "Słucham, Aniu." W ciągu najbliższych minut dowiedziałam się, że Anna i Kristoff spędzili wieczór na śpiewaniu Lenie kołysanek własnego autorstwa, a gdy ją uśpili, razem z niektórymi służącymi świętowali, tańczyli i puszczali fajerwerki z samego dachu. Pomyślałam, że nie pochwalam wizji służby, ani siostry na takich wysokościach z niebezpiecznymi fajerwerkami, ale na głos powiedziałam tylko, że to cudnie i uśmiechnęłam się ciepło.
- A wy co robiliście? - zapytała z chytrym uśmiechem.
Opowiedziałam jej więc... większość zdarzeń z Sylwestrowej nocy. Niektóre niewątpliwie musiały zostać między mną, a Jack'iem, chociaż Anna na pewno uznałaby inaczej. W końcu Anka pobiegła do Leny, która zaczęła płakać, a mi udało się wrócić do sypialni i zastać Jack'a nadal pogrążonego w śnie. Położyłam się obok niego i zaczekałam aż się obudzi.
- Hej, Śnieżynko. - przywitał mnie uroczym, zaspanym uśmiechem.
- Jack... - uśmiechnęłam się mimowolnie na ten widok.
Początkowo chciałam z nim porozmawiać o propozycji koronacji, ale nie chciałam psuć mu humoru - zakładając oczywiście, że nie zareagowałby pozytywnie. A w dodatku sam nie dał mi dojść do słowa całując mnie czule i przytulając do siebie.
Postanowiłam jednak porozmawiać z nim na ten temat. Jak najszybciej.
- Elsa.
Po tym jak obudziłam się w Nowy Rok przytulona do Jack'a, wstałam i wyszłam na balkon zakładając satynowy szlafrok. Owiało mnie lodowate powietrze, ale niezbyt mi to przeszkadzało. Rozejrzałam się po oszronionych ogrodach w dole. Przypomniały mi się słowa dziewcząt, z którymi rozmawiałam ostatnio. Czy powinnam doprowadzić do koronacji Jack'a? Na razie pełni funkcję królewicza i szczerze wolałabym aby tak zostało. Nie jestem pewna czy potrafiłby dobrze sprawić się jako król. Myślę, że to dla niego zbyt ważna posada. Oczywiście nie uważam, że nie jest na tyle mądry, bynajmniej, Jack jest wyjątkowo inteligenty, ale po prostu nie potrafię wyobrazić go sobie za biurkiem czy na audiencji. Ale może to tylko moje głupie uprzedzenia. Może jednak należy mu się szansa. Tyle przecież dla mnie zrobił, a w dodatku jest osobą, którą darzę największym zaufaniem (może prócz Anny) i spędziliśmy razem tak dużo czasu... i w ogóle jesteśmy małżeństwem. Mimo wszystko mam mętlik w głowie. Poddani na pewno byliby wniebowzięci koronacją i królem. Od tak dawna czekali przecież, aż znajdę mężczyznę odpowiedniego do objęcia tronu i rządzenia państwem wraz ze mną. Byliby zachwyceni parą królewską. No i w dodatku, przecież spodziewamy się dziedzica tronu. To kolejny, jeden z najmocniejszych argumentów, abym "zrobiła" Jack'a królem Arendelle. Przecież i tak byłabym głównym władcą, jako prawowita dziedziczka tronu... mógłby mi pomagać, wspierać, doradzać.
Tak wiele różnych myśli kołatało mi się w głowie, jednak dalej nie potrafiłam podjąć ostatecznej decyzji. Nagle usłyszałam pukanie w głębi pokoju, więc szybko weszłam do środka, zamknęłam drzwi balkonowe i otworzyłam cicho drzwi, nie chcąc budzić Jack'a. Ujrzałam za nimi Annę z bardzo podekscytowaną miną.
- Wszystko gra? - zapytałam, podczas gdy ona weszła do środka i usiadła przy mojej toaletce.
- Jak najbardziej! - zawołała nie mogąc powstrzymać śmiechu.
Położyłam palec na ustach i pokazałam na śpiącego w dość dziwnej pozycji Jack'a. Ania wyciągnęła mnie na korytarz.
- Muszę Ci opowiedzieć co robiliśmy w Sylwestra. - powiedziała. - Było po prostu genialnie!
Uśmiechnęłam się i przestawiłam mózg na tryb "Słucham, Aniu." W ciągu najbliższych minut dowiedziałam się, że Anna i Kristoff spędzili wieczór na śpiewaniu Lenie kołysanek własnego autorstwa, a gdy ją uśpili, razem z niektórymi służącymi świętowali, tańczyli i puszczali fajerwerki z samego dachu. Pomyślałam, że nie pochwalam wizji służby, ani siostry na takich wysokościach z niebezpiecznymi fajerwerkami, ale na głos powiedziałam tylko, że to cudnie i uśmiechnęłam się ciepło.
- A wy co robiliście? - zapytała z chytrym uśmiechem.
Opowiedziałam jej więc... większość zdarzeń z Sylwestrowej nocy. Niektóre niewątpliwie musiały zostać między mną, a Jack'iem, chociaż Anna na pewno uznałaby inaczej. W końcu Anka pobiegła do Leny, która zaczęła płakać, a mi udało się wrócić do sypialni i zastać Jack'a nadal pogrążonego w śnie. Położyłam się obok niego i zaczekałam aż się obudzi.
- Hej, Śnieżynko. - przywitał mnie uroczym, zaspanym uśmiechem.
- Jack... - uśmiechnęłam się mimowolnie na ten widok.
Początkowo chciałam z nim porozmawiać o propozycji koronacji, ale nie chciałam psuć mu humoru - zakładając oczywiście, że nie zareagowałby pozytywnie. A w dodatku sam nie dał mi dojść do słowa całując mnie czule i przytulając do siebie.
Postanowiłam jednak porozmawiać z nim na ten temat. Jak najszybciej.
- Elsa.
piątek, 1 stycznia 2016
Szczęśliwego Nowego Roku!
Witajcie,
Wczoraj wieczorem Anna i Kristoff wzięli Lenę i siedzieli razem z nią w jadalni. Nie robiłam żadnego balu z okazji Sylwestra, bo jak ostatnio widziałam ludzie sami świetnie przygotowali sobie "imprezę".
- Na pewno nie zostaniecie z nami? - zapytała Anna.
Przechodziłam właśnie przez jadalnię w poszukiwaniu moich purpurowych rękawiczek. Miałam na sobie dość wąską, srebrno-liliową suknię i długi, purpurowy płaszcz zapinany na srebrną broszkę oraz srebrne buty na niewysokim obcasie.
- Obiecałam Jack'owi, że będzie mógł gdzieś mnie zabrać. - uśmiechnęłam się.
- Hej, Śnieżynko! - wleciał do pokoju ze swoją laską i wylądował przede mną. - Gotowa?
- Nie, nie, nie wiem gdzie są moje... - zamilkłam, bo Jack wystawił jedną rękę, sięgnął za moją głowę i po chwili zamachał mi przed twarzą parą purpurowych rękawiczek.
- Magia. - szepnął i pocałował mnie w czubek nosa, po czym pociągnął za rękę i wybiegliśmy na zewnątrz tylnym wyjściem.
Chciałam zapytać dokąd idziemy, ale Jack podniósł mnie, więc objęłam go mocno wiedząc, że zaraz wzbijemy się w powietrze. I faktycznie, po chwili lecieliśmy już tuż nad taflą wody. Niebo zrobiło się różowo-pomarańczowe i Słońce zaczęło znikać za morzem. Jack skierował się w stronę miasta, jednak w ostatniej chwili wzbił się wysoko do góry i w końcu wylądowaliśmy na jednym ze wzgórz wznoszących się nad miastem. Przeszliśmy kilka kroków i napotkaliśmy niewielki, krystalicznie czysty wodospad. Na dole woda wpadała do niedużego stawu, a zachodzące Słońce pięknie się w niej odbijało. Spojrzałam z góry na Arendelle. Ludzie już bawili się w najlepsze na swoim ukochanym placu przy wieży zegarowej.
- Wiesz, Jack. - westchnęłam, a on objął mnie czule. - Czasem gdy patrzę na moich poddanych... na to jak się bawią, cieszą... zazdroszczę im. Zazdroszczę im tego wolnego życia... w pewności, że żyją dobrze, że zawsze ktoś nad nimi czuwa i nie da ich skrzywdzić.
- Masz rację.
Odwróciłam się do niego.
- Tylko wiesz, twoja rola jest o wiele ważniejsza. Tylko dzięki Tobie, oni mogą żyć tak jak żyją. Jeśli można im zazdrościć, możesz sobie pogratulować.
Uśmiechnęłam się lekko i jeszcze raz spojrzałam na rozświetlone miasto i wsłuchałam się w dochodzące z niego śmiechy. Poczułam dumę.
Gdy Słońce zaszło całkiem, udaliśmy się do miasta. Zamieniłam kilka słów z poddanymi i z radością patrzyłam jak się bawią. Jack posłusznie chodził wszędzie razem ze mną, ale widziałam dobrze, że na widok rozchichotanych dziewcząt pojawiających się niedaleko nas co jakiś czas nie do końca wiedział jak się zachować. Normalnie zapewne poruszałby zalotnie brwiami i wypinał pierś, ale chyba zrozumiał, że to jego poddane. Jak się zachować?
- Jack. - szepnęłam do niego.
- Hm?
- Chodź, te dwie dziewczęta chyba chciałaby się z Tobą zapoznać. - lekko pokazałam głową na dwie rozchichotane, zarumienione dziewczyny mniej więcej w wieku Anny, stojące pod jednym z domów.
Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jednak zanim zdążył coś powiedzieć przywołałam dziewczyny gestem. Ukłoniły się natychmiast i zaśmiały.
- Wasza Wysokość... - zaczęła jedna z nich. - ...to taki zaszczyt widzieć tu królową i... i... - spojrzały na Jack'a i zarumieniły się.
On na szczęście wziął się w garść, bo przybrał pewną siebie minę i zaczął przyjaznym tonem:
- Miło Was poznać, moje drogie. Jestem Jack. - uśmiechnął się.
Obie zaczerwieniły się po same uszy i dygnęły lekko.
- Wiecie co... - sięgnął do kieszeni bluzy. - Chyba mam coś dla Was.
Po chwili wyciągnął dwie śliczne, lodowe bransoletki ze śnieżynkami po bokach. Wręczył jedną każdej z dziewczyn.
- Dziękujemy bardzo, są przepiękne! - pisnęły jednocześnie, skłoniły się nisko i pobiegły gdzieś.
Jack spojrzał na mnie z dumną miną.
- Gratuluję pierwszych interakcji z poddanymi. - uśmiechnęłam się.
Nagle podbiegła do nas inna dziewczynka, około siedmio, może ośmioletnia. Za nią nadeszła zdyszana kobieta, zapewne jej matka. Ukłoniły się obie.
- W czymś mogę pomóc? - zapytałam.
- Nie, Wasza Wysokość, przepraszamy, moja córka tylko... - zaczęła kobieta, ale dziewczynka pociągnęła mnie lekko za rąbek płaszcza.
- Pani Królowo... - zaczęła. - A Pani będzie miała dzidziusia?
Jej matka miała minę, jakby zaraz miała zemdleć. Zaśmiałam się i spojrzałam na Jack'a. Uśmiechał się.
- Tak. - odrzekłam.
Dziewczynka zrobiła zachwyconą minę i pobiegła z powrotem.
- Naprawdę przepraszam. - jęknęła kobieta.
- Ależ nic się nie stało, naprawdę. - uśmiechnęłam się.
Kobieta ukłoniła się i odeszła.
- Chodź, Elso. - Jack złapał mnie za rękę. - Chcę Cię zabrać gdzieś jeszcze.
I polecieliśmy daleko za zamek, aż na Lodowe Pola. Tam wylądowaliśmy wśród kilku krzewów (Jack spojrzał na nie i uśmiechnął się do mnie figlarnie, ale poprowadził mnie dalej), po czym weszliśmy w nieduży zagajnik.
- Co to za miejsce? - zapytałam.
- Nie wiem. - zaśmiał się Jack. - Ale ładnie tu wygląda.
Uśmiechnęłam się, a on poprowadził mnie jeszcze kilka kroków, po czym się zatrzymaliśmy. Było już całkiem ciemno, tak że niewiele widziałam.
- Spójrz na niebo. - szepnął Jack.
Uniosłam głowę i ujrzałam piękną, zielono-seledynowo-fioletowo-różową zorzę. Mieniła się na niebie od miejsca, w którym byliśmy, aż do portu, albo jeszcze dalej.
- Tak dawno nie widziałam zorzy... - westchnęłam. - A tak uwielbiam na nią patrzeć. Jest przepiękna.
Jack uśmiechnął się i zbliżył się do mnie.
- Jak ty, Śnieżynko. - chłodną dłonią dotknął mojego policzka i pocałował mnie delikatnie.
W tym samym momencie nad Arendelle wystrzeliło mnóstwo kolorowych fajerwerków. Obejrzeliśmy się za siebie i ujrzeliśmy jak kolory zorzy łączą się z nimi w jedną wielką (nieco wybuchową) tęczę. Pospacerowaliśmy jeszcze jakiś czas, po czym Jack zabrał nas prosto na balkon naszej sypialni.
- Elsa.
Wczoraj wieczorem Anna i Kristoff wzięli Lenę i siedzieli razem z nią w jadalni. Nie robiłam żadnego balu z okazji Sylwestra, bo jak ostatnio widziałam ludzie sami świetnie przygotowali sobie "imprezę".
- Na pewno nie zostaniecie z nami? - zapytała Anna.
Przechodziłam właśnie przez jadalnię w poszukiwaniu moich purpurowych rękawiczek. Miałam na sobie dość wąską, srebrno-liliową suknię i długi, purpurowy płaszcz zapinany na srebrną broszkę oraz srebrne buty na niewysokim obcasie.
- Obiecałam Jack'owi, że będzie mógł gdzieś mnie zabrać. - uśmiechnęłam się.
- Hej, Śnieżynko! - wleciał do pokoju ze swoją laską i wylądował przede mną. - Gotowa?
- Nie, nie, nie wiem gdzie są moje... - zamilkłam, bo Jack wystawił jedną rękę, sięgnął za moją głowę i po chwili zamachał mi przed twarzą parą purpurowych rękawiczek.
- Magia. - szepnął i pocałował mnie w czubek nosa, po czym pociągnął za rękę i wybiegliśmy na zewnątrz tylnym wyjściem.
Chciałam zapytać dokąd idziemy, ale Jack podniósł mnie, więc objęłam go mocno wiedząc, że zaraz wzbijemy się w powietrze. I faktycznie, po chwili lecieliśmy już tuż nad taflą wody. Niebo zrobiło się różowo-pomarańczowe i Słońce zaczęło znikać za morzem. Jack skierował się w stronę miasta, jednak w ostatniej chwili wzbił się wysoko do góry i w końcu wylądowaliśmy na jednym ze wzgórz wznoszących się nad miastem. Przeszliśmy kilka kroków i napotkaliśmy niewielki, krystalicznie czysty wodospad. Na dole woda wpadała do niedużego stawu, a zachodzące Słońce pięknie się w niej odbijało. Spojrzałam z góry na Arendelle. Ludzie już bawili się w najlepsze na swoim ukochanym placu przy wieży zegarowej.
- Wiesz, Jack. - westchnęłam, a on objął mnie czule. - Czasem gdy patrzę na moich poddanych... na to jak się bawią, cieszą... zazdroszczę im. Zazdroszczę im tego wolnego życia... w pewności, że żyją dobrze, że zawsze ktoś nad nimi czuwa i nie da ich skrzywdzić.
- Masz rację.
Odwróciłam się do niego.
- Tylko wiesz, twoja rola jest o wiele ważniejsza. Tylko dzięki Tobie, oni mogą żyć tak jak żyją. Jeśli można im zazdrościć, możesz sobie pogratulować.
Uśmiechnęłam się lekko i jeszcze raz spojrzałam na rozświetlone miasto i wsłuchałam się w dochodzące z niego śmiechy. Poczułam dumę.
Gdy Słońce zaszło całkiem, udaliśmy się do miasta. Zamieniłam kilka słów z poddanymi i z radością patrzyłam jak się bawią. Jack posłusznie chodził wszędzie razem ze mną, ale widziałam dobrze, że na widok rozchichotanych dziewcząt pojawiających się niedaleko nas co jakiś czas nie do końca wiedział jak się zachować. Normalnie zapewne poruszałby zalotnie brwiami i wypinał pierś, ale chyba zrozumiał, że to jego poddane. Jak się zachować?
- Jack. - szepnęłam do niego.
- Hm?
- Chodź, te dwie dziewczęta chyba chciałaby się z Tobą zapoznać. - lekko pokazałam głową na dwie rozchichotane, zarumienione dziewczyny mniej więcej w wieku Anny, stojące pod jednym z domów.
Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jednak zanim zdążył coś powiedzieć przywołałam dziewczyny gestem. Ukłoniły się natychmiast i zaśmiały.
- Wasza Wysokość... - zaczęła jedna z nich. - ...to taki zaszczyt widzieć tu królową i... i... - spojrzały na Jack'a i zarumieniły się.
On na szczęście wziął się w garść, bo przybrał pewną siebie minę i zaczął przyjaznym tonem:
- Miło Was poznać, moje drogie. Jestem Jack. - uśmiechnął się.
Obie zaczerwieniły się po same uszy i dygnęły lekko.
- Wiecie co... - sięgnął do kieszeni bluzy. - Chyba mam coś dla Was.
Po chwili wyciągnął dwie śliczne, lodowe bransoletki ze śnieżynkami po bokach. Wręczył jedną każdej z dziewczyn.
- Dziękujemy bardzo, są przepiękne! - pisnęły jednocześnie, skłoniły się nisko i pobiegły gdzieś.
Jack spojrzał na mnie z dumną miną.
- Gratuluję pierwszych interakcji z poddanymi. - uśmiechnęłam się.
Nagle podbiegła do nas inna dziewczynka, około siedmio, może ośmioletnia. Za nią nadeszła zdyszana kobieta, zapewne jej matka. Ukłoniły się obie.
- W czymś mogę pomóc? - zapytałam.
- Nie, Wasza Wysokość, przepraszamy, moja córka tylko... - zaczęła kobieta, ale dziewczynka pociągnęła mnie lekko za rąbek płaszcza.
- Pani Królowo... - zaczęła. - A Pani będzie miała dzidziusia?
Jej matka miała minę, jakby zaraz miała zemdleć. Zaśmiałam się i spojrzałam na Jack'a. Uśmiechał się.
- Tak. - odrzekłam.
Dziewczynka zrobiła zachwyconą minę i pobiegła z powrotem.
- Naprawdę przepraszam. - jęknęła kobieta.
- Ależ nic się nie stało, naprawdę. - uśmiechnęłam się.
Kobieta ukłoniła się i odeszła.
- Chodź, Elso. - Jack złapał mnie za rękę. - Chcę Cię zabrać gdzieś jeszcze.
I polecieliśmy daleko za zamek, aż na Lodowe Pola. Tam wylądowaliśmy wśród kilku krzewów (Jack spojrzał na nie i uśmiechnął się do mnie figlarnie, ale poprowadził mnie dalej), po czym weszliśmy w nieduży zagajnik.
- Co to za miejsce? - zapytałam.
- Nie wiem. - zaśmiał się Jack. - Ale ładnie tu wygląda.
Uśmiechnęłam się, a on poprowadził mnie jeszcze kilka kroków, po czym się zatrzymaliśmy. Było już całkiem ciemno, tak że niewiele widziałam.
- Spójrz na niebo. - szepnął Jack.
Uniosłam głowę i ujrzałam piękną, zielono-seledynowo-fioletowo-różową zorzę. Mieniła się na niebie od miejsca, w którym byliśmy, aż do portu, albo jeszcze dalej.
- Tak dawno nie widziałam zorzy... - westchnęłam. - A tak uwielbiam na nią patrzeć. Jest przepiękna.
Jack uśmiechnął się i zbliżył się do mnie.
- Jak ty, Śnieżynko. - chłodną dłonią dotknął mojego policzka i pocałował mnie delikatnie.
W tym samym momencie nad Arendelle wystrzeliło mnóstwo kolorowych fajerwerków. Obejrzeliśmy się za siebie i ujrzeliśmy jak kolory zorzy łączą się z nimi w jedną wielką (nieco wybuchową) tęczę. Pospacerowaliśmy jeszcze jakiś czas, po czym Jack zabrał nas prosto na balkon naszej sypialni.
- Elsa.
wtorek, 29 grudnia 2015
Ludowa ekscytacja królewskim małżonkiem?
Witajcie,
Dziś wstałam specjalnie wcześnie rano, aby wyjść nie budząc Jack'a. A właściwie najlepiej nikogo nie budząc. Uznałam,że dobrze mi zrobi chwila samotności, a dodatkowo chciałam sama sprawdzić jak mają się moi poddani. Gdy zeszłam do miasta z radością spostrzegłam, że w końcu poradzili sobie ze wszystkimi świątecznymi ozdobami i większość była już uprzątnięta. Za to napotkałam kilka stoisk, rozkładanych na głównym placu, na których dostrzegłam typowo sylwestrowe ozdoby i drobiazgi.
- Wasza Wysokość! - na mój widok jedna z kobiet zajmujących się stoiskami ukłoniła się nisko i zbliżyła się odrobinę. - Ośmielę się spytać, cóż tu królową sprowadza?
Podeszłam do niej z uśmiechem.
- Chciałam do Was zajrzeć. Wszystko w porządku? - zapytałam.
- Jak najlepszym, Wasza Wysokość. - kobieta ukłoniła się jeszcze raz. - Wszyscy nie mogą doczekać się końca roku.
- Widzę. - rozejrzałam się.
- Królowo, wiem, że nie przystoi pytać, ale... u nas już od kilku dni rozmawia się na ten temat. - kobieta zaczęła nerwowo skubać rąbek swojej sukienki.
- Na jaki dokładnie? - uniosłam brwi.
W tej chwili podbiegła do nas druga kobieta. Wyglądała na nieco młodszą i widać było, że jest wyjątkowo podekscytowana moją obecnością. Co chwilę kłaniała się i śmiała nerwowo. W końcu jednak powiedziała:
- Tu chodzi o królewicza, Wasza Wysokość. - zachichotała. - Męża królowej. Ludzie chcieliby bliżej go poznać.
Druga kobieta trzepnęła ją w ramię i obie się zaśmiały. Zmarszczyłam brwi z uśmiechem. Proszę, jakim powodzeniem Jack cieszy się wśród poddanych.
- I oczywiście zastanawiamy się również czy będzie koronowany! - dodała z ekscytacją młodsza. - Oczywiście... jeśli możemy pytać o takie rzeczy...
Zaśmiałam się serdecznie.
- Będę musiała nad tym pomyśleć. Dziękuję, że mi o tym powiedziałyście. - skinęłam lekko głową, a one ukłoniły się rumieniąc się po uszy.
Przeszłam jeszcze dookoła kilku miejsc, udałam się do portu, ale nie działo się tam nic godnego uwagi, więc wróciłam do zamku. Jack już na mnie czekał.
- Gdzie byłaś? - zapytał. - Martwiłem się.
- W mieście. - podeszłam do niego, a on natychmiast mnie przytulił po czym zaczął wypytywać czy dobrze się czuję i czy nic mi nie jest.
Gdy zdołałam go zapewnić, że wszystko jest w porządku opowiedziałam mu z trudem powstrzymując się od śmiechu o tym jak rozmyślają i rozmawiają o nim kobiety w całym Arendelle i, że chciałyby go lepiej poznać.
- Nic dziwnego. - spojrzał na swoją ładnie wyrzeźbioną klatę i uniósł głowę z dumną miną.
Oboje zaśmialiśmy się.
- W sumie, to miały trochę racji. - powiedział po chwili. - Był nasz ślub, trochę o mnie usłyszeli, ale tak naprawdę nikt mnie nie zna.
Kiwnęłam głową.
- Skoro tak bardzo ciągnie Cię na zewnątrz w Sylwestra, to możemy zajrzeć do poddanych, przy okazji. Na pewno się ucieszą. I najlepiej przyjdź bez koszulki.
Spojrzał na mnie z uśmiechem, ale w końcu uznał, że to dobry pomysł - oprócz tego ostatniego.
O tym, że poddani zastanawiają się, czy nie powinien być koronowany na razie mu nie powiedziałam. Na razie sama powinnam to przemyśleć. Jeszcze zobaczę co zrobić z tym fantem.
- Elsa.
Dziś wstałam specjalnie wcześnie rano, aby wyjść nie budząc Jack'a. A właściwie najlepiej nikogo nie budząc. Uznałam,że dobrze mi zrobi chwila samotności, a dodatkowo chciałam sama sprawdzić jak mają się moi poddani. Gdy zeszłam do miasta z radością spostrzegłam, że w końcu poradzili sobie ze wszystkimi świątecznymi ozdobami i większość była już uprzątnięta. Za to napotkałam kilka stoisk, rozkładanych na głównym placu, na których dostrzegłam typowo sylwestrowe ozdoby i drobiazgi.
- Wasza Wysokość! - na mój widok jedna z kobiet zajmujących się stoiskami ukłoniła się nisko i zbliżyła się odrobinę. - Ośmielę się spytać, cóż tu królową sprowadza?
Podeszłam do niej z uśmiechem.
- Chciałam do Was zajrzeć. Wszystko w porządku? - zapytałam.
- Jak najlepszym, Wasza Wysokość. - kobieta ukłoniła się jeszcze raz. - Wszyscy nie mogą doczekać się końca roku.
- Widzę. - rozejrzałam się.
- Królowo, wiem, że nie przystoi pytać, ale... u nas już od kilku dni rozmawia się na ten temat. - kobieta zaczęła nerwowo skubać rąbek swojej sukienki.
- Na jaki dokładnie? - uniosłam brwi.
W tej chwili podbiegła do nas druga kobieta. Wyglądała na nieco młodszą i widać było, że jest wyjątkowo podekscytowana moją obecnością. Co chwilę kłaniała się i śmiała nerwowo. W końcu jednak powiedziała:
- Tu chodzi o królewicza, Wasza Wysokość. - zachichotała. - Męża królowej. Ludzie chcieliby bliżej go poznać.
Druga kobieta trzepnęła ją w ramię i obie się zaśmiały. Zmarszczyłam brwi z uśmiechem. Proszę, jakim powodzeniem Jack cieszy się wśród poddanych.
- I oczywiście zastanawiamy się również czy będzie koronowany! - dodała z ekscytacją młodsza. - Oczywiście... jeśli możemy pytać o takie rzeczy...
Zaśmiałam się serdecznie.
- Będę musiała nad tym pomyśleć. Dziękuję, że mi o tym powiedziałyście. - skinęłam lekko głową, a one ukłoniły się rumieniąc się po uszy.
Przeszłam jeszcze dookoła kilku miejsc, udałam się do portu, ale nie działo się tam nic godnego uwagi, więc wróciłam do zamku. Jack już na mnie czekał.
- Gdzie byłaś? - zapytał. - Martwiłem się.
- W mieście. - podeszłam do niego, a on natychmiast mnie przytulił po czym zaczął wypytywać czy dobrze się czuję i czy nic mi nie jest.
Gdy zdołałam go zapewnić, że wszystko jest w porządku opowiedziałam mu z trudem powstrzymując się od śmiechu o tym jak rozmyślają i rozmawiają o nim kobiety w całym Arendelle i, że chciałyby go lepiej poznać.
- Nic dziwnego. - spojrzał na swoją ładnie wyrzeźbioną klatę i uniósł głowę z dumną miną.
Oboje zaśmialiśmy się.
- W sumie, to miały trochę racji. - powiedział po chwili. - Był nasz ślub, trochę o mnie usłyszeli, ale tak naprawdę nikt mnie nie zna.
Kiwnęłam głową.
- Skoro tak bardzo ciągnie Cię na zewnątrz w Sylwestra, to możemy zajrzeć do poddanych, przy okazji. Na pewno się ucieszą. I najlepiej przyjdź bez koszulki.
Spojrzał na mnie z uśmiechem, ale w końcu uznał, że to dobry pomysł - oprócz tego ostatniego.
O tym, że poddani zastanawiają się, czy nie powinien być koronowany na razie mu nie powiedziałam. Na razie sama powinnam to przemyśleć. Jeszcze zobaczę co zrobić z tym fantem.
- Elsa.
niedziela, 27 grudnia 2015
Święta, święta i po świętach.
Witajcie,
Dziś tegoroczne Święta dobiegły końca, jednak w Arendelle ludzie niezbyt się tym przejęli. Anna doniosła mi, że dalej tańczą i ucztują razem na niedużym placu. Uznałam, że "niech sobie świętują", przecież nie robią nic złego. Dodatkowo postanowiłam zostawić ozdoby aż do Sylwestra.
- Nie boisz się, że zostawią Ci w państwie wielki śmietnik? - zapytał Kristoff.
Zdziwiłam się, że w ogóle go to interesuje, ale odrzekłam, że dobrze wiedzą, że będą musieli po sobie posprzątać i, że sami na pewno nie chcą zaśmiecać niepotrzebnie Arendelle. Będą wiedzieli kiedy i co zrobić.
Dostaliśmy mnóstwo listów od przyjaciół ze świątecznymi życzeniami, a sami wysłaliśmy chyba dwa razy tyle.
Kochana Elso!
Życzę Tobie i całej Twojej rodzinie wszystkiego dobrego, zdrowia, szczęścia i spełnienia najskrytszych marzeń! Daj sobie spokój z tymi obowiązkami, kochana, zrelaksuj się! I oczywiście niech te dziewięć miesięcy przeminie Ci miło i szybciutko!
Twoja Merida (i Flynn)
Tak na przykład wyglądał jeden z nich. Ogólnie wszystkie życzenia były podobne, ale i tak sprawiły nam wszystkim dużo radości.
A wczoraj wieczorem usiedliśmy wszyscy razem na miękkim, wygodnym dywanie przy pięknie ustrojonej choince i blasku świec i wymieniliśmy się prezentami.
- Śnieżynko... - szepnął mi Jack na ucho. - ...chodź ze mną.
I wyprowadził mnie na niewielki taras. Kilka dni temu spadł pierwszy śnieg i było zimno, ale jak wiecie, nam za bardzo to nie przeszkadza. Oparliśmy się o balustradę i spojrzeliśmy na pięknie oświetlone miasteczko w dole, pokryte białym puchem.
- Elso, chciałabyś może... - zaczął Jack, a ja spojrzałam na niego. -...polecieć dokądś ze mną w noc w Sylwestra?
- Dokąd?
Uśmiechnął się.
- Nie wiem, moglibyśmy polecieć na chwilę do miasta, jeślibyś chciała może na Lodowy Wierch, czy gdzieś w góry. Albo po prostu się przejść.
- Czemu nie. - odwzajemniłam uśmiech. - Tylko trochę się martwię czy Anna i Kristoff dadzą sobie radę...
- Na pewno dadzą. - stwierdził.
Kiwnęłam głową.
- Ach, i jeszcze jedno. - dodał Jack. - Musisz mi coś obiecać.
Uniosłam brwi.
- Obiecaj, że przez następne dziewięć miesięcy nie tkniesz żadnych dokumentów.
- Jack. - zaśmiałam się. - Muszę trochę pracować, jestem królową.
Zrobił zamyśloną minę.
- No to obiecaj, że nie będziesz przesadzać i absolutnie się nie przemęczać.
- Dobrze. - uśmiechnęłam się.
Zrobił dumną minę i objął mnie. Staliśmy na tarasie jeszcze przez jakiś czas oglądając jak słońce chowa się za morzem. A potem wróciliśmy do środka.
- Elsa.
Dziś tegoroczne Święta dobiegły końca, jednak w Arendelle ludzie niezbyt się tym przejęli. Anna doniosła mi, że dalej tańczą i ucztują razem na niedużym placu. Uznałam, że "niech sobie świętują", przecież nie robią nic złego. Dodatkowo postanowiłam zostawić ozdoby aż do Sylwestra.
- Nie boisz się, że zostawią Ci w państwie wielki śmietnik? - zapytał Kristoff.
Zdziwiłam się, że w ogóle go to interesuje, ale odrzekłam, że dobrze wiedzą, że będą musieli po sobie posprzątać i, że sami na pewno nie chcą zaśmiecać niepotrzebnie Arendelle. Będą wiedzieli kiedy i co zrobić.
Dostaliśmy mnóstwo listów od przyjaciół ze świątecznymi życzeniami, a sami wysłaliśmy chyba dwa razy tyle.
Kochana Elso!
Życzę Tobie i całej Twojej rodzinie wszystkiego dobrego, zdrowia, szczęścia i spełnienia najskrytszych marzeń! Daj sobie spokój z tymi obowiązkami, kochana, zrelaksuj się! I oczywiście niech te dziewięć miesięcy przeminie Ci miło i szybciutko!
Twoja Merida (i Flynn)
Tak na przykład wyglądał jeden z nich. Ogólnie wszystkie życzenia były podobne, ale i tak sprawiły nam wszystkim dużo radości.
A wczoraj wieczorem usiedliśmy wszyscy razem na miękkim, wygodnym dywanie przy pięknie ustrojonej choince i blasku świec i wymieniliśmy się prezentami.
- Śnieżynko... - szepnął mi Jack na ucho. - ...chodź ze mną.
I wyprowadził mnie na niewielki taras. Kilka dni temu spadł pierwszy śnieg i było zimno, ale jak wiecie, nam za bardzo to nie przeszkadza. Oparliśmy się o balustradę i spojrzeliśmy na pięknie oświetlone miasteczko w dole, pokryte białym puchem.
- Elso, chciałabyś może... - zaczął Jack, a ja spojrzałam na niego. -...polecieć dokądś ze mną w noc w Sylwestra?
- Dokąd?
Uśmiechnął się.
- Nie wiem, moglibyśmy polecieć na chwilę do miasta, jeślibyś chciała może na Lodowy Wierch, czy gdzieś w góry. Albo po prostu się przejść.
- Czemu nie. - odwzajemniłam uśmiech. - Tylko trochę się martwię czy Anna i Kristoff dadzą sobie radę...
- Na pewno dadzą. - stwierdził.
Kiwnęłam głową.
- Ach, i jeszcze jedno. - dodał Jack. - Musisz mi coś obiecać.
Uniosłam brwi.
- Obiecaj, że przez następne dziewięć miesięcy nie tkniesz żadnych dokumentów.
- Jack. - zaśmiałam się. - Muszę trochę pracować, jestem królową.
Zrobił zamyśloną minę.
- No to obiecaj, że nie będziesz przesadzać i absolutnie się nie przemęczać.
- Dobrze. - uśmiechnęłam się.
Zrobił dumną minę i objął mnie. Staliśmy na tarasie jeszcze przez jakiś czas oglądając jak słońce chowa się za morzem. A potem wróciliśmy do środka.
- Elsa.
czwartek, 24 grudnia 2015
Wesołych Świąt!
Witajcie,
Dziś rano Anna obudziła mnie mówiąc, że Jack znowu wyjechał.
- Jak to? - jęknęłam siadając na łóżku zrezygnowana.
- Podobno Nord prosił go o pomoc w rozdawaniu prezentów w Ameryce. - odrzekła.
- No tak.. dziś Wigilia. - westchnęłam. - I spędzę święta bez męża.
Nagle Anka zaczęła się śmiać.
- Aniu? - zdziwiłam się. - Co...
I w tej chwili z szafy wyskoczył Jack w samych bokserkach również zanosząc się śmiechem. Byłam na tyle skołowana, że prawie nie zauważyłam jak wskoczył na łóżko i przytulił mnie czule.
- Nie zostawiłbym Cię w święta, Śnieżynko. - powiedział z uśmiechem. - Ani Ciebie, bałwanku. - dodał obejmując mnie w pasie.
- Chodźcie na śniadanie. - zaśmiała się Anna. - Będziecie potem szli z nami do miasta? Złożyć ludziom życzenia?
- A poradzicie sobie sami? - zapytałam wyobrażając sobie mimowolnie Kristoff'a w stroju elfa.
- Jasne, że tak. - kiwnęła głową.
Tak więc ja i Jack po śniadaniu wróciliśmy na chwilę do sypialni, a Anna, Kristoff, Lena i chyba Sven udali się do poddanych z drobnymi prezentami. Za to my (gdy w końcu Jack pozwolił mi się ubrać...znaczy, przebrać z koszuli nocnej!) razem z kilkoma służącymi wzięliśmy się za ozdabianie pałacu wewnątrz. Na zewnątrz został już ozdobiony, szczerze nawet nie wiem kiedy i przez kogo. Rozwiesiliśmy mnóstwo typowo bożonarodzeniowych ozdób, a w sali balowej Jack (przy okazji korzystając, że może sobie polatać wte i we wte) powiesił na oknach czerwone kotary, a na żyrandolach rozwiesił jemiołę, podobnie jak w prawie każdym korytarzu. Ja w wielu miejscach stworzyłam lodowe wzory (jak zawsze) na kształt bałwanków, gwiazd i innych, świątecznych rzeczy. Na koniec przystroiliśmy wspólnie ogromną choinkę (tym razem przyniesioną przez służbę) i usiedliśmy razem w jednym z salonów. W kominku wesoło płonął ogień i wszędzie pachniało pięknie piernikami, przygotowywanymi w kuchni przez służbę. Wtuliłam się w Jack'a z uśmiechem.
- Wiesz co będzie w następne święta? - zapytał cicho.
Pokręciłam głową, ale dobrze wiedziałam.
- Za rok... będzie z nami nasz mały słodziak. - szepnął.
Uśmiechnęłam się.
- To będzie dziewczynka. - powiedziałam.
Jack tylko zaśmiał się, po czym zapewnił mnie, że jest w stu procentach pewien, że niestety się mylę. I tak rozmawialiśmy długo, aż w końcu Anna i reszta wrócili i machali nad nami gałązką jemioły dopóki się nie pocałowaliśmy.
No cóż, na razie święta zapowiadają się cudownie. I Wam również życzę cudownych świąt kochani!
- Elsa.
Dziś rano Anna obudziła mnie mówiąc, że Jack znowu wyjechał.
- Jak to? - jęknęłam siadając na łóżku zrezygnowana.
- Podobno Nord prosił go o pomoc w rozdawaniu prezentów w Ameryce. - odrzekła.
- No tak.. dziś Wigilia. - westchnęłam. - I spędzę święta bez męża.
Nagle Anka zaczęła się śmiać.
- Aniu? - zdziwiłam się. - Co...
I w tej chwili z szafy wyskoczył Jack w samych bokserkach również zanosząc się śmiechem. Byłam na tyle skołowana, że prawie nie zauważyłam jak wskoczył na łóżko i przytulił mnie czule.
- Nie zostawiłbym Cię w święta, Śnieżynko. - powiedział z uśmiechem. - Ani Ciebie, bałwanku. - dodał obejmując mnie w pasie.
- Chodźcie na śniadanie. - zaśmiała się Anna. - Będziecie potem szli z nami do miasta? Złożyć ludziom życzenia?
- A poradzicie sobie sami? - zapytałam wyobrażając sobie mimowolnie Kristoff'a w stroju elfa.
- Jasne, że tak. - kiwnęła głową.
Tak więc ja i Jack po śniadaniu wróciliśmy na chwilę do sypialni, a Anna, Kristoff, Lena i chyba Sven udali się do poddanych z drobnymi prezentami. Za to my (gdy w końcu Jack pozwolił mi się ubrać...znaczy, przebrać z koszuli nocnej!) razem z kilkoma służącymi wzięliśmy się za ozdabianie pałacu wewnątrz. Na zewnątrz został już ozdobiony, szczerze nawet nie wiem kiedy i przez kogo. Rozwiesiliśmy mnóstwo typowo bożonarodzeniowych ozdób, a w sali balowej Jack (przy okazji korzystając, że może sobie polatać wte i we wte) powiesił na oknach czerwone kotary, a na żyrandolach rozwiesił jemiołę, podobnie jak w prawie każdym korytarzu. Ja w wielu miejscach stworzyłam lodowe wzory (jak zawsze) na kształt bałwanków, gwiazd i innych, świątecznych rzeczy. Na koniec przystroiliśmy wspólnie ogromną choinkę (tym razem przyniesioną przez służbę) i usiedliśmy razem w jednym z salonów. W kominku wesoło płonął ogień i wszędzie pachniało pięknie piernikami, przygotowywanymi w kuchni przez służbę. Wtuliłam się w Jack'a z uśmiechem.
- Wiesz co będzie w następne święta? - zapytał cicho.
Pokręciłam głową, ale dobrze wiedziałam.
- Za rok... będzie z nami nasz mały słodziak. - szepnął.
Uśmiechnęłam się.
- To będzie dziewczynka. - powiedziałam.
Jack tylko zaśmiał się, po czym zapewnił mnie, że jest w stu procentach pewien, że niestety się mylę. I tak rozmawialiśmy długo, aż w końcu Anna i reszta wrócili i machali nad nami gałązką jemioły dopóki się nie pocałowaliśmy.
No cóż, na razie święta zapowiadają się cudownie. I Wam również życzę cudownych świąt kochani!
- Elsa.
wtorek, 22 grudnia 2015
Panika i ulga.
Witajcie,
Przez ostatnie dni zaczęłam poważnie martwić się o Jack'a. Wiem, że zapewne nie miałam ku temu powodów, przecież jest Strażnikiem - czasem musi wykonać jakąś "strażnikową" pracę tak samo jak ja mam swoje obowiązki. Ale nie mogłam powstrzymać uczucia, że coś jest nie tak. Spędziłam mnóstwo czasu z Anną, aby nie myśleć o Jack'u, bo gdy tylko na chwilę zostawałam sama, w głowie powstawały mi najgorsze scenariusze. W końcu nie wytrzymałam i napisałam list do domu Norda, a gdy nikt nie odpisał wpadłam w prawdziwą panikę.
- Elsa? - Anna wpuściła mnie do swojego pokoju gdy zapukałam do niej nie wiedząc zupełnie co robić.
- Aniu... - weszłam do środka i od razu cała podłoga pokryła się szronem. - ...ja...
- Elso, usiądź, spokojnie. - usiadłyśmy na łóżku. - Co się dzieje?
Wzięłam głęboki oddech, aby uspokoić drżenie głosu, ale tak naprawdę to nie pomogło.
- Napisałam list. Napisałam do Jack'a, ale nie odpisał. - powiedziałam szybko. - Musiało stać się coś złego, muszę coś zrobić..
- Elso! - Anna uspokoiła mnie. - Spokojnie, nic się nie dzieje. Zapewne...
Nagle do pokoju wszedł Kristoff.
- O, Elsa. Szukałem Cię. - zaczął.
- Co się stało? - wstałam i podeszłam do niego z prędkością światła.
Spojrzał zdziwionym wzrokiem, najpierw na mnie, potem na Annę, a potem znowu na mnie i powiedział:
- Jack wrócił.
Jeszcze szybciej wybiegłam na korytarz i skierowałam się na dół.
- Elsa? - usłyszałam za sobą znajomy głos i odwróciłam się.
- Jack!
Podbiegłam do niego. Wyglądał jak zawsze, był cały i zdrowy. Przytuliłam go mocno.
- Wszystko gra? - trochę przestraszył się moim przejęciem.
- Tak, tak. - zaśmiałam się czując znaczną ulgę. - Bałam się, że coś się stało. Czemu tak długo Cię nie było? Dostałeś mój list?
- Nord poprosił mnie żebym pomógł mu uprzątnąć wszystko i ogarnąć na święta. Dzieci w Ameryce dalej na niego czekają. - powiedział. - Wszystko jest w porządku.
Kiwnęłam po woli głową. Szron, który jeszcze przed chwilą pokrywał cały korytarz zaczął topnieć powoli.
- A jak tam nasz mikroskopijny synuś? - zapytał Jack troskliwym tonem.
Uśmiechnęłam się.
- Przestań być taki pewny siebie. - trzepnęłam go w ramię. - Nic jeszcze nie wiadomo i nie będzie wiadomo przez długi czas.
- No cóż. - wypiął dumnie pierś. - Ojcowska intuicja.
Uniosłam jedną brew i pocałowałam go, po czym pobiegłam do Anny poinformować ją, że wszystko jest w porządku.
- Elsa.
Przez ostatnie dni zaczęłam poważnie martwić się o Jack'a. Wiem, że zapewne nie miałam ku temu powodów, przecież jest Strażnikiem - czasem musi wykonać jakąś "strażnikową" pracę tak samo jak ja mam swoje obowiązki. Ale nie mogłam powstrzymać uczucia, że coś jest nie tak. Spędziłam mnóstwo czasu z Anną, aby nie myśleć o Jack'u, bo gdy tylko na chwilę zostawałam sama, w głowie powstawały mi najgorsze scenariusze. W końcu nie wytrzymałam i napisałam list do domu Norda, a gdy nikt nie odpisał wpadłam w prawdziwą panikę.
- Elsa? - Anna wpuściła mnie do swojego pokoju gdy zapukałam do niej nie wiedząc zupełnie co robić.
- Aniu... - weszłam do środka i od razu cała podłoga pokryła się szronem. - ...ja...
- Elso, usiądź, spokojnie. - usiadłyśmy na łóżku. - Co się dzieje?
Wzięłam głęboki oddech, aby uspokoić drżenie głosu, ale tak naprawdę to nie pomogło.
- Napisałam list. Napisałam do Jack'a, ale nie odpisał. - powiedziałam szybko. - Musiało stać się coś złego, muszę coś zrobić..
- Elso! - Anna uspokoiła mnie. - Spokojnie, nic się nie dzieje. Zapewne...
Nagle do pokoju wszedł Kristoff.
- O, Elsa. Szukałem Cię. - zaczął.
- Co się stało? - wstałam i podeszłam do niego z prędkością światła.
Spojrzał zdziwionym wzrokiem, najpierw na mnie, potem na Annę, a potem znowu na mnie i powiedział:
- Jack wrócił.
Jeszcze szybciej wybiegłam na korytarz i skierowałam się na dół.
- Elsa? - usłyszałam za sobą znajomy głos i odwróciłam się.
- Jack!
Podbiegłam do niego. Wyglądał jak zawsze, był cały i zdrowy. Przytuliłam go mocno.
- Wszystko gra? - trochę przestraszył się moim przejęciem.
- Tak, tak. - zaśmiałam się czując znaczną ulgę. - Bałam się, że coś się stało. Czemu tak długo Cię nie było? Dostałeś mój list?
- Nord poprosił mnie żebym pomógł mu uprzątnąć wszystko i ogarnąć na święta. Dzieci w Ameryce dalej na niego czekają. - powiedział. - Wszystko jest w porządku.
Kiwnęłam po woli głową. Szron, który jeszcze przed chwilą pokrywał cały korytarz zaczął topnieć powoli.
- A jak tam nasz mikroskopijny synuś? - zapytał Jack troskliwym tonem.
Uśmiechnęłam się.
- Przestań być taki pewny siebie. - trzepnęłam go w ramię. - Nic jeszcze nie wiadomo i nie będzie wiadomo przez długi czas.
- No cóż. - wypiął dumnie pierś. - Ojcowska intuicja.
Uniosłam jedną brew i pocałowałam go, po czym pobiegłam do Anny poinformować ją, że wszystko jest w porządku.
- Elsa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)