Hejo,
Wybaczcie, że dawno nie pisałyśmy. Chciałabym zacząć od pozdrowienia Agaty Cyburt z kuźni raciborskie.
Nie pisałyśmy długo, ponieważ w Arendelle była sytuacja kryzysowa, tak na całe szczęście była. Więc, na Arendelle napadły smoki, które uciekły Czkawce i Astrid. Spaliły całą wioskę, ale na szczęście dzięki Elsie i Jack' owi, zamek nie został naruszony i to w nim schronili się poddani. Bardzo długo walczyliśmy ze smokami, aż w końcu wróciły one z Czkawką na Berk, a my zaczęliśmy odbudowywać wioskę. Do dziś ją budujemy, ale jesteśmy już przy końcu. Arendelle wygląda jeszcze lepiej, powiększyliśmy port, a domy są budowane bardzo dokładnie. Jeśli chodzi o urodziny Leny, czytałam, że się martwiliście, ale spokojnie było małe przyjęcie, chociaż przez smoki, bardzo małe, a z powodu walki nie mieliśmy czasu pisać do was, więc mam nadzieję, że rozumiecie. Jeśli chodzi o wiadomości, to myślę, że powinniście wiedzieć, że jestem w prawie czwartym miesiącu ciąży.
Wstałam dziś rano, bardzo wcześnie, ponieważ od kąt budujemy wioskę, wszyscy bardzo wcześnie wstają i późno się kładą, bo chcemy jak najszybciej skończyć budowę, ale oczywiście z powodu mojej ciąży mi nikt nie pozwala nic robić, więc wstaję wcześniej, ale cały dzień chodzę po zamku i strasznie się nudzę. Kiedy dziś tak chodziłam po zamku znalazłam się w jednym z pokoi, które były remontowane z powodu zniszczeń i zmian, jakie pociągnęło za sobą mieszkanie ludności w zamku. Na środku pokoju stała Elsa, mimo wyczerpania walką, w której bardzo mocno uczestniczyła, dużo pomagała przy budowie. Jej pozwolili, bo nie jest w ciąży.
- Hej, siostrzyczko, gdzie Artur?- zapytałam wchodząc do środka.
- Hej, Anuś, jeszcze śpi, a Lena?- uśmiechnęła się do mnie słabo.
- Też. Elso, czy ty dobrze się czujesz?- spojrzałam z troską na siostrę.
- Tak, a dlaczego pytasz?
- Bo jesteś strasznie blada. Powinnaś odpocząć. Najpierw przez pół roku walczysz ze smokami, a teraz już od dwóch miesięcy odnawiasz zamek i pomagasz w wiosce.
- Wiem, ale Aniu, trzeba to wszystko naprawić.- popatrzyła na mnie z miną władczyni, która dba o swoje królestwo, zresztą ona taką była.
- Elsa, ja też chce w czymś pomóc.
- Aniu, ty jesteś w ciąży, nie możesz się przemęczać.
- Ale ja nie mogę patrzeć, jak wszyscy coś robią, a ja tylko się patrzę.
- Dobrze, rozumiem cię, ale nie wymagaj ode mnie, że pozwolę ci budować dom.- uśmiechnęła się lekko.
- Przecież wiem.
- Jeśli chcesz coś robić to, gdybyś mogła zająć się Arturem, nie chce go brać do wioski, jest tam trochę niebezpiecznie dla małego dziecka.
- Oczywiście, dziękuję.- uściskałam ją mocno i poszłam do pokoju Artura, wzięłam go na ręce i zaniosłam do pokoju Leny, gdzie była rozłożona kołyska, w której spała maleńka dziewczynka, podczas pobytu mieszkańców na zamku, położyłam Artura w kołysce i spojrzałam na moją córeczkę, śpiącą na łóżku, jeszcze nie tak dawno, musiała dzielić pokój z szóstką rodzeństwa mieszkającą na zamku, ale one wraz z rodzicami, mieszkają już w nowo wybudowanym domu w wiosce. Usiadłam na skraju jej łóżka i tak czekałam, aż oboje się obudzą, pierwszy wstał Artur, więc poprosiłam jedną z służących, żeby przyniosła dla niego mleko i jakieś śniadanie dla Leny. Zanim służąca wróciła z posiłkiem, Lena już wstała, więc nakarmiłam Artura i zjadłam resztę śniadania Leny, bo przypomniałam sobie, że ja też nic nie jadłam. Ubrałam ich i poszliśmy do ogrodów królewskich, które już były posprzątane po walce ze smokami. Rozłożyłam koc i tak siedzieliśmy, aż do obiadu, a teraz idziemy do miasta, żeby zobaczyć jak idą budowy.
Anna
niedziela, 28 maja 2017
środa, 19 października 2016
Jak można robić takie rzeczy?
Witajcie,
Muszę Was przeprosić, że ostatnio tak rzadko zaczęłam pisać, ale mam teraz dużo roboty, nie tylko obowiązków, ale i opieki nad synkiem. Dodatkowo zaczęłam poważnie martwić się Hansem i moją kuzynką, a szczególnie Hansem. Miarka się przebrała, gdy wczoraj na audiencję przyszedł młody chłopak.
- Wasza Wysokość, z całym szacunkiem, ale nie sądzę, aby zezwalanie na takie rzeczy było dobrym pomysłem.. - mówił odrobinę niepewnym głosem.
- Jakie rzeczy masz na myśli? - zapytałam spodziewając się najgorszego.
- Ten książę... Nasturii.. chodzi po domach. Bez pozwolenia włazi do środka i zasypuje nas okropnymi pytaniami. - odrzekł spuszczając wzrok.
- Pytaniami? Opowiedz mi o tym, proszę.
Mężczyzna zaczerwienił się.
- To nie były pytania, które powinna Królowa usłyszeć. - wymamrotał.
- Wręcz przeciwnie, muszę wiedzieć co ten... - zawahałam się. -...książę wyrabia w moim kraju. W naszym kraju. Możliwe, że w tym momencie od Ciebie zależy jego dobro.
Uniósł głowę nagle bardzo przejęty, ale i podekscytowany.
- Oczywiście, Wasza Wysokość. No więc... zadaje nam wszystkim okropne pytania jakby chciał...aż wstyd mówić... zwrócić nas przeciwko Królowej. Takie głupie, całkiem bez sensu, czy na pewno zgadzamy się ze wszystkim co Królowa robi, czy podoba nam się sposób w jaki Królowa rządzi, czy jednak nie marzymy o innym władcy...
Zacisnęłam dłonie na oparciach tronu.
- Ma się rozumieć, wszyscy bardzo Królową kochamy i w życiu byśmy jej nie chcieli zmieniać! - dodał mężczyzna szybko. - I tak mu właśnie odpowiadamy,
Przez chwilę siedziałam w milczeniu i wpatrywałam się w burgundowe kotary. Potem odchrząknęłam, podziękowałam mu i gdy tylko opuścił pomieszczenie pobiegłam do sypialni. Zastałam tam Jack'a kołyszącego Arthura w ramionach.
- Jack... - zaczęłam.
Musiałam zabrzmieć przynajmniej jakbym przechodziła załamanie nerwowe, bo szybko ułożył Arthura w łóżeczku i podleciał do mnie z zatroskaną miną.
- Co się dzieje, Śnieżynko?
- On... próbuje obrócić ludzi przeciw mnie... - odrzekłam, lecz mój głos się załamał i zaczęłam płakać. - Nie wiem co robić, mam go dość. Nie mam siły...
Jack bez słowa przytulił mnie mocno do siebie i nie wypuszczał dopóki jego bluza nie zrobiła się mokra od moich łez.
- Zajmę się tym, Elso. Obiecuję. Kocham Cię.
- Elsa.
Muszę Was przeprosić, że ostatnio tak rzadko zaczęłam pisać, ale mam teraz dużo roboty, nie tylko obowiązków, ale i opieki nad synkiem. Dodatkowo zaczęłam poważnie martwić się Hansem i moją kuzynką, a szczególnie Hansem. Miarka się przebrała, gdy wczoraj na audiencję przyszedł młody chłopak.
- Wasza Wysokość, z całym szacunkiem, ale nie sądzę, aby zezwalanie na takie rzeczy było dobrym pomysłem.. - mówił odrobinę niepewnym głosem.
- Jakie rzeczy masz na myśli? - zapytałam spodziewając się najgorszego.
- Ten książę... Nasturii.. chodzi po domach. Bez pozwolenia włazi do środka i zasypuje nas okropnymi pytaniami. - odrzekł spuszczając wzrok.
- Pytaniami? Opowiedz mi o tym, proszę.
Mężczyzna zaczerwienił się.
- To nie były pytania, które powinna Królowa usłyszeć. - wymamrotał.
- Wręcz przeciwnie, muszę wiedzieć co ten... - zawahałam się. -...książę wyrabia w moim kraju. W naszym kraju. Możliwe, że w tym momencie od Ciebie zależy jego dobro.
Uniósł głowę nagle bardzo przejęty, ale i podekscytowany.
- Oczywiście, Wasza Wysokość. No więc... zadaje nam wszystkim okropne pytania jakby chciał...aż wstyd mówić... zwrócić nas przeciwko Królowej. Takie głupie, całkiem bez sensu, czy na pewno zgadzamy się ze wszystkim co Królowa robi, czy podoba nam się sposób w jaki Królowa rządzi, czy jednak nie marzymy o innym władcy...
Zacisnęłam dłonie na oparciach tronu.
- Ma się rozumieć, wszyscy bardzo Królową kochamy i w życiu byśmy jej nie chcieli zmieniać! - dodał mężczyzna szybko. - I tak mu właśnie odpowiadamy,
Przez chwilę siedziałam w milczeniu i wpatrywałam się w burgundowe kotary. Potem odchrząknęłam, podziękowałam mu i gdy tylko opuścił pomieszczenie pobiegłam do sypialni. Zastałam tam Jack'a kołyszącego Arthura w ramionach.
- Jack... - zaczęłam.
Musiałam zabrzmieć przynajmniej jakbym przechodziła załamanie nerwowe, bo szybko ułożył Arthura w łóżeczku i podleciał do mnie z zatroskaną miną.
- Co się dzieje, Śnieżynko?
- On... próbuje obrócić ludzi przeciw mnie... - odrzekłam, lecz mój głos się załamał i zaczęłam płakać. - Nie wiem co robić, mam go dość. Nie mam siły...
Jack bez słowa przytulił mnie mocno do siebie i nie wypuszczał dopóki jego bluza nie zrobiła się mokra od moich łez.
- Zajmę się tym, Elso. Obiecuję. Kocham Cię.
- Elsa.
sobota, 8 października 2016
Odrobina wytchnienia i podsłuchana rozmowa.
Witajcie,
Ten tydzień był chwilą wytchnienia. Podejrzewałam, że Hans i Roszpunka zatrzymali się w Arendelle i było jasne, że nie mają dobrych chęci, ale na razie nie wprowadzali żadnych nikczemnych planów w życie. Oczywiście i tak strasznie niepokoiła mnie sama obecność księcia Nasturii w naszym kraju, ale nie wiedząc dokładnie gdzie jest, co robi i co zamierza zrobić nie miałam wielu możliwości. Anna powiedziała bez zastanowienia:
- Wywalaj ich z Arendelle.
...ale... to nie było takie proste. Jack był inaczej nastawiony. Początkowo strasznie się wkurzał zachowaniem Roszpunki (ja w sumie też), ale potem dał sobie spokój i zaczął odnosić się do tejże sytuacji ze stoickim spokojem.
- Nie mamy najmniejszych powodów do niepokoju. Czegokolwiek by nie wymyślili - rządzimy krajem, Elso. Tylko pomyśl.
- Jack, ale... To jest Hans. Nie przejmuję się moją kuzynką, ale on... Jack sam wiesz, że...
- Wiem. - przerwał mi. - Ale to nie ma żadnego znaczenia. Tutaj nie mogą nam nic zrobić. Za to my im dużo.
Kiwnęłam głową. Jack miał zupełną rację.
- No już, nie przejmuj się tymi...
Położyłam mu palec na ustach i uśmiechnęłam się. Odsunął powoli moją dłoń i pocałował mnie.
Dziś rano razem z Anną postanowiłyśmy przejść się po mieście i dyskretnie sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Chodziłyśmy w te i we w te, ale nie ujrzałyśmy nic nadzwyczajnego. Zaczęłam wątpić czy Hans i Roszpunka faktycznie zatrzymali się w kraju, ale nagle Anka chwyciła mnie za rękaw i pociągnęła za stragan z kwiatami. Tuż obok, przy jednym z drewnianych stolików rozstawionych przed pubem siedzieli moja kuzynka i Hans. Ukryłyśmy się, jednak na tyle blisko, aby móc ich usłyszeć.
- ...obiecaj mi kochanie! Muszę pokazać temu durnemu, zimnemu dziadowi jak wiele stracił!! - mówiła Roszpunka piskliwym głosem.
- Nie przyjechałem tu po to, śliczna. - odezwał się Hans półgłosem. - Nie stracę takiej szansy!
- Beze mnie by Cię tu nie było! Masz mi pomóc!
Na chwilę zapadła cisza, a potem Hans mruknął coś, ale na tyle cicho, że nie usłyszałyśmy. Ania pociągnęła mnie do tyłu, bo Roszpunka wstała i pobiegła w dół chodnika, a Hans podążył za nią po chwili.
- Elsa.
Ten tydzień był chwilą wytchnienia. Podejrzewałam, że Hans i Roszpunka zatrzymali się w Arendelle i było jasne, że nie mają dobrych chęci, ale na razie nie wprowadzali żadnych nikczemnych planów w życie. Oczywiście i tak strasznie niepokoiła mnie sama obecność księcia Nasturii w naszym kraju, ale nie wiedząc dokładnie gdzie jest, co robi i co zamierza zrobić nie miałam wielu możliwości. Anna powiedziała bez zastanowienia:
- Wywalaj ich z Arendelle.
...ale... to nie było takie proste. Jack był inaczej nastawiony. Początkowo strasznie się wkurzał zachowaniem Roszpunki (ja w sumie też), ale potem dał sobie spokój i zaczął odnosić się do tejże sytuacji ze stoickim spokojem.
- Nie mamy najmniejszych powodów do niepokoju. Czegokolwiek by nie wymyślili - rządzimy krajem, Elso. Tylko pomyśl.
- Jack, ale... To jest Hans. Nie przejmuję się moją kuzynką, ale on... Jack sam wiesz, że...
- Wiem. - przerwał mi. - Ale to nie ma żadnego znaczenia. Tutaj nie mogą nam nic zrobić. Za to my im dużo.
Kiwnęłam głową. Jack miał zupełną rację.
- No już, nie przejmuj się tymi...
Położyłam mu palec na ustach i uśmiechnęłam się. Odsunął powoli moją dłoń i pocałował mnie.
Dziś rano razem z Anną postanowiłyśmy przejść się po mieście i dyskretnie sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Chodziłyśmy w te i we w te, ale nie ujrzałyśmy nic nadzwyczajnego. Zaczęłam wątpić czy Hans i Roszpunka faktycznie zatrzymali się w kraju, ale nagle Anka chwyciła mnie za rękaw i pociągnęła za stragan z kwiatami. Tuż obok, przy jednym z drewnianych stolików rozstawionych przed pubem siedzieli moja kuzynka i Hans. Ukryłyśmy się, jednak na tyle blisko, aby móc ich usłyszeć.
- ...obiecaj mi kochanie! Muszę pokazać temu durnemu, zimnemu dziadowi jak wiele stracił!! - mówiła Roszpunka piskliwym głosem.
- Nie przyjechałem tu po to, śliczna. - odezwał się Hans półgłosem. - Nie stracę takiej szansy!
- Beze mnie by Cię tu nie było! Masz mi pomóc!
Na chwilę zapadła cisza, a potem Hans mruknął coś, ale na tyle cicho, że nie usłyszałyśmy. Ania pociągnęła mnie do tyłu, bo Roszpunka wstała i pobiegła w dół chodnika, a Hans podążył za nią po chwili.
- Elsa.
czwartek, 29 września 2016
Co znowu wymyśliłaś, kuzynko?
Witajcie,
Anna zaczęła szlochać, więc objęłam ją ramieniem. Jack stanął pół kroku przede mną.
- Co wy tu robicie?! - warknął. - Wynocha z tego zamku. Wynocha z Arendelle.
Hans stał bez ruchu, ze złowieszczym uśmiechem z jedną ręką w kieszeni spodni, a Roszpunka wybuchła śmiechem i zbliżyła się do Jack'a.
- Mój drogi Jack'usiu, nie udawaj głupiego. Ja i Ha...
- Nie mów tak do mnie. - przerwał jej Jack. - W ogóle do mnie nie mów. Odejdź stąd i nigdy nie wracaj!
Wiedziałam, że Roszpunka tak łatwo nie odpuści. Nie mam zielonego pojęcia po co tu przylazła, ale jeśli znowu chce odebrać mi Jack'a, powinna już dobrze wiedzieć, że to się nie uda. Ale Hans? Po co jej Hans? Spojrzałam na niego. Podchwycił moje spojrzenie i jego oczy błysnęły złowieszczo. Spojrzałam z powrotem na Jack'a i Roszpunkę, którzy teraz wrzeszczeli na siebie w najlepsze.
- Wiem, że mnie kochasz! Ale ja ciebie nie! Teraz mam Hansa!! - krzyczała moja kuzynka.
- Wspaniale! Płyńcie na koniec świata w małej łódce, znajdźcie wyspę, nazwijcie ją HansiRoszpunka, rozpalcie ognisko i zróbcie sobie stado dzieci!!
Przez chwilę miałam ogromną ochotę parsknąć śmiechem, ale po chwili przypomniałam sobie, że to poważna sprawa, więc podeszłam do Jack'a i powiedziałam spokojnym tonem:
- Jeśli zaraz nie opuścicie zamku, wezwę straż.
- Chyba, że wolicie tak. - dodał Jack.
Posłałam mu krótkie spojrzenie, a on uśmiechnął się lekko.
- Jack zrozum! Jeszcze za mną zatęsknisz, będziesz mnie błagał żebyśmy...- zaczęła Roszpunka, ale w tym momencie Jack przewrócił oczami i uderzył ją w policzek.
Spojrzałam na niego nie wierząc własnym oczom, Anna zaklaskała z tyłu. Roszpunka stała bez ruchu i wpatrywała się w niego zszokowanym wzrokiem. Po chwili przybrała straszny, przepełniony nienawiścią wyraz twarzy.
- Hans. - wycedziła łapiąc Hansa za rękaw. - Idziemy.
Po czym pociągnęła go na dół, a my po chwili patrzyliśmy przez okno jak schodzą do miasta.
- Elsa.
Anna zaczęła szlochać, więc objęłam ją ramieniem. Jack stanął pół kroku przede mną.
- Co wy tu robicie?! - warknął. - Wynocha z tego zamku. Wynocha z Arendelle.
Hans stał bez ruchu, ze złowieszczym uśmiechem z jedną ręką w kieszeni spodni, a Roszpunka wybuchła śmiechem i zbliżyła się do Jack'a.
- Mój drogi Jack'usiu, nie udawaj głupiego. Ja i Ha...
- Nie mów tak do mnie. - przerwał jej Jack. - W ogóle do mnie nie mów. Odejdź stąd i nigdy nie wracaj!
Wiedziałam, że Roszpunka tak łatwo nie odpuści. Nie mam zielonego pojęcia po co tu przylazła, ale jeśli znowu chce odebrać mi Jack'a, powinna już dobrze wiedzieć, że to się nie uda. Ale Hans? Po co jej Hans? Spojrzałam na niego. Podchwycił moje spojrzenie i jego oczy błysnęły złowieszczo. Spojrzałam z powrotem na Jack'a i Roszpunkę, którzy teraz wrzeszczeli na siebie w najlepsze.
- Wiem, że mnie kochasz! Ale ja ciebie nie! Teraz mam Hansa!! - krzyczała moja kuzynka.
- Wspaniale! Płyńcie na koniec świata w małej łódce, znajdźcie wyspę, nazwijcie ją HansiRoszpunka, rozpalcie ognisko i zróbcie sobie stado dzieci!!
Przez chwilę miałam ogromną ochotę parsknąć śmiechem, ale po chwili przypomniałam sobie, że to poważna sprawa, więc podeszłam do Jack'a i powiedziałam spokojnym tonem:
- Jeśli zaraz nie opuścicie zamku, wezwę straż.
- Chyba, że wolicie tak. - dodał Jack.
Posłałam mu krótkie spojrzenie, a on uśmiechnął się lekko.
- Jack zrozum! Jeszcze za mną zatęsknisz, będziesz mnie błagał żebyśmy...- zaczęła Roszpunka, ale w tym momencie Jack przewrócił oczami i uderzył ją w policzek.
Spojrzałam na niego nie wierząc własnym oczom, Anna zaklaskała z tyłu. Roszpunka stała bez ruchu i wpatrywała się w niego zszokowanym wzrokiem. Po chwili przybrała straszny, przepełniony nienawiścią wyraz twarzy.
- Hans. - wycedziła łapiąc Hansa za rękaw. - Idziemy.
Po czym pociągnęła go na dół, a my po chwili patrzyliśmy przez okno jak schodzą do miasta.
- Elsa.
poniedziałek, 26 września 2016
Jacyś dziwni ludzie włamali się do zamku?
Laska!
Jak wiecie, tydzień temu niedźwiedź wychodzący z krzaków okazał się być kobietą, której nikt z nas nie chciał ponownie spotkać. Do tej pory Roszpunka nie dawała żadnych znaków życia (co w sumie nas ucieszyło), jednak wiemy, że to jeszcze nie koniec.
- Mogłaby już sobie dać spokój, przecież ma męża! – krzyknęła Anna podczas wczorajszego obiadu. – Poza tym żaden z jej dotychczasowych planów się nie udał. To co teraz knuje też się nie powiedzie.
Mówiąc ostatnie zdanie zaczęła wymachiwać rękami udając karatekę.
- Tak, tak Aniu. – powiedziała Elsa „sadzając” siostrę z powrotem na miejsce. – Na razie było z nią łatwo, jednak nikt nie wie co strzeli jej do głowy.
- Miejmy nadzieje, że myśliwy...– wyrwało mi się.
- Jack, to poważna sprawa!
W tym momencie do jadalni wbiegła przerażona jedna z służących.
- Księżniczko Anno, małej Leny nie ma w łóżeczku!
Wszyscy szybko pobiegliśmy na górę. Czyżby Roszpunka zaczęła działać? Biedna Lenka, najpierw porwana przez Mroka, a teraz przez tego potwora. Łóżeczko było faktycznie puste. Zajrzeliśmy pod, do szafy, łazienki, małej nie było nigdzie. Zauważyłem, że Kristoff wybiegł, a Anna ledwo powstrzymywała się od płaczu. Podłoga zaczęła pokrywać się szronem. Złapałem Else za rękę i uśmiechnąłem się ciepło. Sam byłem zmartwiony tą sytuacją, jednak chciałem, żeby poczuła się bezpieczniej. Nagle usłyszeliśmy krzyk z parteru, a potem płacz dziecka.
- Znalazłem! – krzyczał Kristoff, niosąc wyraźnie przestraszoną wrzeszczącym ojcem Lenę.
Okazało się, że mała po prostu nie chciała być sama i wyszła z pokoju prawdopodobnie poszukać towarzystwa. Anna wzięła ja na ręce i uspokoiła.
- Fałszywy alarm, co? – powiedziała. – Lenuś nie strasz nas tak, bo dostaniemy zawału. – zaśmiała się przytulając córeczkę.
Całą piątką udaliśmy się do sypialni, w której leżał Arthur, by sprawdzić, czy nasz synek też czasem nie urządzą sobie spacerków z rana. Mimo, że jeszcze spał, wziąłem go na ręce. W tej chwili do pomieszczenia wpadła Tamara.
- Wasza wysokość! Jacyś dziwni ludzie włamali się do zamku.
Oddałem jej Arthura i razem z Elsą i Anną pobiegliśmy na dół. Na korytarzu stała postać z kwiatkiem we włosach, której mieliśmy już serdecznie dość. Nie była jednak sama. Anna z przerażeniem osunęła się na kolana.
- Witaj Aniu, dawno się nie widzieliśmy. – powiedział zielonooki, chudy mężczyzna.
- Jack
PS Śnieżynka kazała mi was przeprosić za nie odzywanie się przez 2 (?) lata, tak więc proszę o wybaczenie i łagodną karę. :D
Jak wiecie, tydzień temu niedźwiedź wychodzący z krzaków okazał się być kobietą, której nikt z nas nie chciał ponownie spotkać. Do tej pory Roszpunka nie dawała żadnych znaków życia (co w sumie nas ucieszyło), jednak wiemy, że to jeszcze nie koniec.
- Mogłaby już sobie dać spokój, przecież ma męża! – krzyknęła Anna podczas wczorajszego obiadu. – Poza tym żaden z jej dotychczasowych planów się nie udał. To co teraz knuje też się nie powiedzie.
Mówiąc ostatnie zdanie zaczęła wymachiwać rękami udając karatekę.
- Tak, tak Aniu. – powiedziała Elsa „sadzając” siostrę z powrotem na miejsce. – Na razie było z nią łatwo, jednak nikt nie wie co strzeli jej do głowy.
- Miejmy nadzieje, że myśliwy...– wyrwało mi się.
- Jack, to poważna sprawa!
W tym momencie do jadalni wbiegła przerażona jedna z służących.
- Księżniczko Anno, małej Leny nie ma w łóżeczku!
Wszyscy szybko pobiegliśmy na górę. Czyżby Roszpunka zaczęła działać? Biedna Lenka, najpierw porwana przez Mroka, a teraz przez tego potwora. Łóżeczko było faktycznie puste. Zajrzeliśmy pod, do szafy, łazienki, małej nie było nigdzie. Zauważyłem, że Kristoff wybiegł, a Anna ledwo powstrzymywała się od płaczu. Podłoga zaczęła pokrywać się szronem. Złapałem Else za rękę i uśmiechnąłem się ciepło. Sam byłem zmartwiony tą sytuacją, jednak chciałem, żeby poczuła się bezpieczniej. Nagle usłyszeliśmy krzyk z parteru, a potem płacz dziecka.
- Znalazłem! – krzyczał Kristoff, niosąc wyraźnie przestraszoną wrzeszczącym ojcem Lenę.
Okazało się, że mała po prostu nie chciała być sama i wyszła z pokoju prawdopodobnie poszukać towarzystwa. Anna wzięła ja na ręce i uspokoiła.
- Fałszywy alarm, co? – powiedziała. – Lenuś nie strasz nas tak, bo dostaniemy zawału. – zaśmiała się przytulając córeczkę.
Całą piątką udaliśmy się do sypialni, w której leżał Arthur, by sprawdzić, czy nasz synek też czasem nie urządzą sobie spacerków z rana. Mimo, że jeszcze spał, wziąłem go na ręce. W tej chwili do pomieszczenia wpadła Tamara.
- Wasza wysokość! Jacyś dziwni ludzie włamali się do zamku.
Oddałem jej Arthura i razem z Elsą i Anną pobiegliśmy na dół. Na korytarzu stała postać z kwiatkiem we włosach, której mieliśmy już serdecznie dość. Nie była jednak sama. Anna z przerażeniem osunęła się na kolana.
- Witaj Aniu, dawno się nie widzieliśmy. – powiedział zielonooki, chudy mężczyzna.
- Jack
PS Śnieżynka kazała mi was przeprosić za nie odzywanie się przez 2 (?) lata, tak więc proszę o wybaczenie i łagodną karę. :D
piątek, 16 września 2016
Niezbyt pożądane odwiedziny.
Witajcie,
- Roszpunka... - wydusiłam. - Jak...?
Moja kuzynka odgarnęła włosy z twarzy i uśmiechnęła się nienaturalnie.
- Dobrze wiesz jak. - warknęła. - Zostałam ponownie zamknięta. I cóż. Nie chciało mi się siedzieć w tej cholernej wieży! - rozłożyła szeroko ręce i wybuchła śmiechem.
Po chwili opuściła ręce, przejeżdżając dłonią po ramieniu Jack'a. Odsunął się i spojrzał na mnie bezradnym wzrokiem.
- Po co tu przyszłaś? Wyszłaś z wieży, gratulacje. Ale chyba nie sądzisz, że znajdziesz u nas wsparcie. - odezwałam się chłodnym tonem do Roszpunki.
- Och, jaka jesteś miła. - zmierzyła mnie od stóp do głów. - Jak zawsze.
Jack podszedł do mnie.
- Zostaw Arendelle w świętym spokoju. Nie zapomnimy co chciałaś zrobić. Nie wybaczymy ci. - chwycił mnie za rękę.
Na ten widok Roszpunka prychnęła.
- Oczywiście. Zostawcie mnie tutaj, wróćcie do domku i żyjcie dalej w tej iluzji idealnej rodzinki. Powodzenia.
Wykonała w moją stronę obraźliwy gest, po czym zbiegła po stromym zboczu, znikając w zaroślach. Przez chwilę staliśmy w milczeniu.
- Chodźmy stąd. - odezwał się w końcu Jack, podniósł mnie, objęłam go mocno po czym odbił się od ziemi.
Po powrocie do domu pobiegłam do Anny i bez zastanowienia opowiedziałam jej wszystko. Wgapiała się we mnie z otwartymi ustami.
- Chyba. Żartujesz. - powiedziała po dobrych pięciu minutach.
Pokręciłam głową. Ania usiadła na łóżku i oparła głowę na dłoniach.
- Musimy czekać. Powinna się odczepić. - mruknęła.
- Tak sądzisz?
- Albo da sobie spokój, albo przyjdzie i zrobi rozróbę jakiej jeszcze nie było. - odparła.
- Nie pojawiłaby się tu bez powodu. - stwierdziłam. - Boję się, że ma jakiś okropny plan, którego nie jesteśmy w stanie przewidzieć.
- Elsa.
- Roszpunka... - wydusiłam. - Jak...?
Moja kuzynka odgarnęła włosy z twarzy i uśmiechnęła się nienaturalnie.
- Dobrze wiesz jak. - warknęła. - Zostałam ponownie zamknięta. I cóż. Nie chciało mi się siedzieć w tej cholernej wieży! - rozłożyła szeroko ręce i wybuchła śmiechem.
Po chwili opuściła ręce, przejeżdżając dłonią po ramieniu Jack'a. Odsunął się i spojrzał na mnie bezradnym wzrokiem.
- Po co tu przyszłaś? Wyszłaś z wieży, gratulacje. Ale chyba nie sądzisz, że znajdziesz u nas wsparcie. - odezwałam się chłodnym tonem do Roszpunki.
- Och, jaka jesteś miła. - zmierzyła mnie od stóp do głów. - Jak zawsze.
Jack podszedł do mnie.
- Zostaw Arendelle w świętym spokoju. Nie zapomnimy co chciałaś zrobić. Nie wybaczymy ci. - chwycił mnie za rękę.
Na ten widok Roszpunka prychnęła.
- Oczywiście. Zostawcie mnie tutaj, wróćcie do domku i żyjcie dalej w tej iluzji idealnej rodzinki. Powodzenia.
Wykonała w moją stronę obraźliwy gest, po czym zbiegła po stromym zboczu, znikając w zaroślach. Przez chwilę staliśmy w milczeniu.
- Chodźmy stąd. - odezwał się w końcu Jack, podniósł mnie, objęłam go mocno po czym odbił się od ziemi.
Po powrocie do domu pobiegłam do Anny i bez zastanowienia opowiedziałam jej wszystko. Wgapiała się we mnie z otwartymi ustami.
- Chyba. Żartujesz. - powiedziała po dobrych pięciu minutach.
Pokręciłam głową. Ania usiadła na łóżku i oparła głowę na dłoniach.
- Musimy czekać. Powinna się odczepić. - mruknęła.
- Tak sądzisz?
- Albo da sobie spokój, albo przyjdzie i zrobi rozróbę jakiej jeszcze nie było. - odparła.
- Nie pojawiłaby się tu bez powodu. - stwierdziłam. - Boję się, że ma jakiś okropny plan, którego nie jesteśmy w stanie przewidzieć.
- Elsa.
sobota, 10 września 2016
Spacer, krzewy i....
Witajcie,
Dzisiaj Jack wyciągnął mnie na spacer. Najpierw jak się zapewne domyślacie nie zamierzałam się zgodzić, bo 1. musiałam odpisywać na ważne listy 2. nie chciałam zostawiać Arthura samego (cóż, względnie samego, bo zawsze jest mnóstwo służących chętnych do opieki nad nim, ale nie było by przy nim nas więc... wiecie o co mi chodzi). W końcu jednak dałam za wygraną, bo Jack wisiał w powietrzu tuż nad moją głową i śpiewał sprośne piosenki na cały zamek. Najpierw powiedziałam mu jak najspokojniejszym tonem, żeby się szanownie zamknął, ale oznajmił, że tylko spacer może sprawić, że przestanie śpiewać. Tak więc w pewnym sensie nie miałam wyjścia.
- Kiedyś cię zabiję. - mruknęłam kiedy schodziliśmy po schodach, a on odrzekł, że też mnie kocha i chwycił mnie za rękę.
Gdy wyszliśmy oślepiło mnie słońce chylące się ku zachodowi. Jack parskął śmiechem gdy zasłoniłam twarz ręką więc spojrzałam na niego spode łba, ale nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Wkrótce weszliśmy między drzewa, więc słońce tylko ładnie prześwitywało przez gęste gałęzie. Szliśmy przez chwilę w ciszy, a potem Jack uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech, ale uniosłam brwi pytająco.
- Coś się stało? - zapytałam.
W odpowiedzi skinął głową na pobliskie krzaki i wyszczerzył do mnie zęby. Wybuchłam śmiechem i ruszyłam dalej. Stał przez chwilę przy krzewach, a potem wyprzedził mnie i szedł tyłem, tak że patrzył wprost na mnie.
- No co? - zapytałam patrząc w jego wielce zawiedzione oczy.
- No, ale Elsa. - odezwał się tonem obrażonego dziecka. - Tam były krzewy. Tu są krzewy, wszędzie są krzewy.
- Jack, cicho. - przerwałam mu, bo wydało mi się, że usłyszałam coś w zaroślach.
- Nie mogę. Dawno nie widziałem tylu krzewów.
- Cicho! - syknęłam.
- Elso no. Już daj spokój. Chodźmy w...
W tej chwili zza drzewa wyszła jakaś postać. Miała na sobie potargane ubrania, i wielką czuprynę ciemnych włosów, z powstykanymi w nie gałązkami i liśćmi. Odsunęliśmy się, nie wiedząc co zrobić, ale postać już nas dostrzegła. Spojrzała na mnie zielonymi oczami, ledwo widocznymi spod potarganych włosów, a potem zerknęła na Jack'a. Potem powietrze przeszył wrzask:
- JACKUUUUUUUŚ!!!!!!!!!!
- Elsa.
Dzisiaj Jack wyciągnął mnie na spacer. Najpierw jak się zapewne domyślacie nie zamierzałam się zgodzić, bo 1. musiałam odpisywać na ważne listy 2. nie chciałam zostawiać Arthura samego (cóż, względnie samego, bo zawsze jest mnóstwo służących chętnych do opieki nad nim, ale nie było by przy nim nas więc... wiecie o co mi chodzi). W końcu jednak dałam za wygraną, bo Jack wisiał w powietrzu tuż nad moją głową i śpiewał sprośne piosenki na cały zamek. Najpierw powiedziałam mu jak najspokojniejszym tonem, żeby się szanownie zamknął, ale oznajmił, że tylko spacer może sprawić, że przestanie śpiewać. Tak więc w pewnym sensie nie miałam wyjścia.
- Kiedyś cię zabiję. - mruknęłam kiedy schodziliśmy po schodach, a on odrzekł, że też mnie kocha i chwycił mnie za rękę.
Gdy wyszliśmy oślepiło mnie słońce chylące się ku zachodowi. Jack parskął śmiechem gdy zasłoniłam twarz ręką więc spojrzałam na niego spode łba, ale nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Wkrótce weszliśmy między drzewa, więc słońce tylko ładnie prześwitywało przez gęste gałęzie. Szliśmy przez chwilę w ciszy, a potem Jack uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech, ale uniosłam brwi pytająco.
- Coś się stało? - zapytałam.
W odpowiedzi skinął głową na pobliskie krzaki i wyszczerzył do mnie zęby. Wybuchłam śmiechem i ruszyłam dalej. Stał przez chwilę przy krzewach, a potem wyprzedził mnie i szedł tyłem, tak że patrzył wprost na mnie.
- No co? - zapytałam patrząc w jego wielce zawiedzione oczy.
- No, ale Elsa. - odezwał się tonem obrażonego dziecka. - Tam były krzewy. Tu są krzewy, wszędzie są krzewy.
- Jack, cicho. - przerwałam mu, bo wydało mi się, że usłyszałam coś w zaroślach.
- Nie mogę. Dawno nie widziałem tylu krzewów.
- Cicho! - syknęłam.
- Elso no. Już daj spokój. Chodźmy w...
W tej chwili zza drzewa wyszła jakaś postać. Miała na sobie potargane ubrania, i wielką czuprynę ciemnych włosów, z powstykanymi w nie gałązkami i liśćmi. Odsunęliśmy się, nie wiedząc co zrobić, ale postać już nas dostrzegła. Spojrzała na mnie zielonymi oczami, ledwo widocznymi spod potarganych włosów, a potem zerknęła na Jack'a. Potem powietrze przeszył wrzask:
- JACKUUUUUUUŚ!!!!!!!!!!
- Elsa.
piątek, 2 września 2016
Urodziny Ani, pomysły poddanych i czekoladowy tort.
Witajcie,
Zaraz po powrocie do domu wzięłam się od razu do planowania prezentu na urodziny Ani. Miałam dużo pomysłów, ale każdy wydawał mi się banalny. Chciałam spytać o zdanie Jack'a, ale on powiedział:
- Zrób jej loda.
...więc palnęłam go w łeb i poszłam do Kristoff'a. Zastanawiał się chwilę i powiedział, że na urodziny zabierze Annę na spacer tak żebym mogła coś przygotować zanim wrócą. Podziękowałam mu, ale dalej nie miałam pojęcia na co wykorzystać uzyskany czas. Następnego dnia wyszłam do miasta. Gdy przechodziłam przez główny rynek, jedna kobieta podeszła do mnie nieśmiało.
- Wasza Wysokość.. - ukłoniła się lekko. - Z siostrami wymyśliłam fajny... według nas... sposób żeby zaskoczyć księżniczkę Annę w jej urodziny.
Uniosłam brwi i zbliżyłam się do niej zaciekawiona.
- Mów dalej, proszę.
- Moglibyśmy zebrać się razem i po prostu do niej przyjść, wykrzyczeć życzenia, zaskoczyć. - kobieta przybrała podekscytowany ton. - Chyba nigdy tak nie było, a księżniczka uwielbia niespodzianki, prawda? A co dopiero takie wielkie niespodzianki!
Nieco przeraziła mnie wizja tłumu ludzi biegających po korytarzach i wrzeszczących wniebogłosy, ale doceniałam, że poddani mają pomysł i chcą coś zrobić dla Ani. Uśmiechnęłam się więc.
- Świetny pomysł. Mąż Anny zdradził mi, że zabiera ją na spacer. W tym czasie moglibyście wejść na dziedziniec, a po powrocie Ani zajmę się tym, żeby się tam pojawiła.
- Jest królowa genialna! - pisnęła kobieta. - Zbiorę wszystkich chętnych! O której mamy być?
- Eem... - nie miałam pojęcia o której Kristoff zamierza zabrać Anię na spacer, ale uznałam, że się dostosuje. - ...może o osiemnastej?
Kiwnęła głową, ukłoniła się i pobiegła. Szybko wróciłam do zamku po czym zdradziłam plan Jack'owi i Kristoff'owi, który powiedział, że nie ma problemu i że w takim razie wyjdą z Anią około piętnastej i wrócą na czas.
Nazajutrz - w urodziny Ani - na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem i po wyjściu poddanych zamek dalej stał. Anka stała wśród tłumu przez dobre dwie godziny i płacząc ze szczęścia dziękowała im i gawędziła wesoło. Potem zjadłyśmy razem czekoladowy tort i usypiałyśmy dzieci.
- Elsa.
Zaraz po powrocie do domu wzięłam się od razu do planowania prezentu na urodziny Ani. Miałam dużo pomysłów, ale każdy wydawał mi się banalny. Chciałam spytać o zdanie Jack'a, ale on powiedział:
- Zrób jej loda.
...więc palnęłam go w łeb i poszłam do Kristoff'a. Zastanawiał się chwilę i powiedział, że na urodziny zabierze Annę na spacer tak żebym mogła coś przygotować zanim wrócą. Podziękowałam mu, ale dalej nie miałam pojęcia na co wykorzystać uzyskany czas. Następnego dnia wyszłam do miasta. Gdy przechodziłam przez główny rynek, jedna kobieta podeszła do mnie nieśmiało.
- Wasza Wysokość.. - ukłoniła się lekko. - Z siostrami wymyśliłam fajny... według nas... sposób żeby zaskoczyć księżniczkę Annę w jej urodziny.
Uniosłam brwi i zbliżyłam się do niej zaciekawiona.
- Mów dalej, proszę.
- Moglibyśmy zebrać się razem i po prostu do niej przyjść, wykrzyczeć życzenia, zaskoczyć. - kobieta przybrała podekscytowany ton. - Chyba nigdy tak nie było, a księżniczka uwielbia niespodzianki, prawda? A co dopiero takie wielkie niespodzianki!
Nieco przeraziła mnie wizja tłumu ludzi biegających po korytarzach i wrzeszczących wniebogłosy, ale doceniałam, że poddani mają pomysł i chcą coś zrobić dla Ani. Uśmiechnęłam się więc.
- Świetny pomysł. Mąż Anny zdradził mi, że zabiera ją na spacer. W tym czasie moglibyście wejść na dziedziniec, a po powrocie Ani zajmę się tym, żeby się tam pojawiła.
- Jest królowa genialna! - pisnęła kobieta. - Zbiorę wszystkich chętnych! O której mamy być?
- Eem... - nie miałam pojęcia o której Kristoff zamierza zabrać Anię na spacer, ale uznałam, że się dostosuje. - ...może o osiemnastej?
Kiwnęła głową, ukłoniła się i pobiegła. Szybko wróciłam do zamku po czym zdradziłam plan Jack'owi i Kristoff'owi, który powiedział, że nie ma problemu i że w takim razie wyjdą z Anią około piętnastej i wrócą na czas.
Nazajutrz - w urodziny Ani - na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem i po wyjściu poddanych zamek dalej stał. Anka stała wśród tłumu przez dobre dwie godziny i płacząc ze szczęścia dziękowała im i gawędziła wesoło. Potem zjadłyśmy razem czekoladowy tort i usypiałyśmy dzieci.
- Elsa.
piątek, 19 sierpnia 2016
Pytania i odpowiedzi.
Witajcie,
Gdy Anna, Kristoff i Lena wrócili do zamku, ja niemal od razu spakowałam nas do jednego, niewielkiego kufra. Trochę zajęło mi wytłumaczenie Annie po co wybieramy się na Biegun, ale w końcu dała za wygraną.
- Nieważne, i tak nie zakumam, tylko wracajcie szybko. - machnęła ręką gdy zbieraliśmy się do wyjścia.
Zerknęłam na Jacka, a on tylko dodał:
- Jasne, postaramy się.
Po czym wyszliśmy na zewnątrz. Podróż zajęła nam cały dzień i pół nocy, toteż do drzwi ogromnego domu Mikołaja zapukaliśmy o godzinie 3 w nocy (a raczej Jack zapukał, podczas gdy ja tuliłam mocno Arthura modląc się w duchu aby się nie przeziębił. Jednak jemu zimno zdawało się zupełnie nie przeszkadzać, zupełnie jak mi i Jackowi). Z początku nikt nam nie otwierał co uznałam za zupełnie normalne o tej porze, ale potem Nord zaprosił nas do środka. Przez dobrą godzinę zachwycał się Arthurem i wciskał nam gorące ciasteczka, ale potem udało nam się przejść do rzeczy.
- Nord, posłuchaj. - zaczął Jack, po głębokim westchnięciu oznaczającym, że robi wszystko, żeby nie stracić cierpliwości. - Chcieliśmy zapytać Cię o coś.
- Słucham. - uśmiechnął się Mikołaj nadgryzając ciastko w kształcie choinki.
- Pomyślałam, że Arthur powinien odziedziczyć moc po którymś z nas. - wtrąciłam się. - I chcemy zapytać Ciebie co...
Przerwał mi wybuchając głośnym śmiechem, przy okazji budząc naszego synka, który dopiero co usnął w moich ramionach. Uniosłam brwi i spojrzałam na Jacka, który miał identyczną minę jak ja.
- Kochane dzieci. Czy Arthur odziedziczył moc po którymś z was? - Nord nadal wyglądał na bardzo rozbawionego.
- Tak właśnie brzmi nasze pytanie. - potwierdził Jack z lekkim uśmiechem.
Mikołaj poklepał go po plecach.
- Na sto procent.
Uśmiechnęłam się i spojrzałam na małego chłopca w moich objęciach. Patrzył prosto na mnie wielkimi, zaciekawionymi oczami.
- Tylko po kim? - odezwał się Jack.
- Tego z pewnością dowiecie się już wkrótce. - podniosłam wzrok, Mikołaj uśmiechał się do mnie przyjaźnie.
Tę noc spędziliśmy w jednym z ogromnych pokoi gościnnych Norda. Wkrótce pewnie wyruszymy z powrotem.
- Elsa.
Gdy Anna, Kristoff i Lena wrócili do zamku, ja niemal od razu spakowałam nas do jednego, niewielkiego kufra. Trochę zajęło mi wytłumaczenie Annie po co wybieramy się na Biegun, ale w końcu dała za wygraną.
- Nieważne, i tak nie zakumam, tylko wracajcie szybko. - machnęła ręką gdy zbieraliśmy się do wyjścia.
Zerknęłam na Jacka, a on tylko dodał:
- Jasne, postaramy się.
Po czym wyszliśmy na zewnątrz. Podróż zajęła nam cały dzień i pół nocy, toteż do drzwi ogromnego domu Mikołaja zapukaliśmy o godzinie 3 w nocy (a raczej Jack zapukał, podczas gdy ja tuliłam mocno Arthura modląc się w duchu aby się nie przeziębił. Jednak jemu zimno zdawało się zupełnie nie przeszkadzać, zupełnie jak mi i Jackowi). Z początku nikt nam nie otwierał co uznałam za zupełnie normalne o tej porze, ale potem Nord zaprosił nas do środka. Przez dobrą godzinę zachwycał się Arthurem i wciskał nam gorące ciasteczka, ale potem udało nam się przejść do rzeczy.
- Nord, posłuchaj. - zaczął Jack, po głębokim westchnięciu oznaczającym, że robi wszystko, żeby nie stracić cierpliwości. - Chcieliśmy zapytać Cię o coś.
- Słucham. - uśmiechnął się Mikołaj nadgryzając ciastko w kształcie choinki.
- Pomyślałam, że Arthur powinien odziedziczyć moc po którymś z nas. - wtrąciłam się. - I chcemy zapytać Ciebie co...
Przerwał mi wybuchając głośnym śmiechem, przy okazji budząc naszego synka, który dopiero co usnął w moich ramionach. Uniosłam brwi i spojrzałam na Jacka, który miał identyczną minę jak ja.
- Kochane dzieci. Czy Arthur odziedziczył moc po którymś z was? - Nord nadal wyglądał na bardzo rozbawionego.
- Tak właśnie brzmi nasze pytanie. - potwierdził Jack z lekkim uśmiechem.
Mikołaj poklepał go po plecach.
- Na sto procent.
Uśmiechnęłam się i spojrzałam na małego chłopca w moich objęciach. Patrzył prosto na mnie wielkimi, zaciekawionymi oczami.
- Tylko po kim? - odezwał się Jack.
- Tego z pewnością dowiecie się już wkrótce. - podniosłam wzrok, Mikołaj uśmiechał się do mnie przyjaźnie.
Tę noc spędziliśmy w jednym z ogromnych pokoi gościnnych Norda. Wkrótce pewnie wyruszymy z powrotem.
- Elsa.
czwartek, 11 sierpnia 2016
Spacery i nadrabianie zaległości
Witajcie,
Anna, jej mąż i córka są od kilku dni u trolli toteż ja i Jack mamy więcej czasu dla siebie. Przez naszą ostatnią podróż Jack jakiś czas prawie nie wypuszczał mnie z uścisku, ale potem (odrobinę) się uspokoił. Pod nieobecność Anny, nadrobiliśmy zaległości i spędzaliśmy mnóstwo czasu z Arthurem. Wczoraj wieczorem wyszliśmy z nim do miasta. Jack gadał do niego przez całą drogę, nawet jak zasnął. Potem mu to uświadomiłam więc zaczął rozmawiać ze mną.
- A co jak znajdzie sobie dziewczynę? - zapytał z zaniepokojoną miną.
Uniosłam brwi i wybuchłam śmiechem.
- Na pewno już niedługo. - powiedziałam rozbawiona, ale mój mąż wyglądał bardzo poważnie.
Potem również się zaśmiał. Gdy zeszliśmy do centrum, kilka starszych pań przez dobre pół godziny stało nad Arthurem i jazgotało, jaki to on jest uroczy i malutki. Ależ one spostrzegawcze.
- Jack? - odezwałam się gdy w końcu wydostaliśmy się z tłumu i wróciliśmy na drogę do pałacu.
- Słucham, Śnieżynko. - odparł spoglądając na mnie.
- Myślisz, że Arthur odziedziczył moc po którymś z nas?
Zmarszczył brwi i spojrzał na śpiącego synka.
- Myślę, że tak. Ale moglibyśmy udać się do kogoś kto lepiej się na tym zna. - powiedział.
- To znaczy do kogo? - spytałam.
- North jest od tego specem. I jakby co można zaciągnąć porady samego Księżyca. - wyjaśnił Jack.
Kiwnęłam lekko głową. W domu postanowiliśmy, że gdy Anna, Kristoff i Lena wrócą, my wybierzemy się na Biegun Północny. Teraz więc pozostaje nam czekać.
- Elsa.
Anna, jej mąż i córka są od kilku dni u trolli toteż ja i Jack mamy więcej czasu dla siebie. Przez naszą ostatnią podróż Jack jakiś czas prawie nie wypuszczał mnie z uścisku, ale potem (odrobinę) się uspokoił. Pod nieobecność Anny, nadrobiliśmy zaległości i spędzaliśmy mnóstwo czasu z Arthurem. Wczoraj wieczorem wyszliśmy z nim do miasta. Jack gadał do niego przez całą drogę, nawet jak zasnął. Potem mu to uświadomiłam więc zaczął rozmawiać ze mną.
- A co jak znajdzie sobie dziewczynę? - zapytał z zaniepokojoną miną.
Uniosłam brwi i wybuchłam śmiechem.
- Na pewno już niedługo. - powiedziałam rozbawiona, ale mój mąż wyglądał bardzo poważnie.
Potem również się zaśmiał. Gdy zeszliśmy do centrum, kilka starszych pań przez dobre pół godziny stało nad Arthurem i jazgotało, jaki to on jest uroczy i malutki. Ależ one spostrzegawcze.
- Jack? - odezwałam się gdy w końcu wydostaliśmy się z tłumu i wróciliśmy na drogę do pałacu.
- Słucham, Śnieżynko. - odparł spoglądając na mnie.
- Myślisz, że Arthur odziedziczył moc po którymś z nas?
Zmarszczył brwi i spojrzał na śpiącego synka.
- Myślę, że tak. Ale moglibyśmy udać się do kogoś kto lepiej się na tym zna. - powiedział.
- To znaczy do kogo? - spytałam.
- North jest od tego specem. I jakby co można zaciągnąć porady samego Księżyca. - wyjaśnił Jack.
Kiwnęłam lekko głową. W domu postanowiliśmy, że gdy Anna, Kristoff i Lena wrócą, my wybierzemy się na Biegun Północny. Teraz więc pozostaje nam czekać.
- Elsa.
sobota, 6 sierpnia 2016
Problemy z rosnieciem i przygotowania do wyjazdu
Hejo,
Wybaczcie ze nie pisałyśmy, ale obie byłyśmy zajęte. Elsa obowiązkami królowej, a ja musiałam nadrobić stracony czas z moja małą córeczką. Od kiedy wróciłyśmy zabierałam ją dosłownie wszędzie. Raz spacerowałyśmy po porcie, innego razu po lesie, a raz nawet wybraliśmy się na Lodowy Wierch. A jutro wyjeżdżamy do trolli, bo bardzo się za nami stęskniły i chciały się zobaczyć z Leną. Dziś od rana biegałam po całym mieście, bo niestety, ale moje jedyne dziecko rośnie tak szybko, że nie miałam już w co ją ubierać, więc kupiłam jej trochę sukienek, spódniczek, bluzeczek i bucików, no i sobie tez postanowiłam kupić jakąś suknię i pantofelki, a kiedy wróciłam wszystko spakowałam do kufra i zeszłam do stajni, gdzie Kristoff przygotowywał wóz do drogi, rano miał podpiąć do niego Svena i Svenuchę.
- Kristoff, kufry są już spakowane i czekają w sypialni, jak będziesz miał czas to je znieś, dobrze?-
- Dobrze, kochanie.
- Ja idę do Elsy pożegnać się, bo jutro zbyt wcześnie wyjeżdżamy.- i ruszyłam do gabinetu siostry, ale tam znalazłam tylko Jack'a.
- Hej Jack, gdzie Elsa?- przywitałam szwagra.
- Zajmuje się Arthurem, a ja królestwem.
- Dobrze, ja chciałam się tylko pożegnać, bo jutro wyjeżdżamy wcześnie rano do trolli.
- Cała trójka?
- Tak i trójka reniferów, to razem szóstka.- uśmiechnęłam się i wyszłam, a swoje kroki skierowałam do sypialni siostry.
- Hej Elsa.- przywitałam się z siostra wchodząc do jej sypialni, gdzie właśnie karmiła małego.
- Cześć Aniu, co cię do mnie sprowadza?
- A chciałam się tylko pożegnać, bo jutro wcześnie rano jedziemy do trolli.
- Wszyscy?- zapytała zdziwiona.
- No tak, cala nasza trójka i renifery.
- To w takim razie miłej podroży, napiszcie jakiś list.- powiedziała i mocno mnie przytuliła.
- Anna
Wybaczcie ze nie pisałyśmy, ale obie byłyśmy zajęte. Elsa obowiązkami królowej, a ja musiałam nadrobić stracony czas z moja małą córeczką. Od kiedy wróciłyśmy zabierałam ją dosłownie wszędzie. Raz spacerowałyśmy po porcie, innego razu po lesie, a raz nawet wybraliśmy się na Lodowy Wierch. A jutro wyjeżdżamy do trolli, bo bardzo się za nami stęskniły i chciały się zobaczyć z Leną. Dziś od rana biegałam po całym mieście, bo niestety, ale moje jedyne dziecko rośnie tak szybko, że nie miałam już w co ją ubierać, więc kupiłam jej trochę sukienek, spódniczek, bluzeczek i bucików, no i sobie tez postanowiłam kupić jakąś suknię i pantofelki, a kiedy wróciłam wszystko spakowałam do kufra i zeszłam do stajni, gdzie Kristoff przygotowywał wóz do drogi, rano miał podpiąć do niego Svena i Svenuchę.
- Kristoff, kufry są już spakowane i czekają w sypialni, jak będziesz miał czas to je znieś, dobrze?-
- Dobrze, kochanie.
- Ja idę do Elsy pożegnać się, bo jutro zbyt wcześnie wyjeżdżamy.- i ruszyłam do gabinetu siostry, ale tam znalazłam tylko Jack'a.
- Hej Jack, gdzie Elsa?- przywitałam szwagra.
- Zajmuje się Arthurem, a ja królestwem.
- Dobrze, ja chciałam się tylko pożegnać, bo jutro wyjeżdżamy wcześnie rano do trolli.
- Cała trójka?
- Tak i trójka reniferów, to razem szóstka.- uśmiechnęłam się i wyszłam, a swoje kroki skierowałam do sypialni siostry.
- Hej Elsa.- przywitałam się z siostra wchodząc do jej sypialni, gdzie właśnie karmiła małego.
- Cześć Aniu, co cię do mnie sprowadza?
- A chciałam się tylko pożegnać, bo jutro wcześnie rano jedziemy do trolli.
- Wszyscy?- zapytała zdziwiona.
- No tak, cala nasza trójka i renifery.
- To w takim razie miłej podroży, napiszcie jakiś list.- powiedziała i mocno mnie przytuliła.
- Anna
wtorek, 2 sierpnia 2016
Błyskawiczny powrót i... sen.
Witajcie,
W dniu powrotu do Arendelle, wstałyśmy wcześnie i spakowałyśmy swoje rzeczy, które służba przeniosła na pokład naszego statku.
- Na pewno musicie jechać? - ciotka zapytała Ani, gdy ja właśnie zeszłam na dół z Arthurem.
- Niestety, ciociu. - odrzekła Anna cierpliwym tonem.
Wiedziałam jednak, że jeśli zaraz nie znajdziemy się w drodze powrotnej, anielska cierpliwość mojej siostry wyparuje, a zastąpi ją rozwrzeszczane dziewczę, które tęskni za mężem i córeczką. Dlatego też szybko podeszłam do nich.
- Dokładnie. Musimy wypływać jak najszybciej, nagłe, ważne sprawy w Arendelle. - powiedziałam.
"Małe kłamstewko na rzecz dobra Ani nigdy nie zaszkodzi." - pomyślałam, i od razu skarciłam się za takie myśli. Powinnam być królową prawdomówną i szczerą do granic możliwości... No cóż, chyba nikt nigdy nie będzie idealny.
- Mhm... - ciotka spojrzała na mnie jakby czytała mi w myślach.
Już otwierałam usta, aby wylać kolejną falę niezupełnie szczerych słów, kiedy Arthur zaczął płakać. Kochane dziecko, ratuje matkę od bycia złą królową.
- Musimy jechać, ciociu. - powiedziała Anna i za nas obie ją wyściskała.
Ja uśmiechnęłam się do niej i szybkim krokiem zeszłam jej z pola widzenia. Pocałowałam synka w główkę, a on od razu przestał płakać jakby był zupełnie świadomy, że ciotka już nam nie zagraża. Pospiesznie weszłyśmy na pokład, ale Romilda nie zjawiła się w porcie, żeby nam pomachać, ani nic z tych rzeczy. Zapewne wyczuła, że zmyślałam i się obraziła. Mam nadzieję, że jej przejdzie...
Do portu pośród moich ukochanych, malowniczych fiordów dobiliśmy po zmroku. Myślałam, że nasi mężowie dali sobie spokój ze sterczeniem w porcie i czekają na nas w zamku, ale nie, oni byli niezawodni. Stali na brzegu, Kristoff z Leną na rękach, a Jack machając rękami jak opętany. Jeszcze zanim zdążyłam postawić stopę na drewnianym podeście, po którym chciałam zejść na ziemię, podleciał do mnie, pocałował mnie namiętnie, a potem wziął Arthura na ręce. Omal nie dostałam zawału, bo latał z nim w objęciach wysoko nad ziemią, a właściwie nad wodą (!), ale chłopczyk trzymał się kurczowo sznurków z jego bluzy i śmiał się swoim uroczym głosikiem. W końcu Jack nareszcie zakończył powitalny lot i wylądował tuż przy mnie, gdy razem z Anną, Kristoff'em i Leną byliśmy już prawie przy zamku.
- Chcesz odzyskać syna? - zapytał szczerząc się w uśmiechu.
- Bardzo. - pokręciłam głową ze śmiechem.
Jednak tak naprawdę oczywiście nie odzyskałam syna. Jack szedł z nim na rękach obok mnie i gadał do niego bez przerwy coś w stylu "No, Ati, twoja mama jest strasznie zestresowana.", albo "No, Ati, twoja mama mi nie ufa, ale dobrze wiemy, że nie istnieje na Ziemi lepszy ojciec niż ja". Oczywiście mówił wszystko na tyle głośno, żebym go usłyszała i zapewne mówił to głównie dla mnie, bo Arthur niemal przysypiał w jego ramionach i z pewnością nie miał ochoty słuchać jego zażaleń w stosunku do mojej osoby. Nie mogłam jednak powstrzymać uśmiechu na widok Jack'a - tego głupawego, lubieżnego do granic możliwości chłopaka - tulącego czule miesięcznego chłopca jakby był jego największym, najcenniejszym skarbem.
Bo nim właśnie jest, dla mnie również.
W końcu dotarliśmy wszyscy do swoich komnat, poprosiłam służącą aby wypakowała rzeczy jutro i położyłam się na łóżku zmęczona jak nie wiem. Przez chwilę patrzyłam jak Jack usypia Arthura, a potem oczy same mi się zamknęły i zasnęłam wsłuchana w jego kołysankę.
- Elsa.
W dniu powrotu do Arendelle, wstałyśmy wcześnie i spakowałyśmy swoje rzeczy, które służba przeniosła na pokład naszego statku.
- Na pewno musicie jechać? - ciotka zapytała Ani, gdy ja właśnie zeszłam na dół z Arthurem.
- Niestety, ciociu. - odrzekła Anna cierpliwym tonem.
Wiedziałam jednak, że jeśli zaraz nie znajdziemy się w drodze powrotnej, anielska cierpliwość mojej siostry wyparuje, a zastąpi ją rozwrzeszczane dziewczę, które tęskni za mężem i córeczką. Dlatego też szybko podeszłam do nich.
- Dokładnie. Musimy wypływać jak najszybciej, nagłe, ważne sprawy w Arendelle. - powiedziałam.
"Małe kłamstewko na rzecz dobra Ani nigdy nie zaszkodzi." - pomyślałam, i od razu skarciłam się za takie myśli. Powinnam być królową prawdomówną i szczerą do granic możliwości... No cóż, chyba nikt nigdy nie będzie idealny.
- Mhm... - ciotka spojrzała na mnie jakby czytała mi w myślach.
Już otwierałam usta, aby wylać kolejną falę niezupełnie szczerych słów, kiedy Arthur zaczął płakać. Kochane dziecko, ratuje matkę od bycia złą królową.
- Musimy jechać, ciociu. - powiedziała Anna i za nas obie ją wyściskała.
Ja uśmiechnęłam się do niej i szybkim krokiem zeszłam jej z pola widzenia. Pocałowałam synka w główkę, a on od razu przestał płakać jakby był zupełnie świadomy, że ciotka już nam nie zagraża. Pospiesznie weszłyśmy na pokład, ale Romilda nie zjawiła się w porcie, żeby nam pomachać, ani nic z tych rzeczy. Zapewne wyczuła, że zmyślałam i się obraziła. Mam nadzieję, że jej przejdzie...
Do portu pośród moich ukochanych, malowniczych fiordów dobiliśmy po zmroku. Myślałam, że nasi mężowie dali sobie spokój ze sterczeniem w porcie i czekają na nas w zamku, ale nie, oni byli niezawodni. Stali na brzegu, Kristoff z Leną na rękach, a Jack machając rękami jak opętany. Jeszcze zanim zdążyłam postawić stopę na drewnianym podeście, po którym chciałam zejść na ziemię, podleciał do mnie, pocałował mnie namiętnie, a potem wziął Arthura na ręce. Omal nie dostałam zawału, bo latał z nim w objęciach wysoko nad ziemią, a właściwie nad wodą (!), ale chłopczyk trzymał się kurczowo sznurków z jego bluzy i śmiał się swoim uroczym głosikiem. W końcu Jack nareszcie zakończył powitalny lot i wylądował tuż przy mnie, gdy razem z Anną, Kristoff'em i Leną byliśmy już prawie przy zamku.
- Chcesz odzyskać syna? - zapytał szczerząc się w uśmiechu.
- Bardzo. - pokręciłam głową ze śmiechem.
Jednak tak naprawdę oczywiście nie odzyskałam syna. Jack szedł z nim na rękach obok mnie i gadał do niego bez przerwy coś w stylu "No, Ati, twoja mama jest strasznie zestresowana.", albo "No, Ati, twoja mama mi nie ufa, ale dobrze wiemy, że nie istnieje na Ziemi lepszy ojciec niż ja". Oczywiście mówił wszystko na tyle głośno, żebym go usłyszała i zapewne mówił to głównie dla mnie, bo Arthur niemal przysypiał w jego ramionach i z pewnością nie miał ochoty słuchać jego zażaleń w stosunku do mojej osoby. Nie mogłam jednak powstrzymać uśmiechu na widok Jack'a - tego głupawego, lubieżnego do granic możliwości chłopaka - tulącego czule miesięcznego chłopca jakby był jego największym, najcenniejszym skarbem.
Bo nim właśnie jest, dla mnie również.
W końcu dotarliśmy wszyscy do swoich komnat, poprosiłam służącą aby wypakowała rzeczy jutro i położyłam się na łóżku zmęczona jak nie wiem. Przez chwilę patrzyłam jak Jack usypia Arthura, a potem oczy same mi się zamknęły i zasnęłam wsłuchana w jego kołysankę.
- Elsa.
czwartek, 28 lipca 2016
Urodziny poza domem
Witajcie,
Wczoraj zostałam dość brutalnie obudzona przez siostrę wskakującą mi na nogi. Jęknęłam, otworzyłam oczy i od razu tego pożałowałam. Anka sterczała nade mną z jakimś ogromnym pudłem szczerząc się od ucha do ucha.
- Hej, Aniu. - mruknęłam.
- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGOOOOOOOOOOOOOOOOOOO!!! - wrzasnęła mi w twarz i rzuciła we mnie pudłem.
W ostatniej chwili złapałam je zdezorientowana.
- Dzisiaj moje urodziny? - zapytałam i po chwili zorientowałam się, że to prawda.
- No!!!! - krzyknęła znowu.
Arthur obudził się i zaczął płakać. Obrzuciłam Annę karcącym spojrzeniem, zeskoczyłam z łóżka i podbiegłam do kołyski. Wzięłam synka na ręcę i przytuliłam go. Od razu przestał płakać.
- Ubieraj się, mam dla Ciebie super tort. Polecam ubrać mój prezent. - oświadczyła Ania i wyszła.
Zmarszczyłam brwi, ale po chwili wiedziałam już co miała na myśli. W wielkim pudle znalazłam śliczną suknię w kolorze ciemnego burgundu.
Na dole w dwójkę zjadłyśmy mały, czekoladowy torcik upieczony przez Annę. Nie chciałyśmy, żeby ciocia patrzyła jak świętujemy podczas jej żałoby, więc wyszłyśmy do miasta. Wieczorem odebrałam paczkę z Arendelle z listem:
Elso!
Najlepsze życzenia z Arendelle od Jack'a, Kristoff'a, Leny, służby i poddanych :)
W paczce znalazłam uroczy bukiet, jeszcze pachnący i świeży. Myślałam, że to wszystko i chciałam wyrzucić pustą paczkę, gdy nagle dojrzałam na dnie, w rogu malutką karteczkę:
Kocham Cię, Śnieżynko. Wszystkiego Najlepszego. Ch.w.k.
- Elsa.
Wczoraj zostałam dość brutalnie obudzona przez siostrę wskakującą mi na nogi. Jęknęłam, otworzyłam oczy i od razu tego pożałowałam. Anka sterczała nade mną z jakimś ogromnym pudłem szczerząc się od ucha do ucha.
- Hej, Aniu. - mruknęłam.
- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGOOOOOOOOOOOOOOOOOOO!!! - wrzasnęła mi w twarz i rzuciła we mnie pudłem.
W ostatniej chwili złapałam je zdezorientowana.
- Dzisiaj moje urodziny? - zapytałam i po chwili zorientowałam się, że to prawda.
- No!!!! - krzyknęła znowu.
Arthur obudził się i zaczął płakać. Obrzuciłam Annę karcącym spojrzeniem, zeskoczyłam z łóżka i podbiegłam do kołyski. Wzięłam synka na ręcę i przytuliłam go. Od razu przestał płakać.
- Ubieraj się, mam dla Ciebie super tort. Polecam ubrać mój prezent. - oświadczyła Ania i wyszła.
Zmarszczyłam brwi, ale po chwili wiedziałam już co miała na myśli. W wielkim pudle znalazłam śliczną suknię w kolorze ciemnego burgundu.
Na dole w dwójkę zjadłyśmy mały, czekoladowy torcik upieczony przez Annę. Nie chciałyśmy, żeby ciocia patrzyła jak świętujemy podczas jej żałoby, więc wyszłyśmy do miasta. Wieczorem odebrałam paczkę z Arendelle z listem:
Elso!
Najlepsze życzenia z Arendelle od Jack'a, Kristoff'a, Leny, służby i poddanych :)
W paczce znalazłam uroczy bukiet, jeszcze pachnący i świeży. Myślałam, że to wszystko i chciałam wyrzucić pustą paczkę, gdy nagle dojrzałam na dnie, w rogu malutką karteczkę:
Kocham Cię, Śnieżynko. Wszystkiego Najlepszego. Ch.w.k.
- Elsa.
poniedziałek, 25 lipca 2016
Natrętna ciotka
Hejo,
Wybaczcie ze długo nie pisałyśmy, ale ciotka nie dawała nam chwili wytchnienia. Najpierw poprosiła nas, żebyśmy pomogły jej posprzątać rzeczy wujka, oczywiście nie obeszło się bez wspominania i płaczu. Przez cały czas musiałyśmy ja pocieszać, więc spakowanie rzeczy wujka i wyniesienie ich na strych zajęło nam cały dzień. Później ciotka wymyśliła, że pojedziemy w jej i wujka ulubione miejsca i tak zwiedziłyśmy łąkę, na której się poznali, później mały zamek, który był ich pierwszym zamkiem w Coronie i tam również się zaręczyli, a później zwiedziłyśmy ruiny kaplicy, w której wzięli ślub, a na sam koniec ciotka postanowiła odwiedzić grób wujka pierwszy raz od pogrzebu. Miałyśmy nadzieje, ze po tej wycieczce będziemy miały już spokój, ale nie, wczoraj do sypialni Elsy, w której akurat obie przebywałyśmy, wpadła ciotka.
- Dziewczynki, zobaczcie co znalazłam.- powiedziała pokazując nam wielki album.
- Co to jest, ciociu?- zapytałam.
- Album ze zdjęciami. Mam takich dwadzieścia i wszystkie są związane z jakimś etapem naszego życia. Ten jest pierwszy, wiec wszystkie zdjęcia są zrobione jeszcze zanim wzięliśmy ślub.- i tak ciotka zaczęła pokazywać nam rożne zdjęcia, opowiadać ich historie, kiedy już skończyła i miała wychodzić, dodała:
- Jutro pokażę wam album numer 2.
- O nie tylko nie to.- powiedziałam, gdy ciocia już wyszła i na pewno nie, nie słyszała.
- Ja już więcej tego nie zniosę.- dodała Elsa.
- I co my zrobimy?
- Może powiemy cioci, ze musimy już wracać do Arendelle?
- No tak, ale czy ona się nie obrazi?
- Wiesz co, może pomyślimy o tym jutro, bo dziś to ja naprawdę mam dość.- powiedziała siostra ziewając ,a ja wróciłam do siebie i położyłam się spać.
- Anna
Wybaczcie ze długo nie pisałyśmy, ale ciotka nie dawała nam chwili wytchnienia. Najpierw poprosiła nas, żebyśmy pomogły jej posprzątać rzeczy wujka, oczywiście nie obeszło się bez wspominania i płaczu. Przez cały czas musiałyśmy ja pocieszać, więc spakowanie rzeczy wujka i wyniesienie ich na strych zajęło nam cały dzień. Później ciotka wymyśliła, że pojedziemy w jej i wujka ulubione miejsca i tak zwiedziłyśmy łąkę, na której się poznali, później mały zamek, który był ich pierwszym zamkiem w Coronie i tam również się zaręczyli, a później zwiedziłyśmy ruiny kaplicy, w której wzięli ślub, a na sam koniec ciotka postanowiła odwiedzić grób wujka pierwszy raz od pogrzebu. Miałyśmy nadzieje, ze po tej wycieczce będziemy miały już spokój, ale nie, wczoraj do sypialni Elsy, w której akurat obie przebywałyśmy, wpadła ciotka.
- Dziewczynki, zobaczcie co znalazłam.- powiedziała pokazując nam wielki album.
- Co to jest, ciociu?- zapytałam.
- Album ze zdjęciami. Mam takich dwadzieścia i wszystkie są związane z jakimś etapem naszego życia. Ten jest pierwszy, wiec wszystkie zdjęcia są zrobione jeszcze zanim wzięliśmy ślub.- i tak ciotka zaczęła pokazywać nam rożne zdjęcia, opowiadać ich historie, kiedy już skończyła i miała wychodzić, dodała:
- Jutro pokażę wam album numer 2.
- O nie tylko nie to.- powiedziałam, gdy ciocia już wyszła i na pewno nie, nie słyszała.
- Ja już więcej tego nie zniosę.- dodała Elsa.
- I co my zrobimy?
- Może powiemy cioci, ze musimy już wracać do Arendelle?
- No tak, ale czy ona się nie obrazi?
- Wiesz co, może pomyślimy o tym jutro, bo dziś to ja naprawdę mam dość.- powiedziała siostra ziewając ,a ja wróciłam do siebie i położyłam się spać.
- Anna
środa, 20 lipca 2016
Urocze listy z Arendelle.
Witajcie,
Dzisiaj wraz z Anną (i oczywiście Arthurem) odebrałyśmy mnóstwo listów z Arendelle od naszych kochanych mężów (i oczywiście Leny). W listach od Jack'a (tak, było ich najwięcej) był na przykład taki:
Kochana Śnieżynko!
Kocham Cię bardzo bardzo bardzo i bardzo za Tobą tęsknię! Za Tobą i za Atim!
Nie wiem czy Wam o tym mówiłam, ale od jakiegoś czasu Jack wspaniałomyślnie nazywa synka "Ati". Urocze, wiem.
...Mam nadzieję, że wrócicie szybciej niż zamierzaliście. Umrę tu z nudów, tęsknoty i samotności. Ati będzie dorastać bez ojca, Elso, tego nie chcemy. Dlatego musicie szybko wrócić.
No dobra, a tak zupełnie poważnie - umieram z tęsknoty. Ucałuj Arthura i siebie.
Jack.
Czytając list nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, przez co służba patrzyła na mnie wręcz karcącym wzrokiem. Schowałam list do kieszonki w sukni i podeszłam do łóżeczka. Wzięłam synka na ręce rozmyślając nad tym jak bardzo przypomina mi swojego ojca, chociaż ma zaledwie miesiąc. Założę się, że wyrośnie z niego Jack Junior. Chociaż muszę koniecznie to kontrolować, w końcu ma być kiedyś królem. I tak jestem pewna, że sobie poradzi. Spojrzałam w jego zaspane, duże błękitno-szare oczy. Zamrugał powoli jakby chciał powiedzieć "Dzień dobry, mamo", po czym zacisnął maleńkie paluszki wokół mojego warkocza. Przytuliłam go do siebie i pocałowałam delikatnie w główkę. Kołysałam go w ramionach dopóki nie zasnął.
- Elsa.
Dzisiaj wraz z Anną (i oczywiście Arthurem) odebrałyśmy mnóstwo listów z Arendelle od naszych kochanych mężów (i oczywiście Leny). W listach od Jack'a (tak, było ich najwięcej) był na przykład taki:
Kochana Śnieżynko!
Kocham Cię bardzo bardzo bardzo i bardzo za Tobą tęsknię! Za Tobą i za Atim!
Nie wiem czy Wam o tym mówiłam, ale od jakiegoś czasu Jack wspaniałomyślnie nazywa synka "Ati". Urocze, wiem.
...Mam nadzieję, że wrócicie szybciej niż zamierzaliście. Umrę tu z nudów, tęsknoty i samotności. Ati będzie dorastać bez ojca, Elso, tego nie chcemy. Dlatego musicie szybko wrócić.
No dobra, a tak zupełnie poważnie - umieram z tęsknoty. Ucałuj Arthura i siebie.
Jack.
Czytając list nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, przez co służba patrzyła na mnie wręcz karcącym wzrokiem. Schowałam list do kieszonki w sukni i podeszłam do łóżeczka. Wzięłam synka na ręce rozmyślając nad tym jak bardzo przypomina mi swojego ojca, chociaż ma zaledwie miesiąc. Założę się, że wyrośnie z niego Jack Junior. Chociaż muszę koniecznie to kontrolować, w końcu ma być kiedyś królem. I tak jestem pewna, że sobie poradzi. Spojrzałam w jego zaspane, duże błękitno-szare oczy. Zamrugał powoli jakby chciał powiedzieć "Dzień dobry, mamo", po czym zacisnął maleńkie paluszki wokół mojego warkocza. Przytuliłam go do siebie i pocałowałam delikatnie w główkę. Kołysałam go w ramionach dopóki nie zasnął.
- Elsa.
niedziela, 17 lipca 2016
Pogrzeb i nie miły incydent
Hejo,
Wybaczcie że dawno nie pisałyśmy, ale sami rozumiecie, chciałyśmy te kilka, pierwszych dni żałoby spędzić z ciotką i nie za bardzo miałyśmy czas, ale teraz napiszę wam o pogrzebie.
W czwartek rano wstałyśmy i ubrałyśmy się na czarno. Ciotka powiedziała że na czas pogrzebu do Arthura przyjedzie służąca i zajmie się nim, więc równo o 9:00 wyszłyśmy z pokoju i poszłyśmy do ciotki.
- Witajcie dziewczynki.- przywitała nas, kiedy weszłyśmy.
- Witaj ciociu. Jak się czujesz?- zapytała Elsa.
- Dobrze, ale smutno mi że Jego już nie ma.- ciotka po tych słowach rozpłakała się.
- Ciociu o której zaczyna się pogrzeb?- zapytałam.
- Za godzinę.- odparła próbując się uspokoić.
- Ale ty jesteś nie gotowa.- zauważyłam jej rozczochrane włosy i podpuchniętą twarz.
- Wiem, moja służąca miała przyjść już pół godziny temu.
- Czy ja mogę?- zapytałam i wzięłam szczotkę.
- Oczywiście, Anno.- zaczęłam czesać ciotkę, zebrałam jej włosy z przodu i zrobiłam małe warkocze po bokach, a z tyłu spięłam je gumką, a makijaż zrobiłam delikatny ale kryjący opuchliznę.
- Dziękuję, wygląda to wspaniale. Tak ja wy.- powiedziała wskazując na nasze twarze również pomalowane delikatnie, chociaż Elsa miała purpurową szminkę, a ja tylko balsam do ust.
- Anno jesteś wspaniałą fryzjerką.- spojrzałam na włosy Elsy powkładane pod okrągłą opaskę założoną na głowie, a z tyłu kokiem i na moje włosy upięte w koszyczek.
- Dziękuję ciociu.
- To co idziemy?- zapytała Elsa.
- Ach, tak.- powiedziała ciocia smutnym głosem. Ruszyłyśmy do katedry w której podobno Roszpunka brała ślub z Flynn' em. Ceremonia miała polegać na tym, że najpierw każdy członek rodziny królewskiej podchodził do trumny i osobiście żegnał się z wujkiem, później przychodził ksiądz, który miał powiedzieć kilka słów i na środek mógł wyjść każdy, aby powiedzieć, opowiedzieć coś o wujku, a potem czworo strażników miało wziąć zamkniętą trumnę i zanieść ją na cmentarz przechodząc przez całą Coronę. Więc weszłyśmy i wraz z ciociom ruszyłyśmy do pierwszej ławki.
Kiedy każda z nas podeszła już do trumny i miał wejść ksiądz do katedry weszła... Roszpunka.
- Ciociu nie mówiłaś że ona wyszła.- powiedziała Elsa szeptem.
- Bo nie wyszła, ale na razie ją zostawię. Ma prawo być na pogrzebie ojca, ale zaraz po ceremonii, strażnicy odprowadzą ją do wieży.- powiedziała, a Roszpunka podeszła pocałowała wujka w czoło i usiadała w pierwszej ławce po drugiej stronie. Przyszedł ksiądz powiedział kilka słów i zaczęło się, każdy kto chciał mógł coś powiedzieć, pierwsza była ciocia, która podziękowała wujkowi za tyle lat małżeństwa i obiecała że niedługo do niego dołączy, później zachęcała mnie i Elsę, ale żadna z nas nie była wstanie cokolwiek powiedzieć, potem poszli różni doradcy i jeszcze jakieś ważne osobistości, a na koniec wyszła Roszpunka.
- Cieszę się, że w końcu umarł, nie nawidzę ani jego, ani ciebie matko. To przez ciebie trafiłam do tej przeklętej wieży, a on nawet nie zaprotestował...
- Straże!!!- zawołała ciocia.- Zabierzcie ją do jej wieży.
-... a niby mnie kochacie i cieszyliście się kiedy się odnalazłam, a teraz sami mnie tam zesłaliście. NIE NAWIDZĘ WAS!!!- Krzyknęła na sam koniec i zaśmiała się jak jakaś opętana, a ciotka się rozpłakała.
Zaraz po tym incydencie, strażnic wzięli trumnę i ruszyliśmy na cmentarz, za trumną szła ciotka, za nią my dwie, a za nami ksiądz i reszta Corony. Po krótkiej ceremonii pożegnania na cmentarzu ciotka zaprosiła Królów i Królowe z innych państw przybyłych na pogrzeb do zamku na bal pożegnalny, był to spokojny i cichy obiad, a potem deser podczas, którego wszyscy wspominali wujka.
- Anna
Wybaczcie że dawno nie pisałyśmy, ale sami rozumiecie, chciałyśmy te kilka, pierwszych dni żałoby spędzić z ciotką i nie za bardzo miałyśmy czas, ale teraz napiszę wam o pogrzebie.
W czwartek rano wstałyśmy i ubrałyśmy się na czarno. Ciotka powiedziała że na czas pogrzebu do Arthura przyjedzie służąca i zajmie się nim, więc równo o 9:00 wyszłyśmy z pokoju i poszłyśmy do ciotki.
- Witajcie dziewczynki.- przywitała nas, kiedy weszłyśmy.
- Witaj ciociu. Jak się czujesz?- zapytała Elsa.
- Dobrze, ale smutno mi że Jego już nie ma.- ciotka po tych słowach rozpłakała się.
- Ciociu o której zaczyna się pogrzeb?- zapytałam.
- Za godzinę.- odparła próbując się uspokoić.
- Ale ty jesteś nie gotowa.- zauważyłam jej rozczochrane włosy i podpuchniętą twarz.
- Wiem, moja służąca miała przyjść już pół godziny temu.
- Czy ja mogę?- zapytałam i wzięłam szczotkę.
- Oczywiście, Anno.- zaczęłam czesać ciotkę, zebrałam jej włosy z przodu i zrobiłam małe warkocze po bokach, a z tyłu spięłam je gumką, a makijaż zrobiłam delikatny ale kryjący opuchliznę.
- Dziękuję, wygląda to wspaniale. Tak ja wy.- powiedziała wskazując na nasze twarze również pomalowane delikatnie, chociaż Elsa miała purpurową szminkę, a ja tylko balsam do ust.
- Anno jesteś wspaniałą fryzjerką.- spojrzałam na włosy Elsy powkładane pod okrągłą opaskę założoną na głowie, a z tyłu kokiem i na moje włosy upięte w koszyczek.
- Dziękuję ciociu.
- To co idziemy?- zapytała Elsa.
- Ach, tak.- powiedziała ciocia smutnym głosem. Ruszyłyśmy do katedry w której podobno Roszpunka brała ślub z Flynn' em. Ceremonia miała polegać na tym, że najpierw każdy członek rodziny królewskiej podchodził do trumny i osobiście żegnał się z wujkiem, później przychodził ksiądz, który miał powiedzieć kilka słów i na środek mógł wyjść każdy, aby powiedzieć, opowiedzieć coś o wujku, a potem czworo strażników miało wziąć zamkniętą trumnę i zanieść ją na cmentarz przechodząc przez całą Coronę. Więc weszłyśmy i wraz z ciociom ruszyłyśmy do pierwszej ławki.
Kiedy każda z nas podeszła już do trumny i miał wejść ksiądz do katedry weszła... Roszpunka.
- Ciociu nie mówiłaś że ona wyszła.- powiedziała Elsa szeptem.
- Bo nie wyszła, ale na razie ją zostawię. Ma prawo być na pogrzebie ojca, ale zaraz po ceremonii, strażnicy odprowadzą ją do wieży.- powiedziała, a Roszpunka podeszła pocałowała wujka w czoło i usiadała w pierwszej ławce po drugiej stronie. Przyszedł ksiądz powiedział kilka słów i zaczęło się, każdy kto chciał mógł coś powiedzieć, pierwsza była ciocia, która podziękowała wujkowi za tyle lat małżeństwa i obiecała że niedługo do niego dołączy, później zachęcała mnie i Elsę, ale żadna z nas nie była wstanie cokolwiek powiedzieć, potem poszli różni doradcy i jeszcze jakieś ważne osobistości, a na koniec wyszła Roszpunka.
- Cieszę się, że w końcu umarł, nie nawidzę ani jego, ani ciebie matko. To przez ciebie trafiłam do tej przeklętej wieży, a on nawet nie zaprotestował...
- Straże!!!- zawołała ciocia.- Zabierzcie ją do jej wieży.
-... a niby mnie kochacie i cieszyliście się kiedy się odnalazłam, a teraz sami mnie tam zesłaliście. NIE NAWIDZĘ WAS!!!- Krzyknęła na sam koniec i zaśmiała się jak jakaś opętana, a ciotka się rozpłakała.
Zaraz po tym incydencie, strażnic wzięli trumnę i ruszyliśmy na cmentarz, za trumną szła ciotka, za nią my dwie, a za nami ksiądz i reszta Corony. Po krótkiej ceremonii pożegnania na cmentarzu ciotka zaprosiła Królów i Królowe z innych państw przybyłych na pogrzeb do zamku na bal pożegnalny, był to spokojny i cichy obiad, a potem deser podczas, którego wszyscy wspominali wujka.
- Anna
środa, 13 lipca 2016
Podróż i przybycie do Corony.
Witajcie,
We wtorek rano byłyśmy już spakowane i gotowe do drogi. Ubrałam wygodną suknię i letnią, podróżną pelerynę. Wzięłam Artura na ręce i razem z Jack'iem zeszłam na dół. Po chwili dołączyli do nas Anna i Kristoff. Chłopcy odprowadzili nas do portu i pomogli nam załadować bagaże na pokład.
- Pilnuj mamy. - Jack uśmiechnął się do Arthura na pożegnanie i ucałował go w główkę.
Następnie pocałował mnie.
- Będę tęsknić. - powiedziałam cicho.
- Ja też, Śnieżynko. - odrzekł i pogłaskał mnie po policzku. - Widzimy się za dwa tygodnie.
Kiwnęłam głową, po czym razem z Anią weszłyśmy na pokład. Stałyśmy przy burcie przez jakiś czas machając im na pożegnanie, a potem Arendelle powoli zniknęło nam z oczu.
Tego wieczora dopłynęliśmy do Corony. Od razu po zejściu na ląd, przywitała nas ciotka. Wyglądała na zmęczoną, wręcz zaniedbaną.
- Witajcie, kochane. - uśmiechnęła się smutno.
- Witaj, ciociu. - odrzekłam, a Anna uścisnęła ją czule.
- Hej, skarbeńku. - zaśmiała się na widok Arthura, który drzemał spokojnie w moich ramionach. - Chodźcie, nie ma co stać w porcie.
Po czym poprowadziła nas przez miasto, aż do pałacu.
- Pogrzeb odbędzie się jutro o jedenastej. Któryś z służących przyjdzie po Was, niczym się nie martwcie. A na razie odpocznijcie sobie w waszym pokoju gościnnym. Chyba jest tam łóżeczko dla małego, a jeśli nie, to dajcie znać.
- Dziękujemy ciociu. - powiedziała Anna. - Jest nam bardzo przykro.
Ciotka kiwnęła głową i pociągnęła nosem. Wkrótce zostawiła nas w pokoju gościnnym.
- Elsa.
We wtorek rano byłyśmy już spakowane i gotowe do drogi. Ubrałam wygodną suknię i letnią, podróżną pelerynę. Wzięłam Artura na ręce i razem z Jack'iem zeszłam na dół. Po chwili dołączyli do nas Anna i Kristoff. Chłopcy odprowadzili nas do portu i pomogli nam załadować bagaże na pokład.
- Pilnuj mamy. - Jack uśmiechnął się do Arthura na pożegnanie i ucałował go w główkę.
Następnie pocałował mnie.
- Będę tęsknić. - powiedziałam cicho.
- Ja też, Śnieżynko. - odrzekł i pogłaskał mnie po policzku. - Widzimy się za dwa tygodnie.
Kiwnęłam głową, po czym razem z Anią weszłyśmy na pokład. Stałyśmy przy burcie przez jakiś czas machając im na pożegnanie, a potem Arendelle powoli zniknęło nam z oczu.
Tego wieczora dopłynęliśmy do Corony. Od razu po zejściu na ląd, przywitała nas ciotka. Wyglądała na zmęczoną, wręcz zaniedbaną.
- Witajcie, kochane. - uśmiechnęła się smutno.
- Witaj, ciociu. - odrzekłam, a Anna uścisnęła ją czule.
- Hej, skarbeńku. - zaśmiała się na widok Arthura, który drzemał spokojnie w moich ramionach. - Chodźcie, nie ma co stać w porcie.
Po czym poprowadziła nas przez miasto, aż do pałacu.
- Pogrzeb odbędzie się jutro o jedenastej. Któryś z służących przyjdzie po Was, niczym się nie martwcie. A na razie odpocznijcie sobie w waszym pokoju gościnnym. Chyba jest tam łóżeczko dla małego, a jeśli nie, to dajcie znać.
- Dziękujemy ciociu. - powiedziała Anna. - Jest nam bardzo przykro.
Ciotka kiwnęła głową i pociągnęła nosem. Wkrótce zostawiła nas w pokoju gościnnym.
- Elsa.
poniedziałek, 11 lipca 2016
Smutna wiadomość.
Hejo,
Dziś do Arendelle dotarła bardzo smutna wiadomość, ale zacznę od początku. Dziś rano wstałam , bardzo wcześnie i zeszłam na dół, bo chciało mi się pić i zobaczyłam, że jakieś listy leżą na stole, pewnie służące jeszcze nie zdążyły zanieść ich do gabinetu Elsy, więc wzięłam je i zaczęłam przeglądać, większość listów była do Elsy z jakichś dziwnych państw, których nie za bardzo znałam, ale jeden szczególnie przykuł moją uwagę, była to czarna koperta z białym napisem. " Do Elsy i Anny Arendelle" ten list był z Corony, więc postanowiłam go otworzyć, skoro również był do mnie.
Z przykrością informuję, że Król Corony, a mój mąż Król Thomas zmarł dzisiejszej nocy na skutek zawału spowodowanego nagłym upadkiem z łóżka. Uroczystość pogrzebowa odbędzie się za trzy dni.
Wasza ciotka, a Królowa Corony
Romilda.
PS. Dziewczynki przyjedźcie na dłużej, bardzo was proszę.
Kiedy przeczytałam ten list, łzy mi pociekły po policzkach, zaraz pobiegłam do Elsy. Kiedy zapukałam i weszłam do jej sypialni, ona właśnie karmiła Arthura.
- Elso, nie uwierzysz.- powiedziałam zapłakana.
- Aniu, co się stało?
- Wujek Thomas nie żyje.- po tych słowach rozpłakałam się już na dobre.
- Jak to?- zapytała Elsa, a ja podałam jej list, kiedy go przeczytała, na podłodze pojawił się szron, chociaż po minie Elsy nie za bardzo można było zauważyć jak ta wiadomość nią wstrząsnęła.
- I co robimy?- zapytała.
- Pojedziemy tam jutro, ja wezmę Arthura, bo jeszcze nie mogę zostawić go samego i zostaniemy tam na dłużej tak jak prosiła ciocia.
- Dobrze, ale ja nie będę brała Leny, jest jeszcze za mała na pogrzeby.
- W takim razie trzeba się spakować i porozmawiać z Jack' iem i Kristoff' em.
- To ja wracam do siebie i porozmawiam z Kristoff' em.- i wyszłam wróciłam do swojej komnaty i wyciągnęłam mój kufer podróżny i zaczęłam pakować do niego różne suknie w kolorze czerni lub ciemnego fioletu i zieleni oraz różne pantofelki.
- Co robisz, Aniu? Jedziemy gdzieś?- zapytał zaspany Kristoff.
- Nie, tylko ja jadę.
- Anno, co się stało?- powiedział lekko urażony.
- Mój wujek zmarł i jedziemy z Elsą na jego pogrzeb.
- To ja tez jadę.
- Nie, nie chce żeby Lena musiała w tak młodym wieku uczesniczyć w pogrzebie, a nie zostawię jej samej na dwa tygodnie.
- Na dwa tygodnie?!
- Tak ciotka prosiła żebyśmy zostały dłużej.
- No, a Jack?
- Zostaje, ktoś musie rządzić, a Arthura Elsa bierze, bo jest jeszcze za mały, żeby go zostawiała.
- No cóż, będę tęsknił. A kiedy wyjeżdżacie?
- Jutro.
- Anna
Dziś do Arendelle dotarła bardzo smutna wiadomość, ale zacznę od początku. Dziś rano wstałam , bardzo wcześnie i zeszłam na dół, bo chciało mi się pić i zobaczyłam, że jakieś listy leżą na stole, pewnie służące jeszcze nie zdążyły zanieść ich do gabinetu Elsy, więc wzięłam je i zaczęłam przeglądać, większość listów była do Elsy z jakichś dziwnych państw, których nie za bardzo znałam, ale jeden szczególnie przykuł moją uwagę, była to czarna koperta z białym napisem. " Do Elsy i Anny Arendelle" ten list był z Corony, więc postanowiłam go otworzyć, skoro również był do mnie.
Z przykrością informuję, że Król Corony, a mój mąż Król Thomas zmarł dzisiejszej nocy na skutek zawału spowodowanego nagłym upadkiem z łóżka. Uroczystość pogrzebowa odbędzie się za trzy dni.
Wasza ciotka, a Królowa Corony
Romilda.
PS. Dziewczynki przyjedźcie na dłużej, bardzo was proszę.
Kiedy przeczytałam ten list, łzy mi pociekły po policzkach, zaraz pobiegłam do Elsy. Kiedy zapukałam i weszłam do jej sypialni, ona właśnie karmiła Arthura.
- Elso, nie uwierzysz.- powiedziałam zapłakana.
- Aniu, co się stało?
- Wujek Thomas nie żyje.- po tych słowach rozpłakałam się już na dobre.
- Jak to?- zapytała Elsa, a ja podałam jej list, kiedy go przeczytała, na podłodze pojawił się szron, chociaż po minie Elsy nie za bardzo można było zauważyć jak ta wiadomość nią wstrząsnęła.
- I co robimy?- zapytała.
- Pojedziemy tam jutro, ja wezmę Arthura, bo jeszcze nie mogę zostawić go samego i zostaniemy tam na dłużej tak jak prosiła ciocia.
- Dobrze, ale ja nie będę brała Leny, jest jeszcze za mała na pogrzeby.
- W takim razie trzeba się spakować i porozmawiać z Jack' iem i Kristoff' em.
- To ja wracam do siebie i porozmawiam z Kristoff' em.- i wyszłam wróciłam do swojej komnaty i wyciągnęłam mój kufer podróżny i zaczęłam pakować do niego różne suknie w kolorze czerni lub ciemnego fioletu i zieleni oraz różne pantofelki.
- Co robisz, Aniu? Jedziemy gdzieś?- zapytał zaspany Kristoff.
- Nie, tylko ja jadę.
- Anno, co się stało?- powiedział lekko urażony.
- Mój wujek zmarł i jedziemy z Elsą na jego pogrzeb.
- To ja tez jadę.
- Nie, nie chce żeby Lena musiała w tak młodym wieku uczesniczyć w pogrzebie, a nie zostawię jej samej na dwa tygodnie.
- Na dwa tygodnie?!
- Tak ciotka prosiła żebyśmy zostały dłużej.
- No, a Jack?
- Zostaje, ktoś musie rządzić, a Arthura Elsa bierze, bo jest jeszcze za mały, żeby go zostawiała.
- No cóż, będę tęsknił. A kiedy wyjeżdżacie?
- Jutro.
- Anna
czwartek, 7 lipca 2016
Spokojne letnie dni, witajcie.
Witajcie,
Około dwunastej weszłam do gabinetu. Jack siedział za biurkiem i przyglądał się stercie papierów. Uśmiechnęłam się do siebie. Kochany Jack. Usiłuje zająć się moimi sprawami, choć dobrze wie, że sobie nie poradzi. Podeszłam do niego, a on podskoczył ze strachu kiedy położyłam mu dłoń na ramieniu.
- Gdzie młody? - spytał z nieudawaną troską.
- Tamara się nim zajęła. I to z wielką chęcią. - uśmiechnęłam się.
- Oczywiście. - odwzajemnił uśmiech i odwrócił się z powrotem do stosu.
Zmarszczyłam brwi i odchrząknęłam.
- Słucham, Śnieżynko. - mruknął.
- Na pewno nie chcesz żebym Cię zastąpiła?
Spojrzał na mnie niepewnie.
- A nie będziesz się przemęczała?
- Obiecuję, że nie. - parsknęłam śmiechem przykładając dłoń do piersi jakbym składała przysięgę.
Wzbił się w powietrze i odetchnął z ulgą. Zaśmiałam się znów i usiadłam na krześle. Po chwili Jack wylądował przy mnie.
- Teraz czuję się bezużyteczny. - powiedział bardzo poważnym tonem.
- Możesz przy mnie posiedzieć co będzie miłe, ale troszkę będzie mnie rozpraszać, albo iść do syna, co będzie bardzo... ojcowskie..., ale za to odbierze frajdę służącej.
Zastanawiał się chwilę, po czym pocałował mnie w czubek głowy i wyszedł. Przez następne trzy godziny siedziałam nad papierkową robotą. Na pewno nie należy do rozrywkowych zajęć, ale muszę przyznać, że stała się dla mnie czymś, przy czym czasem potrafię odpocząć. Dlatego obawy Jack'a tracą zupełnie sens.
Kiedy skończyłam wpadłam do naszej sypialni zobaczyć jak radzą sobie chłopaki. Ujrzałam mojego drogiego męża, pogrążonego w głębokim śnie na łóżku, a obok niego, śpiącego równie słodko Arthura. Pokręciłam głową z uśmiechem i udałam się na dół. "Wykapany synuś tatusia". Poprosiłam jedną z służących o zaparzenie herbaty i usiadłam przy stole. Później nadbiegła Anna więc jak się domyślacie wyciągnęła mnie na dwór, do pałacowych ogrodów. Spacerowałyśmy do zachodu słońca, a potem wróciłam do sypialni.
- Elsa.
Około dwunastej weszłam do gabinetu. Jack siedział za biurkiem i przyglądał się stercie papierów. Uśmiechnęłam się do siebie. Kochany Jack. Usiłuje zająć się moimi sprawami, choć dobrze wie, że sobie nie poradzi. Podeszłam do niego, a on podskoczył ze strachu kiedy położyłam mu dłoń na ramieniu.
- Gdzie młody? - spytał z nieudawaną troską.
- Tamara się nim zajęła. I to z wielką chęcią. - uśmiechnęłam się.
- Oczywiście. - odwzajemnił uśmiech i odwrócił się z powrotem do stosu.
Zmarszczyłam brwi i odchrząknęłam.
- Słucham, Śnieżynko. - mruknął.
- Na pewno nie chcesz żebym Cię zastąpiła?
Spojrzał na mnie niepewnie.
- A nie będziesz się przemęczała?
- Obiecuję, że nie. - parsknęłam śmiechem przykładając dłoń do piersi jakbym składała przysięgę.
Wzbił się w powietrze i odetchnął z ulgą. Zaśmiałam się znów i usiadłam na krześle. Po chwili Jack wylądował przy mnie.
- Teraz czuję się bezużyteczny. - powiedział bardzo poważnym tonem.
- Możesz przy mnie posiedzieć co będzie miłe, ale troszkę będzie mnie rozpraszać, albo iść do syna, co będzie bardzo... ojcowskie..., ale za to odbierze frajdę służącej.
Zastanawiał się chwilę, po czym pocałował mnie w czubek głowy i wyszedł. Przez następne trzy godziny siedziałam nad papierkową robotą. Na pewno nie należy do rozrywkowych zajęć, ale muszę przyznać, że stała się dla mnie czymś, przy czym czasem potrafię odpocząć. Dlatego obawy Jack'a tracą zupełnie sens.
Kiedy skończyłam wpadłam do naszej sypialni zobaczyć jak radzą sobie chłopaki. Ujrzałam mojego drogiego męża, pogrążonego w głębokim śnie na łóżku, a obok niego, śpiącego równie słodko Arthura. Pokręciłam głową z uśmiechem i udałam się na dół. "Wykapany synuś tatusia". Poprosiłam jedną z służących o zaparzenie herbaty i usiadłam przy stole. Później nadbiegła Anna więc jak się domyślacie wyciągnęła mnie na dwór, do pałacowych ogrodów. Spacerowałyśmy do zachodu słońca, a potem wróciłam do sypialni.
- Elsa.
wtorek, 5 lipca 2016
Wakacje
Hejo,
Wybaczcie, że dawno do was nie pisałam, ale ja, Kristoff i Lena wyjechaliśmy do trolli na trzy dni, a później do Corony, ponieważ ciotka prosiła żebyśmy ją odwiedzili.
- Anna, Kristoff i moja kochana Lenusia.- przywitała nas ciocia w porcie, po czym wzięła Lenę na ręce i poszliśmy do zamku.
- Będziecie spać w komnatach gościnnych.- poinformowała nas i zaprowadziła do owych komnat, były bardzo duże. I tak spędziliśmy u ciotki w Coronie sześć dni. A dziś wróciliśmy do Arendelle. Elsa, Jack i mały Arthur czekali na nas w porcie.
- Jak podróż?- zapytała mnie siostra.
- Dobrze, a wy co robiliście w Arendelle?
- Ja zajmowałam się Arthurem i obowiązkami, a Jack obowiązkami i Arthurem.- powiedziała i obie zaczęłyśmy się śmiać. Kiedy doszliśmy do zamku, postanowiłam skorzystać ze słońca i się poopalać w ogrodzie, wiec założyłam mój kochany zielony strój dwuczęściowy, a Lenie założyłam strój kąpielowy i poszłam do Elsy, zapytać czy nie poszła by z nami.
- Właściwie, czemu nie, tylko założę strój.- i założyła kremowy strój, również dwuczęściowy, a Arthura przywiązała chustą z przodu, tak że jego główka spoczywała na jej mostku.Wyszłyśmy do ogrodu i rozłożyłyśmy sobie duży koc, tak że obie mogłyśmy się położyć, a miedzy nami były dzieci. I tak spędziłyśmy resztę dnia, a teraz idę brać prysznic i muszę się czymś posmarować, bo za bardzo się opaliłam i teraz mnie boli.
- Anna
Wybaczcie, że dawno do was nie pisałam, ale ja, Kristoff i Lena wyjechaliśmy do trolli na trzy dni, a później do Corony, ponieważ ciotka prosiła żebyśmy ją odwiedzili.
- Anna, Kristoff i moja kochana Lenusia.- przywitała nas ciocia w porcie, po czym wzięła Lenę na ręce i poszliśmy do zamku.
- Będziecie spać w komnatach gościnnych.- poinformowała nas i zaprowadziła do owych komnat, były bardzo duże. I tak spędziliśmy u ciotki w Coronie sześć dni. A dziś wróciliśmy do Arendelle. Elsa, Jack i mały Arthur czekali na nas w porcie.
- Jak podróż?- zapytała mnie siostra.
- Dobrze, a wy co robiliście w Arendelle?
- Ja zajmowałam się Arthurem i obowiązkami, a Jack obowiązkami i Arthurem.- powiedziała i obie zaczęłyśmy się śmiać. Kiedy doszliśmy do zamku, postanowiłam skorzystać ze słońca i się poopalać w ogrodzie, wiec założyłam mój kochany zielony strój dwuczęściowy, a Lenie założyłam strój kąpielowy i poszłam do Elsy, zapytać czy nie poszła by z nami.
- Właściwie, czemu nie, tylko założę strój.- i założyła kremowy strój, również dwuczęściowy, a Arthura przywiązała chustą z przodu, tak że jego główka spoczywała na jej mostku.Wyszłyśmy do ogrodu i rozłożyłyśmy sobie duży koc, tak że obie mogłyśmy się położyć, a miedzy nami były dzieci. I tak spędziłyśmy resztę dnia, a teraz idę brać prysznic i muszę się czymś posmarować, bo za bardzo się opaliłam i teraz mnie boli.
- Anna
Subskrybuj:
Posty (Atom)